Ufff... Kochani, piszę tego
posta kołysząc się w hamaku w niemiłosiernym i nieznośnym dla
mnie upale w miejscowości o wdzięcznej nazwie Rurrenabarque.
Skraplam się stopniowo i mam nadzieję, że zdążę skończyć
pisać zanim mi się odechce ;) Czego wykluczyć nie można,
zwłaszcza że kilka ostatnich dni sponsorują nam dwa słowa: „nic
nierobienie“ oraz „lenistwo“. Ale wpis ma być generalnie
dżunglowy więc bierzcie i czytajcie.
English version at the bottom
Po znalezieniu nocnego autobusu
z Sucre do La Paz, ufni, o wyznaczonej godzinie pojawiliśmy się na
dworcu. Na miejscu dowiedzieliśmy się od pani, że autobus
wprawdzie pojedzie ale godzinę później oraz że będziemy przy
pierwszym przystanku przesiadać się do innego (jak się później
okaże, to jest już taka rutyna tutaj i najlepiej kupować zawsze
bilet na autobus który „właśnie odjeżdża“). W trakcie
zajmowania miejsc dowiedzieliśmy się, że jednak przesiadki ma nie
być co spowodowało trochę konsternacji i oburzenia ponieważ
niektórzy pasażerowie pozajmowali inne miejsca niż im należne.
Ale nic to, najlepsze było przed nami – pojawiła się przeszkoda
w postaci barykady... Na szczęście auobus jadący w odwrotnym
kierunku stał z pasażerami po drugiej stronie zatem hop, hop zmiana
– wychodzimy z autobusu, bierzemy wszystkie rzeczy w ręce i
ruszamy przed kilkuset metrową przerwę barykadową by znaleźć ów
blokowany przy wjeździe do miasta autobus. A w trakcie drogi możemy
podziwiać jak wygląda blokada w wersji boliwijskiej. To już nie
jest argentyńskie kilka osób, spokój i cierpliwość. O nie, nie.
Tu już porozkladani na ziemi, większymi bądź mniejszymi grupami
siedzą całe rodziny Boliwijczyków – coś tam podjadają,
zaczepiają przechodzących; ogólnie – gwarno, tłoczno i wesoło
(oczywiście tym siedzącym, podrózujący mniej miłe słowa
wyrzucają z ust).
Gwarno i tłoczno okazuje się
również już z samego rano w stolicy kraju – La Paz (notabene –
najwyżej na świecie położona stolica kraju). Dość szybko udaje
nam się znaleźć hostelik w cenie 30 złotych za dwie osoby (coraz
lepiej idzie nam wynajdywanie taniości w Boliwii) i tam lokujemy
nasze szanowne cztery litery na całe dwa dni. Bo musimy się
przyznać bez bicia – pierwszego dnia, gdyby głód nas nie wygnał
na ulice w poszukiwaniu jedzienia, nosa byśmy pewnie nie wychylili
spoza drzwi pokoju – ja czytałam internety a Matej grał w grę na
telefonie :D
Drugiego dnia już się poprzechadzaliśmy trochę po
mieście odwiedzając Muzeum Koki (żujemy, żujemy! dowiadując się,
że swego czasu Coca-cola zawierała w sobie sporo koki a nawet – w
czasie gdy jej używania zabroniono w Boliwii – miała na nią
swoisty monopol), fantastyczne Muzeum Folkloru (gdzie ani słowa po
angielsku), Targ Przedmiotów Magicznych (zasuszone embriony lam są
trochę traumatyzujące) i wjechaliśmy kolejką na jedno ze wzgórz
na których rozciąga się miasto by znaleźć się na największym
targowisku w Boliwii (czwartki i niedziele się odbywa). Jeszcze
trochę przechadzki po centrum i jedzenie na lokalnym targu i –
choć ja z oporami – jesteśmy gotowi na dalszą drogę.
A ja opory miałam nie
bynajmniej z racji przywiązania do internetów czy taniego hostelu.
Niespecjalnie uśmiechała mi się jazda autobusem do kolejnej
destynacji a mianowicie do miejscowości Rurrenabarque o tyle o ile
zwana jest ona (droga nie miejscowość) jedną z
najniebezpieczniejszych świata lub równie uroczo Drogą Śmierci.
Wiodąca zboczami, pełna zakrętów i wybojów droga staczająca się
się z wysokości około czterech tysięcy metrów nad poziome morza
na metrów około setkę... Ale cóż, czego się nie zrobi byle
znaleźć się w amazońskiej dżungli... Na szczęście okazało
się, że od niedawna droga autobusowa nie wiedzie jednak starą
drogą, ale już nowszą, która w swych najwyższych partiach jest
asfaltowa. Dla mnie nie zmieniało to wprawdzie faktu wysokości,
których się panicznie boję, ale przynajmniej bezpieczeństwu
podróży lepiej rokowała. I tak auotbus psuje się dopiero gdy
zjeżdżamy na drogę kamienistą a więc już setka metrów nad
korytem rzeki a na miejsce dociera nie po 18 godzinach (jak wróżą
przewodniki) lecz po 14. Na terminalu w Rurrenabaque z racji nadczasu
i bardzo nocno-porannej godziny drzemiemy na ławkach (nad głowami
zamiast dworcowych gołebi latają dworcowe papugi) by już po
wyjściu słońca motorową taksówką odwieźć się do centrum
miasteczka.
Tutaj nie marnujemy czasu i po
chwili lądujemy w agencji turystycznej Escorpion. Przekonuje nas po
pierwsze ceną za 3-dniową wycieczkę do dżungli, chłopcem który
wygląda przyjaźnie oraz rekomendacją z drugiej ręki, którą mamy
od pewnej napotkanej Chinki. Czegóż chcieć więcej? Trochę musimy
tylko się podogadywać o ile Matej ma wyraźną chęć na
survivalową przygodę podczas gdy ja nie mam nic przeciwko
klasycznej wycieczce. Jak prawdziwie kochający mąż i on chce
spędzić czas ze mną co jednak udaje mu się wyperswadować i tak –
choć łodzią płyniemy jedną – spędzimy dwa dni w dżungli
tylko myślami do siebie uciekając ;)
Przewodnik mojej trzyosobowej
grupy (ja i dwie chilijskie dziewczęta) nazywa się Jose i dżunglę
wydaje sie znać od podszewki – stał oko w oko z jaguarem,
owinięty przez anakondę musiał przegryźć jej gardło, w wieku 14
lat dziadek-szaman zostawił go samego na miesiąc w dżungli... Do
tego okazał się przesympatycznym i żartobliwym facetem, który
dzieląc się swą wiedzą zawsze z szacunkiem i pokorą traktował
o amazońskim lesie. A opowieści miał sporo... Generalnie doszłam
do wniosku, że w dżungli znaleźć można lekarstwo na wszystko.
Podobnie z jedzeniem – od owoców i warzyw, poprzez termity o
miętowym smaku (miętowo-drewnianym jak dla mnie), na ekwiwalentach
czosnku i chrzanu skończywszy. I właściwie od razu można by się
tam przeprowadzać gdyby nie to, że część leśnych obywateli może
się okazać zabójcza – nektar z drzewa, ogniste mrówki,
niezliczone rzesze pająków i węży, jaguary... No trzeba uważać
jednym słowem.
I nasz przewodnik uważał i nas informował. Podczas
prezentacji jednej z roślin nieopatrznie mrówka spadła na kark
naszego przyjaciela i jak tu nie usłysze: „Kurwa mać“. Hmmm...
rodacy tu byli... Jose tłumaczy, że jeden z nich przy zabijaniu
komarów (których są tu oczywiście miliony) za każdym razem
głośno i wyraźnie dawał w ten sposób upust emocjom a że
powiedział, że to w Polsce normalne słowo Jose z radością podjął
się jego nauki. Pomimo iż dość zabawne było słyszeć w jego
ustach polskie przekleństwo podjęłam próbę nauki innych słów –
mniej już może zaskakujących. I tak sobie z Jose spacerowaliśmy i
gaworzyliśmy. Ten ze swej strony bardzo się starał abyśmy
zobaczyły jak najwięcej i faktycznie po powrocie i rozmowie z
innymi osobami zrozumiałam jak wiele zwierząt tak naprawdę dane
nam było wyśledzić – dwa rodzaje małp, oceloty, krokodyla,
papugi, tukany, jadowite pająki, dziki... Do szczęścia brakowało
już chyba tylko jaguara. Choć po opowieściach Jose
okołojaguarowo-turystycznych nie byłam pewna czy owego zaszczytu
chcę dostąpić. Drugiego dnia gdy przyszło nam nocować w środku
dżungli przy jeziorze niemal pod odkrytem niebiem (serio – co to
za osłona ta moskitiera?!) dość sparaliżowana zdolna byłam
jedynie nasłuchiwać odgłosów z dżungli. A ta nocą jest ich
pełna – spadające owoce, skaczące i wrzeszczące małpy, żaby,
owady, pełzające i skradające się zwierzęta... Jak ja się
cieszyłam gdy nadszedł poranek i mogliśmy wrócić do campu, który
choć także położony w dżungli dawał namiastkę bezpieczeństwa
cywilizacji... Tam już same przyjemności – wyrabianie biżuterii
z orzechów kokosa, robienie tatuaży, posiłkowanie się świeżo
zerwanymi papayami...
Aż mi się wierzyć nie
chciało, że w naszej podróży udało nam się zaczepić i o część
Amazonii. Na dodatek część nie tak licznie (jeszcze) obleganą
turystycznie o ile Escorpion jest jedyną agencją która orgaznizuje
wycieczki w ten konkretny kawałek parku, wszystkie pozostałe
agencje zabierają turystów do części parku opisywanej w książce
Yossiego.Ghinsberga „Lost in The Jungle“. Dzięki niej są
również w Rurre tabuny turystów... z Izraela. Nawet menu w
restauracjach mają tu dziś po hebrajsku. A wszystko dlatego że
jednemu z nich wystarczająco nierozsądnemu udało się w dżungli
zgubić, rozbić na tratwie i ponad 20 dni przezyć. A potem napisał
o tym książkę (na szybko przeczytana przeze mnie w autobusie –
nic specjalnego, prócz tego że odkrywa ludzką głupotę i
nieodpowiedzialność; do tego styl pisaniny straszny) i tak
przywiódł tu rodaków. Ech, ale ta dżungla...
Fantastyczne
uczucie. Po czasie nawet te cholerne komary i ogromną wilgotność
będę zapewne z nostalgią wspominać. Na razie ugryzienia komarów
sprawiają, że mam ochotę się poryczeć i nienawidzę dżungli.
Choć i tak jak zobaczyłam plecy mojego drogiego męża po survivalu
musiałam przyznać że ja to tak delikatnie zaczepiana zostałam...
Jego plecy zaś przypominały pole bitwy komarów. Niespecjalnie nas
to zachęcało by na kolejne dni wystawiać się im na pożarcie w
trakcie wycieczki na pampę i tak sobie spędzamy kolejny dzień
przyglądając się życiu w Rurre, zajadając wypiekami francuskiej
piekarni (Francuz ma ją tu już 13 lat) i popijając sok z acai. No
i ten hamak. Wybornie po prostu, wybornie kochani!
------------------------------------------
My Dear.s.. I'm writing this
post sitting relaxed in hammock in the very plasent town called
Rurrenabaque. I am slowly melting down as it is hot and humind as
hell. Let's hope I will make the post as it is not so obvious those
days. They are mostly leaded by two words „doing nothing“ and
„lazy“. But the post suppose to be jungle so take it and read.
After we found night bus from
Sucre to La Paz full of hope we came to the bus station. On site lady
informed us that actually bus will go around one hour later and it's
possible we will need to change it somewhere (which is not so unsual
in Bolivia and the best is to come to bus station an buy the ticket
for the bus which is „just about to leave). After we found our seat
we were told that we will probably not change the bus – this caused
a little noice inside the bus as not all passengers took assigned
places. Anyway it wasn't true as we were forced to get out of the bus
soon after departure – the blocade was on the road... Fortunately
buses going to Sucre were blocked on other side so simply we just
went to change there with all our stuff to find bus of our company.
On a way we can experience what barycade in Bolivia means and it
isn't (like in Argentina) few people, calm and patience. No, no, no.
Here a lot of people will seat on the ground with all families
blocking few hundred meters of the road – they eat, talk, laugh.
Like in general atmosphere full of noise nad fun (for the blockers
not for the passengers passing it on foot).
Capital of the city La Paz (the
highest situated in the world) also welcomed us full of noice and
cars. Relatively quick we were able to find cheap hostel – around
10 dolars for two of us (yeah, we are better and better with finding
cheap in Bolivia) – and here we put our asses for two days.
Actually if not hunger we would probably not stick our noses out of
the room first day – I was sitting on computer and Matej was
playing phone game... Second day we already walked a little bit –
we visited small Museum of Coca (we eat and found out that there were
days when Coca-Cola contained coca and had kind of monopol for it
when it was forbided to have it here in Bolivia), fantastic Museum of
Folklore (not even word in English), Witches Market (dry embrios of
lamas were little bit creepy) and we use one of the lifts to see
panorama of the city and the biggest market place in Bolivia
(Thursdays and Sundays). We also walked a little bit in the center
eating some street food and we were ready to go further. Althought I
wasn't so happy about it.
And my concerns were related to
the road we should take to reach our next destination – the town of
Rurrenabaque. The road which is called Death Road and it's one of the
most dangerous in the world. Not paved at all, full of curves,
leading on the edge of the mountains from around 4 thousand meters
above sea level to the hundreds of them... But my fear wasn't big
enough to stop our jungle trip. And the road itself wasn't so bad at
the end as first part of it it's actually new paved road (old one is
used only by bikers) and our bus broke only when we have reached some
nomal altitude. On place we were unexpected soon – it took us 14
hours despite 18. Because it was quite stupid hour (3.30) to look a
hostel we decided to lay down on the benches on the terminal and wait
for the sunlight. When arrrivved we took the motorbike cab and went
almost straight to the tour agency Escorpion.
It convinced us with the very
good price, nice looking guy inside and we already had some some
second hand recommendation from some Chinese girl. Before we bought
it we needed a little conversation wih my husband as it was obvious
that he would like to have some survival experience while I was
pretty good about the classic route. Matej as the true loving husband
wanted to spent time with me so it took moment to persuade him to
leave me. At the end we took one boat but both were about to
experience jungle differently.
Guide of my small group of three
(me and wo Chilean girls) was called Jose and he really knew jungle –
once he was faced one to one with jaguar, he was almost killed by
anaconda but managed to bite her trough and released himself, he
survived one month alone in the jungle when his grandfather leave him
there... What's more Jose appeared to be very polite and funny guy
who treated the nature with respect and tried to teach us as much as
he could. After all I reach the conclusion that they have amazing
stuff in this jungle – you can find there medicine fr everything,
get high and eat so many tasty fruits and vegetables (even garlic,
salt and horse redish!) I would immediately go there if not the thing
that also half of the things there could easily kill you – juices
and toxics from the tree, fire ants, many spiders and snakes,
jaguars... In one word – you need to pay attention where you step.
And our guide was carefull and he informed us accordingly. One time
when he was explaining something some mosquito bit him and then I've
heard from his mouth „Kurwa mać“ („Fuck!“ ) Yeah... Polish
were here... Jose explained that one of them when bited use this
world and said to him it isn't so bad and he teached him. Well, I
needed to correct it and I tried to teach him some „how are you“
sentence (Jose it is: Yak-sie-mash?) So we walked and talked and lot
with Jose. From his side he really tried for us to see as much as
possible. After we came back and I had some conversation with other
groups I must admit we saw a lot in the jungle – two kinds of
monkeys, ocelots, crocodile, parrots, tucans, toxic spiders... You
may think to full happines we missed only jaguar. But I must say that
after many stories concerning jaguar (from Jose) I wasn't sure I
wanted to meet this particular animal. Second night which we spend in
the middle of jungle near some lagune separeted from the surrounding
area only by thin moskito net I couldn't sleep at all. I barely moved
and only listen voices of the jungle – scream of monkeys, droping
fruits and leaves, singing frogs, whisteling bugs, sneaking
animals... How I was relieved when the morning came and we could came
back to the camp (still in the jungle but has walls which gives you
ilusion of safety of civilization). There it was only pleasure –
making jewellery from the coconut peanuts, making natural tatoos,
eating papayas... I couldn't believe that in our trip we actually
touched Amazon basin. And the part of it which is not so much filled
with tourist as Escorpion is the only family run agency having camp
in this side of the Madidi National Park. Others follows to the part
described in the book of Yossi Grinsberg „Lost in the Jungle“.
This book actually made Rurre very popular with Israeli tourists (in
restaurants you can find menu in Hebrew). Only beacuse one of them –
very irresponsiblly went to the jungle with friends, have been lost,
survived around 20 days there and then wrote a book about it (I've
read it in bus – nothing special, style is horrible and the book
itself shows human's stupidity).
But the jungle... Fantastic
feeling to be here. I am sure that after time I will think with
nostalgy even about the humidity and mosquitos. Right now I feel like
crying and hate the jungle ;) Althoug I must admit that after seeing
Matej's back when he returned from survival trip I was only litlle
bit kissed by mosquitos – hiss back were like a battlefiled of
mosquitos... As this didn't encourage us to do another trip to the
pampa we are just sitting right now and relaxing in Rurre –
observing the life of the town, eating delicious stuff from French
bakery (one French has it here 13 years already) and drinking some
fresh juices... And we have hammocks! It's just like it should be
guys... ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz