6.04.2016

In The Jungle

Ufff... Kochani, piszę tego posta kołysząc się w hamaku w niemiłosiernym i nieznośnym dla mnie upale w miejscowości o wdzięcznej nazwie Rurrenabarque. Skraplam się stopniowo i mam nadzieję, że zdążę skończyć pisać zanim mi się odechce ;) Czego wykluczyć nie można, zwłaszcza że kilka ostatnich dni sponsorują nam dwa słowa: „nic nierobienie“ oraz „lenistwo“. Ale wpis ma być generalnie dżunglowy więc bierzcie i czytajcie.

English version at the bottom

Po znalezieniu nocnego autobusu z Sucre do La Paz, ufni, o wyznaczonej godzinie pojawiliśmy się na dworcu. Na miejscu dowiedzieliśmy się od pani, że autobus wprawdzie pojedzie ale godzinę później oraz że będziemy przy pierwszym przystanku przesiadać się do innego (jak się później okaże, to jest już taka rutyna tutaj i najlepiej kupować zawsze bilet na autobus który „właśnie odjeżdża“). W trakcie zajmowania miejsc dowiedzieliśmy się, że jednak przesiadki ma nie być co spowodowało trochę konsternacji i oburzenia ponieważ niektórzy pasażerowie pozajmowali inne miejsca niż im należne. Ale nic to, najlepsze było przed nami – pojawiła się przeszkoda w postaci barykady... Na szczęście auobus jadący w odwrotnym kierunku stał z pasażerami po drugiej stronie zatem hop, hop zmiana – wychodzimy z autobusu, bierzemy wszystkie rzeczy w ręce i ruszamy przed kilkuset metrową przerwę barykadową by znaleźć ów blokowany przy wjeździe do miasta autobus. A w trakcie drogi możemy podziwiać jak wygląda blokada w wersji boliwijskiej. To już nie jest argentyńskie kilka osób, spokój i cierpliwość. O nie, nie. Tu już porozkladani na ziemi, większymi bądź mniejszymi grupami siedzą całe rodziny Boliwijczyków – coś tam podjadają, zaczepiają przechodzących; ogólnie – gwarno, tłoczno i wesoło (oczywiście tym siedzącym, podrózujący mniej miłe słowa wyrzucają z ust).
Gwarno i tłoczno okazuje się również już z samego rano w stolicy kraju – La Paz (notabene – najwyżej na świecie położona stolica kraju). Dość szybko udaje nam się znaleźć hostelik w cenie 30 złotych za dwie osoby (coraz lepiej idzie nam wynajdywanie taniości w Boliwii) i tam lokujemy nasze szanowne cztery litery na całe dwa dni. Bo musimy się przyznać bez bicia – pierwszego dnia, gdyby głód nas nie wygnał na ulice w poszukiwaniu jedzienia, nosa byśmy pewnie nie wychylili spoza drzwi pokoju – ja czytałam internety a Matej grał w grę na telefonie :D 
Drugiego dnia już się poprzechadzaliśmy trochę po mieście odwiedzając Muzeum Koki (żujemy, żujemy! dowiadując się, że swego czasu Coca-cola zawierała w sobie sporo koki a nawet – w czasie gdy jej używania zabroniono w Boliwii – miała na nią swoisty monopol), fantastyczne Muzeum Folkloru (gdzie ani słowa po angielsku), Targ Przedmiotów Magicznych (zasuszone embriony lam są trochę traumatyzujące) i wjechaliśmy kolejką na jedno ze wzgórz na których rozciąga się miasto by znaleźć się na największym targowisku w Boliwii (czwartki i niedziele się odbywa). Jeszcze trochę przechadzki po centrum i jedzenie na lokalnym targu i – choć ja z oporami – jesteśmy gotowi na dalszą drogę.
A ja opory miałam nie bynajmniej z racji przywiązania do internetów czy taniego hostelu. Niespecjalnie uśmiechała mi się jazda autobusem do kolejnej destynacji a mianowicie do miejscowości Rurrenabarque o tyle o ile zwana jest ona (droga nie miejscowość) jedną z najniebezpieczniejszych świata lub równie uroczo Drogą Śmierci. Wiodąca zboczami, pełna zakrętów i wybojów droga staczająca się się z wysokości około czterech tysięcy metrów nad poziome morza na metrów około setkę... Ale cóż, czego się nie zrobi byle znaleźć się w amazońskiej dżungli... Na szczęście okazało się, że od niedawna droga autobusowa nie wiedzie jednak starą drogą, ale już nowszą, która w swych najwyższych partiach jest asfaltowa. Dla mnie nie zmieniało to wprawdzie faktu wysokości, których się panicznie boję, ale przynajmniej bezpieczeństwu podróży lepiej rokowała. I tak auotbus psuje się dopiero gdy zjeżdżamy na drogę kamienistą a więc już setka metrów nad korytem rzeki a na miejsce dociera nie po 18 godzinach (jak wróżą przewodniki) lecz po 14. Na terminalu w Rurrenabaque z racji nadczasu i bardzo nocno-porannej godziny drzemiemy na ławkach (nad głowami zamiast dworcowych gołebi latają dworcowe papugi) by już po wyjściu słońca motorową taksówką odwieźć się do centrum miasteczka.
Tutaj nie marnujemy czasu i po chwili lądujemy w agencji turystycznej Escorpion. Przekonuje nas po pierwsze ceną za 3-dniową wycieczkę do dżungli, chłopcem który wygląda przyjaźnie oraz rekomendacją z drugiej ręki, którą mamy od pewnej napotkanej Chinki. Czegóż chcieć więcej? Trochę musimy tylko się podogadywać o ile Matej ma wyraźną chęć na survivalową przygodę podczas gdy ja nie mam nic przeciwko klasycznej wycieczce. Jak prawdziwie kochający mąż i on chce spędzić czas ze mną co jednak udaje mu się wyperswadować i tak – choć łodzią płyniemy jedną – spędzimy dwa dni w dżungli tylko myślami do siebie uciekając ;)
Przewodnik mojej trzyosobowej grupy (ja i dwie chilijskie dziewczęta) nazywa się Jose i dżunglę wydaje sie znać od podszewki – stał oko w oko z jaguarem, owinięty przez anakondę musiał przegryźć jej gardło, w wieku 14 lat dziadek-szaman zostawił go samego na miesiąc w dżungli... Do tego okazał się przesympatycznym i żartobliwym facetem, który dzieląc się swą wiedzą zawsze z szacunkiem i pokorą traktował o amazońskim lesie. A opowieści miał sporo... Generalnie doszłam do wniosku, że w dżungli znaleźć można lekarstwo na wszystko. Podobnie z jedzeniem – od owoców i warzyw, poprzez termity o miętowym smaku (miętowo-drewnianym jak dla mnie), na ekwiwalentach czosnku i chrzanu skończywszy. I właściwie od razu można by się tam przeprowadzać gdyby nie to, że część leśnych obywateli może się okazać zabójcza – nektar z drzewa, ogniste mrówki, niezliczone rzesze pająków i węży, jaguary... No trzeba uważać jednym słowem. 
I nasz przewodnik uważał i nas informował. Podczas prezentacji jednej z roślin nieopatrznie mrówka spadła na kark naszego przyjaciela i jak tu nie usłysze: „Kurwa mać“. Hmmm... rodacy tu byli... Jose tłumaczy, że jeden z nich przy zabijaniu komarów (których są tu oczywiście miliony) za każdym razem głośno i wyraźnie dawał w ten sposób upust emocjom a że powiedział, że to w Polsce normalne słowo Jose z radością podjął się jego nauki. Pomimo iż dość zabawne było słyszeć w jego ustach polskie przekleństwo podjęłam próbę nauki innych słów – mniej już może zaskakujących. I tak sobie z Jose spacerowaliśmy i gaworzyliśmy. Ten ze swej strony bardzo się starał abyśmy zobaczyły jak najwięcej i faktycznie po powrocie i rozmowie z innymi osobami zrozumiałam jak wiele zwierząt tak naprawdę dane nam było wyśledzić – dwa rodzaje małp, oceloty, krokodyla, papugi, tukany, jadowite pająki, dziki... Do szczęścia brakowało już chyba tylko jaguara. Choć po opowieściach Jose okołojaguarowo-turystycznych nie byłam pewna czy owego zaszczytu chcę dostąpić. Drugiego dnia gdy przyszło nam nocować w środku dżungli przy jeziorze niemal pod odkrytem niebiem (serio – co to za osłona ta moskitiera?!) dość sparaliżowana zdolna byłam jedynie nasłuchiwać odgłosów z dżungli. A ta nocą jest ich pełna – spadające owoce, skaczące i wrzeszczące małpy, żaby, owady, pełzające i skradające się zwierzęta... Jak ja się cieszyłam gdy nadszedł poranek i mogliśmy wrócić do campu, który choć także położony w dżungli dawał namiastkę bezpieczeństwa cywilizacji... Tam już same przyjemności – wyrabianie biżuterii z orzechów kokosa, robienie tatuaży, posiłkowanie się świeżo zerwanymi papayami...
Aż mi się wierzyć nie chciało, że w naszej podróży udało nam się zaczepić i o część Amazonii. Na dodatek część nie tak licznie (jeszcze) obleganą turystycznie o ile Escorpion jest jedyną agencją która orgaznizuje wycieczki w ten konkretny kawałek parku, wszystkie pozostałe agencje zabierają turystów do części parku opisywanej w książce Yossiego.Ghinsberga „Lost in The Jungle“. Dzięki niej są również w Rurre tabuny turystów... z Izraela. Nawet menu w restauracjach mają tu dziś po hebrajsku. A wszystko dlatego że jednemu z nich wystarczająco nierozsądnemu udało się w dżungli zgubić, rozbić na tratwie i ponad 20 dni przezyć. A potem napisał o tym książkę (na szybko przeczytana przeze mnie w autobusie – nic specjalnego, prócz tego że odkrywa ludzką głupotę i nieodpowiedzialność; do tego styl pisaniny straszny) i tak przywiódł tu rodaków. Ech, ale ta dżungla... 
Fantastyczne uczucie. Po czasie nawet te cholerne komary i ogromną wilgotność będę zapewne z nostalgią wspominać. Na razie ugryzienia komarów sprawiają, że mam ochotę się poryczeć i nienawidzę dżungli. Choć i tak jak zobaczyłam plecy mojego drogiego męża po survivalu musiałam przyznać że ja to tak delikatnie zaczepiana zostałam... Jego plecy zaś przypominały pole bitwy komarów. Niespecjalnie nas to zachęcało by na kolejne dni wystawiać się im na pożarcie w trakcie wycieczki na pampę i tak sobie spędzamy kolejny dzień przyglądając się życiu w Rurre, zajadając wypiekami francuskiej piekarni (Francuz ma ją tu już 13 lat) i popijając sok z acai. No i ten hamak. Wybornie po prostu, wybornie kochani! 


------------------------------------------
My Dear.s.. I'm writing this post sitting relaxed in hammock in the very plasent town called Rurrenabaque. I am slowly melting down as it is hot and humind as hell. Let's hope I will make the post as it is not so obvious those days. They are mostly leaded by two words „doing nothing“ and „lazy“. But the post suppose to be jungle so take it and read.
After we found night bus from Sucre to La Paz full of hope we came to the bus station. On site lady informed us that actually bus will go around one hour later and it's possible we will need to change it somewhere (which is not so unsual in Bolivia and the best is to come to bus station an buy the ticket for the bus which is „just about to leave). After we found our seat we were told that we will probably not change the bus – this caused a little noice inside the bus as not all passengers took assigned places. Anyway it wasn't true as we were forced to get out of the bus soon after departure – the blocade was on the road... Fortunately buses going to Sucre were blocked on other side so simply we just went to change there with all our stuff to find bus of our company. On a way we can experience what barycade in Bolivia means and it isn't (like in Argentina) few people, calm and patience. No, no, no. Here a lot of people will seat on the ground with all families blocking few hundred meters of the road – they eat, talk, laugh. Like in general atmosphere full of noise nad fun (for the blockers not for the passengers passing it on foot).
Capital of the city La Paz (the highest situated in the world) also welcomed us full of noice and cars. Relatively quick we were able to find cheap hostel – around 10 dolars for two of us (yeah, we are better and better with finding cheap in Bolivia) – and here we put our asses for two days. Actually if not hunger we would probably not stick our noses out of the room first day – I was sitting on computer and Matej was playing phone game... Second day we already walked a little bit – we visited small Museum of Coca (we eat and found out that there were days when Coca-Cola contained coca and had kind of monopol for it when it was forbided to have it here in Bolivia), fantastic Museum of Folklore (not even word in English), Witches Market (dry embrios of lamas were little bit creepy) and we use one of the lifts to see panorama of the city and the biggest market place in Bolivia (Thursdays and Sundays). We also walked a little bit in the center eating some street food and we were ready to go further. Althought I wasn't so happy about it.
And my concerns were related to the road we should take to reach our next destination – the town of Rurrenabaque. The road which is called Death Road and it's one of the most dangerous in the world. Not paved at all, full of curves, leading on the edge of the mountains from around 4 thousand meters above sea level to the hundreds of them... But my fear wasn't big enough to stop our jungle trip. And the road itself wasn't so bad at the end as first part of it it's actually new paved road (old one is used only by bikers) and our bus broke only when we have reached some nomal altitude. On place we were unexpected soon – it took us 14 hours despite 18. Because it was quite stupid hour (3.30) to look a hostel we decided to lay down on the benches on the terminal and wait for the sunlight. When arrrivved we took the motorbike cab and went almost straight to the tour agency Escorpion.
It convinced us with the very good price, nice looking guy inside and we already had some some second hand recommendation from some Chinese girl. Before we bought it we needed a little conversation wih my husband as it was obvious that he would like to have some survival experience while I was pretty good about the classic route. Matej as the true loving husband wanted to spent time with me so it took moment to persuade him to leave me. At the end we took one boat but both were about to experience jungle differently.
Guide of my small group of three (me and wo Chilean girls) was called Jose and he really knew jungle – once he was faced one to one with jaguar, he was almost killed by anaconda but managed to bite her trough and released himself, he survived one month alone in the jungle when his grandfather leave him there... What's more Jose appeared to be very polite and funny guy who treated the nature with respect and tried to teach us as much as he could. After all I reach the conclusion that they have amazing stuff in this jungle – you can find there medicine fr everything, get high and eat so many tasty fruits and vegetables (even garlic, salt and horse redish!) I would immediately go there if not the thing that also half of the things there could easily kill you – juices and toxics from the tree, fire ants, many spiders and snakes, jaguars... In one word – you need to pay attention where you step. And our guide was carefull and he informed us accordingly. One time when he was explaining something some mosquito bit him and then I've heard from his mouth „Kurwa mać“ („Fuck!“ ) Yeah... Polish were here... Jose explained that one of them when bited use this world and said to him it isn't so bad and he teached him. Well, I needed to correct it and I tried to teach him some „how are you“ sentence (Jose it is: Yak-sie-mash?) So we walked and talked and lot with Jose. From his side he really tried for us to see as much as possible. After we came back and I had some conversation with other groups I must admit we saw a lot in the jungle – two kinds of monkeys, ocelots, crocodile, parrots, tucans, toxic spiders... You may think to full happines we missed only jaguar. But I must say that after many stories concerning jaguar (from Jose) I wasn't sure I wanted to meet this particular animal. Second night which we spend in the middle of jungle near some lagune separeted from the surrounding area only by thin moskito net I couldn't sleep at all. I barely moved and only listen voices of the jungle – scream of monkeys, droping fruits and leaves, singing frogs, whisteling bugs, sneaking animals... How I was relieved when the morning came and we could came back to the camp (still in the jungle but has walls which gives you ilusion of safety of civilization). There it was only pleasure – making jewellery from the coconut peanuts, making natural tatoos, eating papayas... I couldn't believe that in our trip we actually touched Amazon basin. And the part of it which is not so much filled with tourist as Escorpion is the only family run agency having camp in this side of the Madidi National Park. Others follows to the part described in the book of Yossi Grinsberg „Lost in the Jungle“. This book actually made Rurre very popular with Israeli tourists (in restaurants you can find menu in Hebrew). Only beacuse one of them – very irresponsiblly went to the jungle with friends, have been lost, survived around 20 days there and then wrote a book about it (I've read it in bus – nothing special, style is horrible and the book itself shows human's stupidity).
But the jungle... Fantastic feeling to be here. I am sure that after time I will think with nostalgy even about the humidity and mosquitos. Right now I feel like crying and hate the jungle ;) Althoug I must admit that after seeing Matej's back when he returned from survival trip I was only litlle bit kissed by mosquitos – hiss back were like a battlefiled of mosquitos... As this didn't encourage us to do another trip to the pampa we are just sitting right now and relaxing in Rurre – observing the life of the town, eating delicious stuff from French bakery (one French has it here 13 years already) and drinking some fresh juices... And we have hammocks! It's just like it should be guys... ;)
  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz