30.03.2016

Easter Time

Tegoroczna Wielkanoc spędzona została przez nas w Boliwii. Niestety nie udało nam się ogarnąć żadnego couchsurfingu a więc i wprosić w gościnę do tutejszych i z nimi celebrować święto, ale i tak odrobinę kolorytu lokalnego zażyliśmy. 

English version below 
 
Niedzielę Wielkanocną spędziliśmy w Uyuni. Już dzień wcześniej wywiedziałam się, że msza w kościele jest tylko jedna i jest o dziesiątej rano. Punktualnie zatem zjawiliśmy się w miłym, małym kościółku, w którym nic nie świadczyło o tym, by za chwilę coś miało się wydarzyć. Z niepewną miną zaczepiłam małą ministrantkę, pytając o której zaczyna się msza, ta zaś z rezolutną i pewną siebie miną potwierdziła godzinę: 10. Nieważne, że ta już minęła, widocznie to jakiś czas umowny. Zajęliśmy zatem miejsca w ławkach, czekając na dalszy rozwój wydarzeń. Po chwili jedna z pań dała mi gazetkę z opisem całej celebracji (wspaniale bo hiszpański pisany rozumiem lepiej niż hiszpański mówiony) oraz białą chusteczkę (jak się później okazało służącą do machania w czasie "Allleluja" a później do noszenia na sobie). W międzyczasie Matej kupił kawałek czegoś na wzór palmy, sprzedawanego licznie wokół kościoła (w myśl zasady: wszyscy mają, mamy i my). Ogólnie msza niewiele różniła się od polskiego świętowania choć przyznam, że ciekawie by było taką trochę discopolową wersję pieśni wprowadzić i u nas wraz z towarzystwem oklasków i gdzieniegdzie (co bardziej pobożni) tańców przy ołtarzu. Że nie wspomnę o tym co mnie osobiście urzeka w Boliwii najbardziej a więc strojów tutjeszych mieszkańców a konkretnie - kobiet. Pofałdowane spódnice, kończące się przy kolanie, kolorowe pledy przerzucone przez plecy, czółenka, rozmaita biżuteria i fantazyjne kapelusiki. Gdybym tylko miała ciemniejszą karnację natychmiast zaopatrzyłabym się w taki zestaw i z przyjemnością w nim się obnosiła. A tak... Jak jakiś gringo śmieszny mogę jedynie wyglądać...
Po zakończeniu mszy tłum wylęga na ulice a wokół co? Ano targ. Bo niedziela. Na targu kupicie wszystko. Od śrubek na świeżo wiciśniętym soku z owoców kończąc. Po przechadzce targiem, i ulicami miasta udajemy się na dworzec by złapać busa do Potosi. Chcąc jechać niemal od razu po przyjściu dajemy się trochę oszukać (jak się okazuje później) na cenie biletu, ale jeszcze przed zachodem słońca znajdujemy się na gwarnych uliczkach Potosi. 
Hiszpanom nigdy nie udało się odnaleźć przysłowiowego El Dorado, ale w Boliwii natrafili na Potosi i Cerro Rico – a więc górę rodzącą srebro. Nic dziwnego zatem, że stać ich było na wybudowanie tu wspaniałości i zrobienie w swym czasie Potosi jednym z najważniejszych i najbogatszych miejsc w Ameryce Południowej. Obecnie po niegdysiejszym blichrcie i sławie pozostała wspaniała kolonialna architektura barokowa i centrum objęte pieczą Unesco. Jednak to nie przechadzki po mieście sprowadzają tu setki turystów każdego dnia. Ci ciągną by zobaczyć osławione wzgórze i kopalnię srebra, w których w dość prymitywnych warunkach pracują nadal miejscowi. Matej wynajduje jedną z nowszych agencji (San Andres Expediciones) i następnego dnia w ich biurze warzą się moje losy – wysokość nad poziomem morza nadal mi nie sprzyja i wacham nad uczestnictwem. Ostatecznie jednak po rozmowie z naszym anglojęzycznym przewodnikiem i byłym pracownikiem kopalni – Jesusem, decyduję się jechać. W końcu jeśli w Poniedziałek Wielkanocny ktoś ma mnie prowadzić wąskimi korytarzami pośrodku góry to lepiej, żeby to był Jesus nie? ;) 
A tak na poważnie. Jesus okazuje się przesympatycznym człowiekiem, który po angielsku oprowadza jedynie mnie i Mateja, dwójka Francuzów posługująca się hiszpańskim dostaje innego pana byłego górnika. I tak w szóstkę, odpowiednio wcześniej wyposażeni i po odpowiednich zakupach (dynamit, liście koki, alkohol, woda, papierosy dla górników zakupione na Mercado Minero) udajemy się na spotkanie z górą srebra. Przechodzimy niskie, ciemne, zatęchłe korytarze, których sufity momentami nie sprawiają wrażenia stabilnych, wchodzimy po chybotającej się drabinie (tu nogi się mi trzesą bardzo bo jakieś 3 piętra trzeba pokonać), poznajemy El Tio (Wujka – w kopalni to on jest tym którego o szczęście proszą górnicy), któremu ulać zawsze należy dwie krople alkoholu przed wypiciem, uczymy się rozpoznawać minerały po kolorach i spotykamy górników. To ostatnie robi na mnie dojmujące wrażenie. 
Zgięci w pół, spoceni i wyczerpani pchają tonowe (lub więcej) wózki z materiałam, który wcześniej wskutek założonego ręcznie dynamitu odpadł od ściany. A my stoimy wokół przy nich z tymi naszymi europejskimi rysami i aparatami. Nie czuję się zbyt komfortowo choć Jesus zapewnia nas, że górnicy nie mają nic przeciwko zdjęciom i spotkaniom z turystami. Niby wie co mówi, sam pracował 5 lat w kopalni, ale i tak poczucie że coś jest nie tak z tym całym systemem pozostaje. Po powrocie do miasta chwilę jeszcze spacerujemy i najadamy się specjałami lokalnego targu by wreszcie wrócić do biura, pożegnać się z Jesusem (dostajemy na pamiątkę kamień z okruchem srebra, kawałek ołowiu i dowiadujemy się że część z pieniędzy uzyskanych z wycieczek idzie do nieaktywnych górników i ich rodzin - cieszymy się, że to właśnie tę agencję wybraliśmy) i ruszyć micro krętymi uliczkami na dworzec autobusowy. 
Tutaj nagabywani przed dwie panie kupujemy bilet na najbliższy autobus do Sucre od jednej z nich i...zostajemy odesłani pod dworzec. Na szczęście autobus po wyjeździe z platformy podjeżdża i po nas, nawet miejsca obiecane nam przez panią są wolne. Nie są już wolne dla tych stojących na drugim końcu miasta co uczy nas, aby następnym razem lepiej od razu kupować w budynku dworcowym. Wielkanocny poniedziałkowy wieczór spędzamy już w miłym hosteliku w centrum Sucre, gdzie w końcu udaje mi się oblać wodą Mateja. Bo o czym Wam nie wspomniałam (tu taka dygresja apropos tradycji słowackich) tego samego dnia z rana Matej obudził mnie słowackim „szybaniem“ a więc biciem specjalną rózgą, oblaniem wodą i recytowaniem wierszyka który oczekuje, że dam mu coś słodkiego w zamian... Pfff... W zamian zgodnie z polską tradycją, został oblany wodą.
A Sucre to przyjemne miasteczko w którym właśnie popijamy mate z liści koki, po miłym spacerze po centrum, odwiedzinach muzeum prezentującego maski karnawałowe i obiedzie na lokalnym targu. Kolejna dygresja - obiady na podobnych targach muszą wejść do programu każdej wycieczki o małym budżecie – dostajecie dużo, jest to dobre i kosztuje nie więcej niż 5-8 złotych. Rewolucji żołądkowych jak na razie nie mieliśmy więc hulaj dusza! Jedziemy dalej choć przyznam, że jestem w stanie sobie wyobrazić zdecydowanie bardzo długi pobyt tutaj, choćby taki wolontariat i naukę hiszpańskiego... Ech, co ja zrobiłam, że wyszłam za mąż... ;)
---------------------------------------------------------

This year Easter time belongs to Bolivia. Unfortunately we were not able to find any couchsurfing host or someone local to spent this day with, nevertheless staying between locals those two days was very nice experience.

Sunday we were still in Uyuni. The day before I get the information that at 10 am they have mass so we decided to attend. Punctually we went to cute white church but inside nothing suggested that something will happen in nearest future. I asked little girl what time the mass should start and she confirmed: ten o'closk. Well, obviously it was some specific time zone but we sat inside just waiting what will happen and observing people coming and going... After a moment some old lady gave me paper with description in Spanish how the mass will look like and also white tissue (it was for waving during Alleluja and later for wearing on clothes). In the meantime Matej bought some green plant everyone has. In general, mass wasn't so different from the one celebrating in Poland although I would love to hear this disco versions of religious songs, clapping hands and even dancing near the oltar in Polish churches. But what I admire the most (not only in church but in Bolivia in general) are the clothes of the ladies here: short, near the knee skirts, colorful blankets on the back, black shoes, jewellery and little cute hats. If I only have darker skin I could buy all package and look so nice. But with my apperance I could be only funny gringo...

After the mess we went outside to walk around as this was also the day of the market where you can buy anything – from wheels to fresh juice. Walking was nice but it was time for us to move on – to Potosi which is known as a kind of El Dorado of South America but connected not with gold but with silver. Spanish which came found „silver mountain“ Cerro Rico and builded here very beautifull and important city (now it's protected as unique on Unesco list). Nowadays the city is very much alive but the glory and fame of the richest city passed away, tourist come here mainly to visit silver mines where there is still work going on. Matej find for us some relatively new agency called San Andres Expediciones and next day we arrive to their office to take a tour. I still feel bad because of the altitude so I'm not sure of going but after conversation with our „guide to be“ Jesus (who speaks well English and is ex-miner) I decided to go. Well, if I should go inside the dark mountain on Easter Monday it would be better to go there with Jesus no? ;) And being serious – Jesus is very responsible and kind person who answer to all of our questions. We are also suprised as we have him only to ourselfs, two other people from our group have Spanish speaking guide (also ex-miner). And so like this, group of six of us goes first to the Minery Market to buy some gift for the workers (coca leaves, cigaretes, something to drink, dynamite...), then we are wear in special clothes and receive helmets, water and lights and we are ready to dissaper in te dark inside of the Cerro Rico...

Following our guide we are passing slowly narrow, smelly corridors, we climb some really questionable ladder (yeah, my legs are trembling on the third one...) we meet El Tio (Uncle – he is the person you should pray for down here) with whom we drink, Jesus teaches us how to recognize minerals by colors and – we meet mine workers. The last experience is the most traumatizing I would say. Really tired, they are pushing tones of materials in front of them. Before material was exploded from the wall by the dynamite they put in wholes by hands... And they are passing us – white tourist with this fancy cameras in hands. I do not feel good despite Jesus sayings they like tourists and do not mind pictures. Well, probably he knows what he's talking (as ex-miner) but my thoughts are going in other direction. After coming back to city we walk its streets little bit and then come back to the agency office to say goodbye to Jesus.

We are going to the bus station to find bus to Sucre. One of ladies on the street sells us the tickets and... asks us to leave the platform and go to wait outside... Fortunately the bus stops here and we have even seats. The same luck don't have other people which step in to the bus later... So we know now – we should always buy tickets on bus station. 
Eeaster Monday's evening we spent already in nice hostel in the centre of Sucre where (finally) I can pour water on my dear husband. Because (I didn't mention before) the same day in the morning Matej once again presented me Slovak tradition for Easter – beating me, pouring water on me and saying in rhymes he expects sweets for that! Yeah... Instead sweets he received also water – and that was according to Polish tradition.

And Sucre is very nice town where we drink coffee after nice walk around centre, visiting museum of masks and lunch on local market. Actually I must say local markets are amazing here in Bolivia – it's cheap, it's good and you have a lot on your plate. So far we didn't have any stomach revolution so yuppie! Tomorrow we're going to La Paz. Although I must admit I really feel good in Sucre. I can easily imagine myself staying here longer for some volutary work or Spanish lessons... Why did I marry...;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz