19.11.2011

Tam, gdzie zginął Pierwszy Pułkownik Rzeczpospolitej...

Droga prowadząca na zamek
Kamieniec Podolski obrałam za miejsce wycieczki już po raz trzeci... Naprawdę za każdym razem miasto zachwyca mnie tak samo... Ale trudno się dziwić - nazywany jest przecież historycznym i kulturowym sercem Podola.Wybrukowane uliczki wijące się po wzgórzu, zabudowania pamiętające czasy panowania  rumuńskiego, polskiego czy nawet tureckiego, wszystko oddzielone murem od rozłożonych na północ i wschód nowych zabudowań; na zachodzie most prowadzący do zamku... Oglądany zarówno w słoneczne jesienne popołudnie, jak i w strugach deszczu,  Kamieniec pozostaje na długo w pamięci...
 
Jeśli przeszkadza Wam tłum turystów wszędzie włażących z aparatami, biegających "od zabytku do zabytku", chcecie w ciszy i spokoju kontemplować zamek, otaczający go jar oraz poczuć niezwykłą atmosferę miejsca, najlepiej wybrać się Kamieńca późną jesienią. Turystów niewielu, co najwyżej są to tacy zapaleńcy, jak i Wy, panuje jakaś taka błogość i rozleniwienie, mieszkańców mniej irytują przyjezdni, przyjaznych spojrzeń więcej, brak "masówki", traktuje się nas (nawet w zamku) bardzo indywidualnie... Czego to właśnie z towarzyszem mej ostatniej podróży do Kamieńca - Piotrem,  doświadczyliśmy.

U podnóży twierdzy
Zaraz po wyjściu z  autobusu w Kamieńcu gdzieś w okolicy bazaru (pan kierowca stwierdził, że stąd bliżej do zamku niż z dworca) przesiedliśmy się na lokalny środek transportu - marszrutkę (numer podpowiedziała dobra kobieta, ale właściwie można pytać w każdej się zatrzymujące czy  jedzie w kierunku "zamok, fortecja"). W ten sposób - w szaleńczym tempie, podskakując na wybojach, próbując nie wypaść na zakrętach, dojechaliśmy do Starego Miasta. Nasze nogi od razu obrały właściwy kierunek - zamek.Wiedzie na niego most - to jedyne wejście na teren fortecy. Jednocześnie warto dodać, że jest to jeden z najstarszych mostów na Ukrainie. Łuk i kolumny wypełnione zostały kamieniami przez Turków. Jest nawet legenda, że kiedy Turcy uciekali z miasta na moście wywrócił się wóz ze złotem, które wysypało się do Smotrycza. Długo można było tu natrafić na poszukiwaczy złota - jak do tej pory żadne poszukiwanie nie zostało zwieńczone sukcesem.

Twierdza

WSPANIAŁA! Naprawdę warta zobaczenia. Położona w jarze nad Smotryczem, leży za nowym i Starym Miastem - kiedy się przejeżdża most naprawdę trudno się dziwić, że zamek otrzymał miano "niezdobytego". Matka natura (i budowniczy oczywiście) wspięli się na wyżyny myślenia strategicznego - kamienna wyspa jest wysoka i trudno dostępna ( z wyjątkiem jednej małej grobli), w dole płynie rzeka Smotrycz (nazwana tak ponieważ czysta woda pozwala zajrzeć na dno - smotri! to po rosyjsku patrz!) zamek położony na niej otoczony jest wysokim murem z kilkunastoma basztami.

Widok na zamek od strony zachodniej

Istnieje legenda, że jeden z sułtanów tureckich - Osman, kiedy zobaczył zamek miał zapytać kto go zbudował. Odpowiedź podwładnych brzmiała, że sam Bóg, na co sułtan ponoć odpowiedział "Zatem niech Bóg go teraz zdobywa" i zwinął się z armią :) 
Piękna historia. Choć zapewne nie tak piękna jak to, co opisuje Henryk Sienkiewicz a co utrwalił w wariancie filmowym Hoffman i co w związku z tymi faktami Polaków do tego miasta na wschodnich rubieżach przyciąga:

Baszta Lacka z napisem Verus amicus est rarior Fenice
" „(...) Wołodyjowski zaś zdjął hełm z głowy; chwilę spoglądał jeszcze na tę ruinę, na to pole chwały swojej, na gruzy, trupy, odłamy murów, na wał i na działa, następnie podniósłszy oczy w górę, począł się modlić... Ostatnie jego słowa były: - Daj jej, Panie, moc, by zaś cierpliwie to zniosła, daj jej spokój!... Ach!... Ketling pospieszył się, nie czekając nawet na wyjście regimentów, bo w tej chwili zakołysały się bastiony, huk straszliwy targnął powietrzem: blanki, wieże, ściany ludzie, konie, działa, żywi i umarli, masy ziemi – wszystko to porwane w góre płomieniem, pomieszane, zbite jakby w jeden straszliwy ładunek, wyleciało w powietrze...
Tak zginął Wołodyjowski, Hektor kamieniecki, pierwszy żołnierz Rzeczypospolitej. (...)”

Tak, moi kochani, to właśnie tutaj - w Kamieńcu Podolskim uśmiercił nam Sienkiewicz pana Wołodyjowskiego.  Choć trzeba pamiętać, że pokolorował nam nasz Henryk sporo. Zgodnie z przekazami historycznymi wysadzić miał się płk Hejking (pierwowzór Ketlinga), najprawdopodobniej stało się to przez przypadek, płk Wołodyjowski zginął również przez przypadek,  Basia nie była tak dzielna jak ta sienkiewiczowska i z kosztownościami zniknęła wcześniej itp, itd....;) Ale wariant sienkiewiczowski pisany ku pokrzepieniu serc zatem sza! Z historią miasta i twierdzy warto się zapoznać, tyle się tu działo...
Historia samego zamku jest niezwykle barwna i ciekawa. Zresztą - nie może być inaczej. W końcu idzie o warownię określaną mianem baszty ręką Boga zbudowanejurbs antemurale christianitatis oraz Bramę do Polski,  najpotężniejszą warownię Rzeczypospolitej na Kresach Wschodnich!
Mieliśmy z Piotrem sporo szczęścia - po wejściu na teren zamku skierowaliśmy się do pierwszej baszty na lewo. W środku znajduje się mała ekspozycja z historią wieży oraz głęboka na 40 metrów studnia. Tak się akurat złożyło, że tego dnia wyłączono dopływ wody na zamku. Mieszczące się tam Muzeum musi jednak jakoś pracować, woda potrzebna a zatem... Studnia jest, woda także... Nic tylko czerpać! I na ten właśnie moment trafiliśmy. Tak poznaliśmy Dimę - pracownika naukowego muzeum (z wykształcenia historyka), który zasypał nas ogromem wiedzy o zamku i mieście, oprowadził po jego części  a wieczorem został naszym kompanem w knajpie i znalazł nam transport powrotny do Winnicy, za co szczerze raz jeszcze dziękujemy!

Minaret zwieńczony figurą Matki Boskiej
Z ciekawostek dotyczących samego miasta  osobiście najbardziej urzekła mnie historia minaretu stojącego przy katedrze św. Piotra i Pawła w Starym Mieście. A jest ona w skrócie taka: po odzyskaniu przez Polaków miasta z rąk tureckich w 1699, zgodnie z postanowieniami pokoju w Karłowicach, Polacy zobowiązali się nie niszczyć wybudowanej przez Turków części katedry - minaret z półksiężycem pozostawiono. Ale w myśl zasady Polak potrafi - od razu ustawiono na nim drewnianą figurę Matki Boskiej... W 1765 roku zastąpiono ją sprowadzoną z Gdańska miedziano-srebrną, mierzącą 4,5 m pozłacaną rzeźbą Matki Boskiej, która stoi na kuli i księżycu.... I tak do dziś katedra kamieniecka jest jedynym na świecie kościołem katolickim, przed którym stoi minaret.  I co więcej - minaret zwieńczony posągiem Matki Boskiej... :) Tadam! Chociaż jak dowiedziałam się od Dimy w ugodzie nie mogło być mowy o Kamieńcu i minarecie (sam dokument się nie zachował) - gdzie by Turcy mieli czas o jakimś tam minarecie w Kamieńcu myśleć kiedy uciekali niemal w popłochu?! Ale tradycja mówi właśnie tak i tak mówią przewodnicy więc i ja powtarzam :)
Co najważniejsze -  minaret zwieńczony Matką Boską - jest, stoi i zadziwia. I jeszcze wskazuje na niego różańcem pomnik Jana Pawła...

Koszary
Co jeszcze zobaczyć w Kamieńcu? WSZYSTKO! Całe Stare Miasto godne jest polecenia. Osobiście polecam spacer wzdłuż murów okalających miasto, po drodze miniemy kazarmy (czyli dawne budynki koszar), zejście do drewnianej cerkwi zbudowanej bez jednego gwoździa w jarze Smotrycza (widoczna z zamku od strony północno-wschodniej), dzielnice: ormiańską i żydowską, katolicką katedrę świętych Piotra i Pawła, ormiański kościół św. Mikołaja oraz zwyczajne samotne zapuszczanie się w niekoniecznie wybrukowane uliczki :)
Minimum dwa dni trzeba przeznaczyć na wycieczkę tutaj, aby móc nie tylko zobaczyć wszystko, ale i zdążyć pokontemplować ;) (Z Kamieńca można urządzić sobie wycieczkę do leżącego nieopodal Chocimia, o którym pisałam wcześniej).

Kamieniec jest miejscem unikalnym na skalę światową. Ormianie, Żydzi, Azerowie, Grecy, Bułgarzy, Polacy, Rumunii i inni budowali przez stulecia tu swoje domostwa i świątynie. UNESCO umieściło Kamienieć na Liście Światowego Dziedzictwa właśnie za owe duże nagromadzenie zachowanych zabytkó zbudowanych w różnych stylach. Rząd ukraiński przyznał mu natomiast 3 miejsce pod względem ważności kulturalnej na Ukranie (po Kijowie i Lwowie).
Zachęcam do zapoznania się z historią Kamieńca i samej twierdzy m.in. z opisem w Słowniku Geograficznym Królestwa Polskiego 

Więcej zdjęć: Kamieniec

Gdzie Lew chocimski Turków rozgromił...

Pomnik Armii Czerwonej
Aby dotrzeć do celu trzeba najpierw nastawić się na spacer. Przejście przez tę maleńką wioseczkę to żaden problem, ani tym bardziej tak długa droga, jak twierdzą lokalni (trzeba pamiętać, że pojęcie dystansu jest tu zupełnie inne niż u nas - 15-minutowy spacer bywa już nazywany długim i skutkuje wezwaniem przez Ukraińca taksówki :)). Jeśli zdecydujecie się jednak poprosić o podwiezienie kogoś, kto wygląda jak taksówkarz ustalcie najpierw cenę - taka rada:) Ja jednak zdecydowanie polecam spacer wzdłuż wioski  - po drodze można napić się kawy, zachwycić wyłaniającym się znienacka zadbanym i wielkim Pomnikiem Armii Czerwonej, porozmawiać z babciami siedzącymi przed swymi troszkę już podupadłymi chatami. Przy odrobinie szczęścia sprowokowanego waszą uprzejmością i uśmiechem uda Wam się może i być zaproszonym do środka takiej chatynki:) Ale w końcu - po intensywnym spacerze uliczkami wioski Chocim (bo o niej tu mowa) dotrzecie do miejsca swego przeznaczenia: twierdza czy - jak mówią autochtoni - Forteca.


Mogę z całą pewnością stwierdzić iż zachwyty nad nią nie są przesadzone. I twierdza i jej umiejscowienie, krajobraz wokół robią piorunujące wrażenie. Naprawdę trudno się dziwić, że w rankingu stworzonym w  2007 roku znalazła się na pośród 7 cudów Ukrainy (inne - patrz tutaj)

Widok na zamek i dolinę Dniestru

Twierdza usytuowana jest na  wysokim, skalistym brzegu Dniestru. Jeśli wejdziemy na jeden z pagórków po lewej stronie zamku naszym oczom ukaże się zapierający dech w piersiach widok na dolinę rzeki.  Jeśli zaś chodzi o sam zamek - równie imponujący. 

Wejście do zamku
Budowa fortecy rozpoczęła się w 1325, prace nad nią trwały jeszcze do 1380 roku. ca ta ulegała licznym rozbudowom, a także poddawana wielokrotnym rekonstrukcjom przez nowych właścicieli tych ziem.
 
Północna wieża
W historii Polski twierdza w Chocimiu znana jest przede wszystkim dzięki dwóm doniosłym zwycięstwom nad Turkami. Pierwsze miało miejsce w 1621 r., kiedy to 35 - tys. wojska koronne, dowodzone przez hetmana Jana Karola Chodkiewicza, wspierane 40 - tys. posiłkami kozackimi hetmana Piotra Konaszewicza Sahajdacznego, zdołały obronić Rzeczpospolitą przed inwazją 120 - tys. armii Wielkiej Porty, prowadzonej przez sułtana Osmana II. Chocim należał wtedy do Hospodarstwa Mołdawskiego, uznającego zwierzchość lenną Turcji. Do rangi symbolu wiktorii chocimskiej urosła wspaniała współpraca polsko - kozacka, która już nigdy później nie kształtowała się tak pomyślnie. Tak opisuje obronę Chocima Wacław Potocki  w swym  poemacie "Transakcja wojny chocimskiej":


"Wprzód, niźli sarmackiego Marsa krwawe dzieje
Mury obronne
Potomnym wiekiem muza na papier wyleje,
Niż durnego Turczyna propozyt szkaradny
Pisać pocznę w pamiętne Polakom przykłady
(Który z nimi zuchwale mir zrzuciwszy stary,
Chciał ich przykryć haraczem z Węgier i z Bułgary),
Boże! Którego nieba, ziemie, morza chwalą,
Co tak mdłym piórem, jako władniesz groźną stalą,
Co się mścisz nad ostatnim domu tego węgłem,
Gdzie kto usty przysięga sercem nieprzysięgłym - 
Ciebie proszę, abyś to, co ku Twojej wdzięce
W tym królestwie śmiertelnie chcą wspominać ręce,
Szczęścić raczył; boć to jest dzieło Twej prawice:
Hardych tyranów dumny wywratać na nitce,
Mieszać pysznych i z błotem górne równać myśli
Przez tych, którzy swą siłą od Ciebie zawiśli"


 O mierze wysiłku podjętego przez walczących może świadczyć również anegdota dotycząca ogromnych strat po stronie tureckiej. Otóż sułtan chcący za wszelką cenę pokonać  niewiernych miał ponoć odpowiedzieć na skargi ginących żołnierzy: "Jak stracę osłów, zostaną mi konie".

Druga bitwa chocimska odbyła się w 1673, w rok po haniebnym traktacie buczackim, oddającym Podole w ręce tureckie. Utracony autorytet oraz represje wobec ludności Podola (m. in. zamienianie kościołów na meczety) zmobilizowały sejm do podjęcia zdecydowanych działań przeciw Imprerium Osmańskiemu. Wystawiona armia pod komendą hetmana Jana Sobieskiego odniosła zwycięstwo nad stacjonującymi w Chocimi Turkami. Triumf Sobieskiego w tejże bitwie otwarł mu drogę do korony.Również i w tej bitwie wiele zacnych słów powiedzianych zostało m.in. przez Waszmościa, który później tak czułe listy do swej Marysieńki pisał jak poniżej:

"Wchodzę w nieprzyjacielską ziemię, z której pierwej nie wynijdę, aż albo szczęśliwie za błogosławieństwem Pańskim nieprzyjaciela zniosę, albo chwalebnie za ojczyznę głowę położę"
Zacnie. Choć bitwa chocimska zakończyła się pełnym zwycięstwem Rzeczpospolitej, nie przyniosło ono jednak przełomu w wojnie i nie doprowadziło do odzyskania Kamieńca Podolskiego. Natomiast wzrósł niepomiernie prestiż Rzeczypospolitej w Europie, a zwłaszcza respekt dla wspomnianego powyżej już hetmana Jana Sobieskiego u Turków, którzy odtąd zwali Sobieskiego "Lwem Chocimskim".



Historia twierdzy
Informacja praktyczna: nie zapomnijcie kupić biletu w kasie na parkingu przed wejściem do twierdzy. Wprawdzie pan "na bramce" będzie chciał Was wpuścić, ale za dwukrotnie wyższą cenę :) 

Na parkingu można zwrócić uwagę na umieszczony po lewej stronie na parkanie ogromny plakat z historią i przekrojem twierdzy napisany w dwóch językach: ukraińskim i polskim. Polski wariant jest przykładem tego, dlaczego nie można wrzucać tekstów w google transaltor, ale lepiej oddać je tłumaczowi :)

18.11.2011

Pamiętnik mojej sekretarki...

Słuchajcie, chyba muszę zacząć pisać nowego bloga... Spotkania z literaturą ukraińską, czy coś w ten deseń ;)  To refleksja po wczorajszym spotkaniu...
Gdzie byłam? Tam, gdzie bywam ostatnio najczęściej - w księgarni "Є" :) 
 A zatem  - literatury ukraińskiej - ciąg dalszy... Tadam! :)

Spotkanie z braćmi Kapranow w winnickiej księgarni "Є"

Dmytro i Witalij  Kapranow (albo odwrotnie...:))
Bracia Kapranow - w Polsce doczekali się wydania jednej ze swych książek "Kobzara 2000" (który dość niefortunnie przetłumaczony został na "Baśnie Narodów Byłych Republik Radzieckich"... Poszalał tłumacz...), ukazał się również wywiad z nimi po polsku na portalu zaxid.net (można przeczytać Warianty tylko dwa: albo pijaństwo albo kultura ). Niestety, tyle tylko odnalazłam. 
Osoby znające język ukraiński zachęcam do odwiedzenia strony braci Kapranow -> http://kobzar.com.ua/
dla pozostałych kilka (a nawet kilkanaście) słów o nich poniżej :)

Zdjęcia ze spotkania - jak zwykle w albumie zdjęć (Spotkanie z braćmi Kapranow)

Bracia Kapranow - (Dmytro oraz Witalij)  ukraińscy wydawcy, pisarze, publicyści, działacze polityczni, prowadzą działalność handlową. Urodzili się 24 lipca 1967 roku w mieście Dubosary w Mołdawii. Lata dzieciństwa i młodości spędzili w Oczakowie na Ukrainie (tam m.in ukończyli liceum,  w którym - co ciekawe - nie uczyli się języka ukraińskiego; uczęszczali  również na zajęcia do szkoły sportowej oraz muzycznej). Ukończyli studia na Uralskiej Politechnice (Swerdowsk, Rosja) oraz Moskiewski Instytut Energetyczny.
W 1988 roku ożenili się z siostrami bliźniaczkami :) (które obecnie prowadzą biuro turystyczne) i przeprowadzili się do Moskwy. Jak mówią: mają synów i córkę. Zajmowali się w życiu po trosze wszystkim. Przede wszystkim zwrócić nalezy jednak uwagę na ich działalność piśmienniczą oraz wydawniczą.

Książki autorstwa braci Kapranow
Działalność wydawnicza

Na początku lat 90-tych w Moskwie zaczynał tworzyć się spory ruch ukraińskiej diaspory. W tym czasie bracia Kapranow wydawali moskiewską gazetę "Tyndy -ryndy" oraz czasopismo z ukraińską fantastyką "Bracia". Wtedy też zaczęli pisać swoją pierwszą książkę "Kobzar 2000", nad którą pracować im przyszło 10 lat. Ukończyli ją w 1998 roku już w Kijowie, gdzie zdecydowali się przeprowadzić po tym jak nie znależli dla siebie miejsca do samorealizacji w Moskwie.
W Kijowie znaleźli się okresie, który nazwać można "książkowym głodem". W związku z niemożnością wydania swojej powieści postanowili sami zostać wydawcami. Pierwszy zrealizowany przez nich projekt to katalog książek pocztą "Książkonosz". W 1998 roku bracia Kapranow zebrali od wszystkich wydawnictw wszystkie książki napisane po ukraińsku, będące na stanie (niezależnie od roku wydania). Tak zebrało się ponad 600 nazw, które znalazły się w pierwszym katalogu.
W 1999 roku bracia razem z telewizją "1+1" oraz fabryką czekolady "Korona" zorganizowali pierwszy konkurs ukraińskiej krytycznej literatury "Золотий Бабай" (zwyciężyła wówczas powieść Wasyla Szklara "Klucz").

Wydawnictwo "Zielony pies"

Powstało ono w 2000 roku i na jego czele stanęli nie kto inni jak bracia Kapranow. Pierwszą wydaną przez wydawnictwo książką była powieść Leonida Kononowycza "Ja, zombi". W roku 2001 wyszedł w końcu "Kobzar 2000" autorstwa braci wraz z ilustracjami Władysława Jerka. Spotkał się z niezłym przyjęciem czytelników i od tego czasu był jeszcze drukowany 5 razy.
W roku 2004 rząd Ukrainy przegłosował budżet, który miał ograniczyć wydatki na wydawnictwa książkowe. 4 lutego bracia Kapranow razem z innymi kolegami-pisarzami na znak protestu spalili rękopis swojej nowej książki przed Radą Ministrów. Akcja odbiła się szerokim echem (m.in. medialnym) i w przeciągu roku rząd był zmuszony do zmiany zapisów w budżecie.

Wskutek zmian udało się braciom nakładem wydawnictwa Zielony Pies wydać swoją kolejna książkę "Lubczyk" ("Приворотне зілля"). W 2006 roku w ręce czytelników trafiła książka "Rozmiar ma znaczenie" ("Розмір має значення"). W roku 2007 ukazał się zbiór artykułów pisanych przez braci w książce pod tytułem "Prawo braci Kapranow" ("Закон Братів Капранових"). Rok 2009 przyniósł książkę dla dzieci "Wujek-Gwiazda". W latach 2008-2010 wychodzili nowe wydania "Kobzara 2000" uzupełnione o nowe rozdziały. Jak mówią sami bracia o tej książce: 

"Kobzara..."planowaliśmy jako swoisty przegląd współczesnej Ukrainy w płaszczyźnie mistycznej. W ciągu ostatniego dziesięciolecia przekonaliśmy się, że ten przegląd nie jest zakończony i nie jest doskonały.(...) Szewczenko do ostatnich lat dopisywał swego „Kobzara". Przecież też zdawał sobie sprawę, że „Kobzar" - to nie książka, lecz sposób istnienia, sposób tworzenia. Myślicie, że planowaliśmy to pisać? Nigdy w życiu! Samo się napisało..."

 Fragment "Kobzara 2000" ("Rusałka")

Wydawnictwo "Zielony Pies" wydaje ponad 60 ukraińskich tytułów książek co roku i jest jednym z liderów na rynku wydawniczym na Ukrainie jeśli chodzi o literaturą piękną. 

Od roku 2004 bracia Kapranow dwa razy w miesiącu wydają również gazetę poświęconą literaturze "Druh czytacza" ("Друг Читача") oraz razem z "Главредом" prowadzą projekt "Sezony książkowe"("Книжкові сезони")
Od 2005 roku prowadzą również projekt "Akademia Gogola" ("Гоголівська Академія").

W roku 2007 bracia zainicjowali Nadzwyczajne Zjazdy "Ukraina - miejsce katastrofy kulturalnej". Efektem zjazdów było ogłoszenie Ukrainy miejscem nieprzyjaznym dla kultury i zgłoszenie władzy roszczeń i propozycji dla polepszenia sytuacji. W roku 2007 pojawiły się nagrody:  "Złoty Kaganiec" ("Золотий намордник")  za 1 miejsce w rankingu "ojczyźniane chamstwo" oraz "Złoty kołnierz" ("Золотий ошийник") za 1 miejsce w rankingu "chamstwo zagraniczne" (przyznawane władzom w głosowaniu internetowym).

Od 2009 roku  bracia Kapranow są opiekunami jarmarku "Medvin: Świat Książki" ("МЕДВІН: Книжковий світ"). 
W roku 2011 zainicjowali Ogólnoukraiński konkurs na bliźniaka Tarasa Szewczenki ;)

"Pamiętnik..."
W tym też roku (2011) pojawiła się ich nowa książka "Pamiętnik mojej sekretarki". Całkowicie inna od tego, co pisali do tej pory. O tej książce (lecz nie tylko) było spotkanie w winnickiej księgarni - również inne od pozostałych - ponieważ obyło się bez moderatora - bracia sami zabawiali zgromadzonych czytelników:) Co możecie obejrzeć na filmikach poniżej.
"Pamiętnik mojej sekretarki" to nie - jak dotychczas bywało u braci - mistyczne opowiadania, ale powieść psychologiczna. Główny bohater odsuwa kurtynę i pokazuje co dzieje się na tzw backstage'u życia również tzw. "elit". Jak na dłoni rysują się i przeplatają sytuacje  z życia wyższych stref, polityki, show-biznesu... Patrzymy na świat w którym królują pieniądze, schematy, to świat pełen kochanek i łapówek. Coś w rodzaju wiadra z zimną wodą dla osób, które myślą, że to lepszy świat. Pewnego dnia świat głównego bohatera zaczyna się walić - przychodzi czas politycznego i biznesowego kryzysu, gorące lato 2004 roku...

"Wszystkie wydarzenia, o których piszemy wydarzyły się naprawdę. Wymyśleni są tylko bohaterowie. Choć niektórzy z nich noszą rysy osób, które na swej drodze spotkaliśmy".

Jak powstała książka? Oddajmy głos samym braciom:

"Zaczęło się kilka lat temu, kiedy okazało się, że jedna z naszych sekretarek prowadzi swój dziennik. Pisała tam m.in. tak: Witalij Witalijowicz proponował mi dzisiaj jabłko. Odmówiłam. Uważam, że nie znamy się na tyle dobrze, abym mogła wziąć od niego jabłko". Wyobrażacie sobie? Nie gdzieś w kurtuazyjnym świecie XIX-wiecznych salonów, a dzisiaj - w czasach moralnego upadku, katastrofy kulturalnej istnieją dziewczęta, które uważają że nie można częstować się jabłkami darowanymi przez nieznajomego! Uderzyła nas ta otwartość i od razu pojawiła się myśl - jeśli naprawdę istnieją jeszcze takie niespaczone umysły to jak one przyjmują to co odbywa się dookoła? Jak im żyje się na tym świecie? Tak zaczął się Pamiętnik mojej sekretarki."

I dalej:

"Główny bohater poniekąd przeżywa fragmenty naszej biografii, wiele w nich z naszych dziadków. Warto powiedzieć, że właśnie nasz dziadek siedział w obozie stalinowskim, gdzie wycinał w drewnie historie obozowego zycia, to nasza babcia uczyła się w pensjonacie dla dobrych panien a później uciekała przed NKWD przez step razem z córkami i synową. Historyczno-rodzinna linia powieści bazuje na historii naszej rodziny i bohatera naszej powieści można uznać za naszego pobratymca.
(...)
Chcemy zauważyć na koniec, że obecnie istniejemy w dwóch wydaniach - publicystycznym i literackim. I jest tak że nasi czytelnicy publicystyki w ogóle nie znają naszych powieści i na odwrót.  Nasz nowa książka ma trochę na celu pojednanie obu audytorii. Bo większa część powieści i sam jej temat leżą bardzo blisko naszej publicystyki, ale jeśli idzie o styl i kąt widzenia to jak najbardziej literatura piękna." *

I na koniec:  Віталій, Дмитро! Якщо Ви це читаєте - ще раз - дуже Вам дякую за зустріч, цікаві розповіді, за Вашу діяльніст. Бажаю успіхів, більше перекладів Вашої літератури на польку мови і щоб перекладачі не були лихими! :)

*cytat wypowiedzi przetłumaczony ze strony braci Kapranow: cała wypowiedź -> tutaj

 




16.11.2011

Gdzie diabeł mówi dobranoc, albo gdzie Lenin krzyżuje się z Majakowskim...

Gdyby ktoś z Was miał zamiar kiedyś wybrać się na wycieczkę po delcie Dunaju i myślał, że bezproblemowo uda mu się przekroczyć granicę rumuńsko-ukraińską, aby móc nacieszyć oko urokami naddunajskich miast po obu stronach rzeki, cóż - proponuję przeczytać wcześniej moją subiektywną relację z tegorocznej eskapady tymże szlakiem.
(Fotografie z całej wyprawy można znaleźć tutaj )

Przed chatą w Peripravie
Jeśli obierzecie jako i ja obrałam trasę Tulcea-Periprava i myślicie, że tak jak jest napisane w przewodnikach, bądź jak informują Was autochtoni, uda Wam się namówić kogoś, aby łódką przeprawił się z Wami na drugi brzeg do miejscowości Wyłkowe, krótka wymiana zdań z strażą graniczną na miejscu, uświadomi Wam: "haha, nie-e, nie da rady, trzeba wracać do Tulczy po pozwolenie (o którym w Tulczy, rzecz jasna, nikt nie wie) albo jechać do Gałacza i stamtąd jechać". Hmm... Miejmy nadzieję, że będziecie mieć szczęście i następnego dnia katamaran będzie płynął z powrotem (bo one co drugi dzień mniej więcej kursują, i słowa "mniej więcej" w pełni oddają godziny kursów ;)). Nie ma jednak powodu, aby się bardzo stresować jeśli katamaran nie będzie miał ochoty na szybki powrót bo jedno mogę Wam obiecać - mieszkańcy tej maleńkiej wioseczki rumuńskiej są bardzo mili, przyjaźnie nastawieni do intruzów - stanowimy dla nich nie lada ciekawostkę i jakąś odskocznię od codzienności, w związku z czym chętnie przenocują, a może i nawet nakarmią i napoją:)
Spontaniczny nocleg i kolacja z gospodarzami w Peripravie

Tak więc już wiemy - do Wyłkowego z Peripravy nas nie puszczą a zatem powrót i -> Gałacz. Stąd ponoć można na Ukrainę się dostać. Oczywiście. Jasne. Kursuje tam aż jeden autobus.  Ciężko tylko określić o której jest on konkretnie godzinie... Ale do granicy dowiezie nas taksówka. Ile? No chyba żart - to tylko pięć kilometrów! Nie ze mną te numery. Tak więc rada: wychodzimy z dworca, pytamy gdzie granica i idziemy łapać stopa (wszyscy pukają się w czoło i mówią, że to niebezpieczne).
No risk, no fun :)

O poranku nad pięknym i modrym Dunajem
Zatrzymuje się pierwszy lub drugi samochód. Dopiero od kierowcy dowiaduję się, że nie ma tutaj granicy rumuńsko-ukraińskiej. Jest natomiast rumuńsko-mołdawska a żeby było śmieszniej nie można jej przekraczać pieszo... (czyli łapanie stopa i tak będzie konieczne, chyba że uda się komuś szybko zmontować jakiś pojazd).  Jeśli nie traficie akurat na kierowcę, który posiada żółte papiery nastawcie się na stanie w kilkugodzinnej kolejce na tymże przejściu. Później trzeba grzecznie podziękować kierowcy za podwiezienie, wysiąść i pieszo około kilometra przejść do granicy mołdawsko-ukraińskiej (samochody dziwnym trafem tam nie jeżdżą...) Czyli z Rumuni na Ukrainę jedzie się przez Mołdawię.
Pożegnanie z Rumunią
Na tej granicy idzie szybciutko - dość ospała atmosfera, turystki z plecakami podróżujące same, bywają dla strazników ciekawym obiektem (nadziwić się nie mogą, że sama, że z Polski, że z plecakiem, że bez męża i jeszcze jej się Ukraina podoba... świat schodzi na psy...:) ) Kawa ze strażnikami, którzy uświadamiają mnie że miejscowość Reni, do której chcę trafić jest oddalona jeszcze o jakieś 10 km... Dobrzy ludzie - mówią, że można tu poczekać na jakiś samochód i oni każą mnie podwieźć. Bosko, jednak po półgodzinnym oczekiwaniu, gdzie absolutnie NIC nie jedzie, trzeba się zebrać i ruszyć prosto przed siebie. I pisząc "prosto" mam na myśli "prosto" - drogę widzimy cały czas przed sobą, a wokół tylko pola kukurydzy albo zboża... i nie widać, żeby droga miała się skończyć... Po drodze psy, owce, krowy... Sielsko, anielsko, tylko plecak ciąży i nogi bolą niemiłosiernie.

Reni
Finally! -> Reni.

Miejscowość, której nie opisują w przewodnikach, a która ma w sobie, jak się okazało, wiele uroku i mieszka tam sporo miłych ludzi o czym za chwilę.

Gdzie nocować?
Jest kilka hotelików, zajazdów, ale nie są one najtańsze. Ja proponuję dojść do Morskiego Wokzalu, choć nie wygląda na hotel zapewniam - mają tam całkiem niezłe miejscówki. Jest ciepła woda i pana na "portiertni", który chętnie się z Wami napije wódki i poopowiada ciekawe historie. Jeśli go zainteresujecie swoją osobą, następnego dnia, pomimo iż po nocnej zmianie, oprowadzi po miasteczku, zaprosi do domu  (zarówno swojego, jak i setki swoich znajomych) a potem pomoże znaleźć transport tam, gdzie potrzebujecie dalej jechać :)

Pomnik Lenina
Co ciekawego jest w Reni? Przede wszystkim należy się przespacerować uliczkami, które tylko przy głównej drodze mają pozmieniane nazwy. Zapuszczając się wgłąb, przejdziemy ulice Lenina i Majakowskiego, w parku natkniemy się na zadbany pomnik Wladimira Iljicza Uljanowa, na murach znajdziemy ogromne socrealistyczne plakaty, zaś w pobliżu portu mapę tych terenów z opisem, że znajdujemy się w Ukraińskiej Socrealistycznej Republice Radzieckiej... Miłośnicy socrealizmu z pewnością będą zachwyceni - to wioska, w której czas się zatrzymał...
Warto zagadać do kogoś z miejscowych i np. zapytać czy nie poczęstuje herbatą. To niezwykła okazja do pogawędki oraz zobaczenia wnętrza domów. Ukraińcy lubią pokazywać, opowiadać. Inna sprawa czym się chwalą ponieważ kiedy fotografujecie piękny stary kredens kuchenny mogą Was poprosić o sfotografowanie salonu, w którym jest wielki plazmowy telewizor...:)
W Reni mieści się jeden z portów ukraińskich - na większą część jego terenu nie można wchodzić, a jeszcze większej części nie wolno fotografować (taka pozostałość po dawnych czasach i przypuszczeniu, że każdy obcy z aparatem to szpieg).
Rodyna Mat' zovut!
Można również poszukać Muzeum Krajoznawczego - małe, przytulne, sporo w nim eksponatów, ale znalezienie go graniczy z cudem ponieważ o jego istnieniu, pomimo iż jest w centrum wioski, nikt z miejscowych nie wie. Zresztą posłuchajcie dialogu jaki odbyłam z panem, który otworzył drzwi, obok których wisiała tablica "Muzeum"





 
Wnętrze muzeum
"-Dzień dobry. Jestem turystką z Polski. Czy mogłabym wejść?
- Dzień dobry. A po co?
- Tutaj jest napisane, że to Muzeum. To prawda?
- No tak.
- Aha. To znaczy mogę wejść?
- Ale po co?
-...  chciałabym zobaczyć co macie w Muzeum? (nic innego nie przyszło mi do głowy:))
-No, cóż, proszę wejść...Dziwne, że to Panią interesuje"


Po wpuszczeniu mnie do środka Pan wrócił do oglądania telewizji (najwyraźniej mu przerwałam), zostawiając mnie wśród tych bezcennych rzeczy... Nie, nie przywiozłam sobie stamtąd pamiątki, choć nigdy chyba mnie tak nie kusiło :D
Gdzie dalej jechać z Reni?
Zbyt wielu opcji nie ma:) Albo jedziemy (a właściwie idziemy) z powrotem do granicy z Mołdawią albo jedziemy dalej w Ukrainę:) Reni ma bardzo dobre połączenia z miejscowościami obwodu odeskiego. Z dworca kursuje kilkanaście marszrutek dziennie do Odessy i kilka do większych miast w okolicy: Izmaiłu, Kilii, Białogrodu.

Skrzyżowanie ulic Lenina i Majakowskiego
Kacwin, Slav i jego koledzy :)


15.11.2011

"U prząśniczki siedzą jak anioł dziewieczki, przędą sobie, przędą jedwabne niteczki..."

Winnicka księgarnia "Є" to nie tylko miejsce, gdzie można kupić mnóstwo interesującej ukraińskiej literatury, spotkać się ze znanymi pisarzami i naukowcami czy być uczestnikiem prezentacji nowości wydawniczych... Na stronach Księgarni czy tzw fun page'ach możemy przeczytać, że "celem księgarni jest stworzenie żywej atmosfery, sprzyjającej wymianie poglądów, refleksji przemyśleń związanych z współczesnymi tendencjami społecznymi, literackimi, formowanie aktywnej postawy odwiedzających poprzez organizowanie (...) pokazów kinowych, warsztatów, wydarzeń artystyczno-muzycznych". 

I nie są to słowa pisane ot-tak. Jak pisałam we wcześniejszym poście - dzieje się tam sporo! A ja nie ukrywam, że chętnie uczestniczę (w miarę możliwości oczywiście) w każdym evencie księgarniowym. I tak oto - moi drodzy, w sobotę (żeby za dużo nie rozpaczać po lwowskiej przygodzie) trafiłam po raz kolejny do przytulnej sali przy Placu Wolności, aby (tym razem) być uczestnikiem warsztatów tkactwa dla dzieci. I poznać wspaniałą dziewczynę - artystkę - tkaczkę (chyba tak na polski to trzeba przetłumaczyć...) - Marynę Naumczuk.
 
Maryna Naumczuk
Młoda absolwentka Lwowskiej Akademii Sztuki w winnickiej księgarni uczyła najmłodszych jednego z najstarszych rzemiosł uprawianych przez człowieka - tkactwa. Każdy otrzymał zbitą z desek ramkę z naciągniętymi na niej nitkami, którą w odpowiedni sposób  należało przeplatać materiałami: nićmi, włóczkami, trawą, skórą, koralikami... Skupienie, uśmiechy, lekki harmider, nożyczki i włóczka leżące między książkami na półkach... Nie znam w Polsce księgarni, która byłaby tak przyjazna i otwarta na nowe pomysły.
Co do samej Maryny - zajmuje się ona nie tylko tkaniem, ale również  szeroko pojętym rękodziełem artystycznym  (wyrobem biżuterii  z naturalnych materiałów czy robieniem ukraińskich motanek które przynoszą szczęście:)) Swoją wiedzą chętnie się dzieli i jest  super pozytywną osobą.


Jeśli jesteście zalogowani vkontakte.ru polecam stronę z rzeczami robionymi przez Marynę -> Mavki Rukotvori. Ja nie mogę się zdecydować na jedną rzecz... wszystkie są cudne i właśnie rozważam opcję - po jednym w każdym kolorze ;)
Poniżej:  filmik na którym Maryna pokazuje jak tkać, reportaż lokalnej telewizji z warsztatów oraz kilka moich zdjęć ze spotkania w księgarni.
Wszystkie zdjęcia można obejrzeć w galerii -> Tkactwo z Maryną Naumczuk









 

12.11.2011

Pisarz - psycholog i ukraińska Stephanie Meyer... spotkań z ukraińską literaturą ciąg dalszy

Muszę przyznać, że Księgarnia "Є" w mieście Winnica, pomimo iż maleńka działa równie intensywnie niczym jej kijowski czy lwowski odpowiednik... Brak czasu, aby ogarnąć wszystkie ich wydarzenia :)

Kilka słów na temat spotkania, w którym uczestniczyłam parę dni temu - prezentacja dwóch książek: "Надра банку" Wiktorii Horbunowej oraz "Гонихмарник" Dary Kornij (obie panie są laureatkami  ogólnoukraińskiego literackiego konkursu "Koronacja słowa").

Zdjęcia ze spotkania -> tutaj

Wiktoria Horbunowa
Wiktoria Horbunowa - otrzymała w 2010 roku nagrodę "Wybór wydawców" za książkę "Мрія про маленьке життя" (jak powiedziała na spotkaniu w winnickiej księgarni o tej książce sama autorka: "To nie ja pisałam ją, ale ona mnie". Co miała na myśli dowiem się kiedy przeczytam...). Jest doktorem psychologii, docentem i wykładowcą psychologii socjalnej i praktycznej w Państwowym Uniwersytecie im. I. Franki w Żytomierzu. Prowadzi również własny gabinet, jest psychoteraputką uczestniczącą w programach zarówno ukraińskich jak i międzynarodowych, prowadzi treningi biznesowe oraz treningi rozwoju osobistego, naukowo zajmuje się problemem psychologii grupowej.

Jej nowa książka -  "Надра банку" to powieść o zawodowej deformacji osobowości. Akcja powieści rozgrywa się na tle stosunków panujących w korporacyjnym świecie jednego z banków - świecie, gdzie walka o pieniądze ściera się z uczuciami. Książka o tym jak praca wpływa na charakter, marzenia, pragnienia ludzkie, jak zmieniają się ich losy  i role ludzkie. I oczywiście jest to też historia miłości. 

  Wiktoria Horbunowa czyta fragment książki "Мрія про маленьке життя"

Dara Kornij
Dara Kornij (Myrosława Zamojska) - otrzymała w 2010 roku 3 miejsce w konkursie  za powieść "Гонихмарник". Urodziła się na Wołyniu, gdzie również toczy się akcja jej książki. Obecnie mieszka we Lwowie. Ukończyła Ukraińską Akademię Drukarską. Autorka książek dla dzieci.  

"Гонихмарник" to - według samej autorki - jej pierwsza "dorosła" powieść, chociaż bohaterami są młodzi ludzie (podobnie zresztą jak odbiorcy). Po wydaniu powieści okrzyknięto ją "ukraińską Stephenie Meyer". Jak mówi sama Dara: "Moja córka pochłaniała sagi pisane przez Meyer i za każdym razem dokładnie opowiadała mi, co się w nich wydarza. Złościło mnie, że ukraińska młodzież jest zafascynowana obcą literaturą fantastyczną, a nie zdaje sobie sprawy o ile potężniejsze są siły drzemiące w ukraińskiej mitologii. Chciałam pokazać, że nasza mistyka może równać się ze światową". Dodała jeszcze, że Ukraińcy nie doceniają własnej kultury i tradycji - i to było przyczynkiem do napisania książki, której pierwszym czytelnikiem i najsurowszym krytykiem była nastoletnia córka autorki.

 Fragment powieści "Гонихмарник" czytany przez autorkę

I jeszcze kilka słów o konkursie, którego laureatkami są obie panie:

"Koronacja słowa" - konkurs po raz pierwszy przeprowadzony w 1999 roku jako wspólny projekt firmy "Крафт Фудз Україна" oraz telewizji "1+1" nazwany wówczas Ogólnoukraińskim konkursem na  powieść i scenariusz. Od 2005 roku na konkurs można wysyłać również sztuki teatralne, zaś od 2008 poezję śpiewaną. Obecnym partnerem poszerzającym informację o konkursie jest telewizja "Inter". 
Konkurs "Koronacja słowa" ma na celu promowanie nowej ukraińskiej kultury, poszukiwanie nowych imion na scenie literackiej Ukrainy, wydawanie najlepszych prac w postaci książek, podtrzymywanie współczesnego procesu literackiego,  poszerzenie o wartościowe pozycje ukraińskiego rynku wydawniczego, pokazanie innego oblicza ukraińskiego kina i teatru. 

Więcej o konkursie i wszystkich jego laureatach można poczytać na stronie konkursu: koronatsiya.com

.

11.11.2011

"Idź i powiedz mej żonie: Nic to!" Śladami Sienkiewiczowskiego pióra...

wszystko mi mówi, że mnie ktoś pokochał...
ech, jak większość z Was wie moja szczęśliwa gwiazda "Nieogar" spłatała mi wczoraj figla i nie wypuściła mnie z Ukrainy. Nie będę się rozpisywać w temacie zbyt smutny on... Ale z tego miejsca publicznie dziękuję moim przyjaciołom, którzy stanęli na wysokości zadania - szczególne podziękowania dla Oleńki, która obudzona w środku nocy zadzwoniła, poinstruowała i cały dzień (razem z resztą ekipy jak przypuszczam) martwiła się o Kacwina oraz Mateuszowi - za pomoc we Lwowie i próbę umilenia strasznego dnia pokazaniem mi knajpianego oblicza Lembergu (słowa uznania dla nowych znajomych, których pejczowanie nawet mnie rozbawiło). Obok jedno zdjęcie z nieplanowanego przystanku w "polskim" mieście, zrobione w czasie przechadzki :)

A teraz - z racji większej ilości czasu, pora na zaległe posty. Bo trochę się działo ostatnio, a przynajmniej wystarczająco dużo, aby nie było czasu pisać:)
Obiadek :)
Dzisiaj o wypadzie do Kamieńca Podolskiego w zeszłym tygodniu. Wyprawa bardzo krótka, ale obfita w zabawne wydarzenia, ciekawych ludzi i fajne widoki.
Zdjęcia -> tutaj
Do Kamieńca pojechałyśmy z Iwoną "doczepiając" się do studenckiego teatru "Siódme niebo", który tam właśnie miał zaprezentować swoje ostatnie przedstawienie. 

Droga upłynęła przy dźwiękach gitary i spontanicznych przystankach w drodze na tzw "posiłek w plenerze". Po dotarciu na miejsce (jakieś 3 godziny jazdy) mieliśmy jeszcze parę godzin dla siebie zatem? oczywiście. Na zamek!

Dziedziniec zamku

Widok na jar z okien zamku





WSPANIAŁY! Naprawdę warty zobaczenia. Położony w jarze nad Smotryczem, leży za nowym i Starym Miastem - kiedy się przejeżdża most naprawdę trudno się dziwić, że otrzymał miano "niezdobytego". Jest nawet legenda, że jeden z sułtanów tureckich - Osman, kiedy zobaczył zamek miał zapytać kto go zbudował. Odpowiedź podwładnych brzmiała, że sam Bóg, na co sułtan ponoć odpowiedział "Zatem niech Bóg go teraz zdobywa" i zwinął się z armią :) 



Piękna historia. Choć zapewne nie tak piękna jak to, co opisuje Henryk Sienkiewicz: 

" „(...) Wołodyjowski zaś zdjął hełm z głowy; chwilę spoglądał jeszcze na tę ruinę, na to pole chwały swojej, na gruzy, trupy, odłamy murów, na wał i na działa, następnie podniósłszy oczy w górę, począł się modlić... Ostatnie jego słowa były: - Daj jej, Panie, moc, by zaś cierpliwie to zniosła, daj jej spokój!... Ach!... Ketling pospieszył się, nie czekając nawet na wyjście regimentów, bo w tej chwili zakołysały się bastiony, huk straszliwy targnął powietrzem: blanki, wieże, ściany ludzie, konie, działa, żywi i umarli, masy ziemi – wszystko to porwane w góre płomieniem, pomieszane, zbite jakby w jeden straszliwy ładunek, wyleciało w powietrze...
Tak zginął Wołodyjowski, Hektor kamieniecki, pierwszy żołnierz Rzeczypospolitej. (...)”

Widok na jedną z wież zamku
Tak, moi kochani, to właśnie tutaj - w Kamieńcu Podolskim uśmiercił nam Sienkiewicz pana Wołodyjowskiego. Madzik - ty byś wyczuła atmosferę przy baszcie...;) Choć trzeba pamiętać, że pokolorował nam nasz Henio trochę;) Zgodnie z przekazami historycznymi wysadzić miał się płk Hejking (Ketling), najprawdopodobniej stało się to przez przypadek, płk Wołodyjowski zginął również przez przypadek,  Basia nie była tak dzielna jak ta sienkiewiczowska i z kosztownościami zniknęła wcześniej itp, itd....;) Ale i tak wiele się tu działo.

Historia samego zamku jest niezwykle ciekawa. Zresztą - nie może być inaczej. W końcu idzie o warownię określaną mianem baszty ręką Boga zbudowanejurbs antemurale christianitatis oraz Bramę do Polski,  najpotężniejszą warownię Rzeczypospolitej na Kresach Wschodnich! 
Zachęcam do zapoznania się z historią Kamieńca i samej twierdzy m.in. z opisem w Słowniku Geograficznym Królestwa Polskiego



Z ciekawostek dotyczących samego miasta mnie najbardziej spodobała się historia minaretu stojącego przy katedrze św. Piotra i Pawła w Starym Mieście. A jest ona w skrócie taka: po odzyskaniu przez Polaków miasta z rąk tureckich w 1699, zgodnie z postanowieniami pokoju w Karłowicach, Polacy zobowiązali się nie niszczyć wybudowanej przez Turków części katedry - minaret z półksiężycem pozostawiono. Ale w myśl zasady Polak potrafi - od razu ustawiono na nim drewnianą figurę Matki Boskiej... W 1765 roku zastąpiono ją sprowadzoną z Gdańska miedziano-srebrną, mierzącą 4,5 m pozłacaną rzeźbą Matki Boskiej która stoi na kuli i księżycu.... I tak do dziś katedra kamieniecka jest jedynym na świecie kościołem katolickim, przed którym stoi minaret.  I co więcej - minaret zwieńczony posągiem Matki Boskiej... :) Tadam!

Niestety zwiedzanie późnym popołudniem jesienią zarówno zamku, jak i miasta nie jest najfajniejsze... nienajlepsze oświetlenie, zimno strasznie i wszyscy Cię poganiają...Kanieszno tu wrócę po lepsze zdjęcia:)

Scena z przedstawienia studenckiego teatru "Siódme niebo"
Zakończenie wieczoru sympatyczne - kolacja w 3-gwiazdkowym hotelu "Kleopatra" (tak... nazwa powinna wszystko powiedzieć o wystroju...) oraz spektakl w wykonaniu studenckiego teatru "Siódme niebo". Kilka zdjęć z niego -> tutaj

Podróż powrotna równie wesoła jak cała wyprawa - również z plenerowym przystankiem na jedzenie i koniak w ciemnym lesie przy świetle komórek :D 

1.11.2011

I zobaczyć znów miasto... Kijów!

Pomnik Niepodległości
Zwiedzanie Kijowa jest trochę jak jedzenie kotleta po kijowsku - niby wiesz, co zamówiłeś i co cię czeka a jednak zawsze rzeczywistość potrafi Cię zaskoczyć :D
Weekendowa wyprawa do stolicy Ukrainy pełna była takich niespodzianek i nowych odkryć. Ale od początku...
Zakup biletu na pociąg relacji Winnica-Kijów nie nastręcza wielu trudności (jeśli do trudności nie zaliczamy niemiłego usposobienia pani kasjerki), ale należy pamiętać, że bilety kupować trzeba wcześniej (większy wybór godziny odjazdu, rodzaju pociągu, miejsca itp.). Do Kijowa kursuje kilka pociągów w różnych cenach, a - co za tym idzie - różnym standardzie. Mnie udało się w przeciągu dwóch dni doświadczyć i klasy przyzwoitej, i klasy, której należy unikać (ale to droga powrotna więc o tym później). Podróż do stolycy upłynęła pod znakiem uników bolesnych uderzeń "z łokcia" mojej drzemiącej leciwej współtowarzyszki podróży oraz  oglądaniu "Trzynastego wojownika" po rosyjsku. Bo pociąg pomimo iż bezprzedziałowy okazał się ekspresem, w którym jest ciepło, błogo, sennie i miał telewizornię:)

Wesełka a pod nią Pomnik Przyjaźni Narodów
Spacer nocą oświetlonym Chreszczatykiem, czyli główną ulicą Kijowa polecam każdemu, po drodze można zatrzymać się na jedzonko w Puzatej Chacie (taki ichniejszy fast food z tradycyjnymi potrawami) oraz licznych kawiarniach i pubach. Choć moim skromnym zdaniem i tak najlepiej spotkać się ze znajomymi, i posiedzieć pod kiczowatą tęczą (czy jak piszą w przewodnikach obok Pomnika Przyjaźni Narodów) gdzie młodzi umawiają się na schadzki ;)
Cerkiew św. Andrzeja





Sobotni dzień to odwiedziny mojego ukochanego miejsca w Kijowie - Andrijiwskiego Uzwozu i zachwycenia się po raz setny cerkwią świętego Andrzeja. O tak, to jest to, co misie w Kijowie lubią najbardziej :)
Na początku ten konkretny miś trochę się pogubił wysiadając z metra na Kontraktowej Płoszczy i wychodząc w niewłaściwym kierunku, ale nie spieszyło mu się nigdzie, bo to taki poranny spacer był więc i za wskazówkami dobrych ludzi trafił w końcu na Podole. Andrijiwskiego Uzwozu nie rozpoznał ponieważ okazało się, że jest on cały rozkopany... Ale nic to! - jak mawiają najodważniejsi :)




Mimo nierówności, wypukłości terenu, wszelakich dziur i nieuprzejmych panów-rozkopywaczy Kacwinowi udało się w końcu dotrzeć do dwóch muzeów na tejże ulicy, do których w czasie poprzednich odwiedzin Kijowa nie trafił, czego - mówiąc z perspektywy dnia dzisiejszego - baaaardzo żałuje, ponieważ to jedne z najbardziej oryginalnych, ciekawych i fajnie urzadzonych muzeów (nie tylko na Ukrainie!). Muzeum Jednej Ulicy oraz Muzeum Bułhakowa - to dwa miejsca, które polecam odwiedzić każdemu przechadzającemu się Andrijiwskim Uzwozem pośród stoisk  z pstrokatymi pamiątkami oraz tzw. "sztuką".


Muzeum Jednej Ulicy - jak sama nazwa wskazuje, prezentuje nam eksponaty powiązane z historią Andrijiwskiego Uzwowu - opowiada historię tej jednej ulicy poprzez pracowicie zebrane przedmioty z różnych domów i epok. Pomysłowe zestawienie starych ubrań, talerzy, książek pokazuje, co wydarzało się tutaj w ciągu ostatniego stulecia. Muzeum zrywa z przytłaczającymi bryłami starych radzieckich muzeów opowiadac historię ludzi: cyrkowca, popa, rabina, kompozytora, pisarza czy żołnierza... Rewelacja! Wstęp: 20 hrywien i można fotografować.
Jedna z pocztówek w muzeum :)


Pomnik Bułhakow
Muzeum Bułhakowa to maleńkie i - jeśli wycieczka jest przeprowadzona poprawnie - magiczne miejsce. W dość surrealistycznym wystroju odnaleźć można nawiązania do różnych dzieł pisarza (m.in  do autobiograficznej Białej Gwardii (przeżycia z Kijowa z czasów wojny domowej w Rosji) oraz Mistrza i Małgorzaty). Wszystkie sprzęty w muzeum pomalowane są na biało poza oryginalnymi przedmiotami należącymi kiedyś do Bułhakowa. Miejsce ma stwarzać wrażenie tajemniczości. Już na samym początku oprowadzania przewodniczka informuje, że nie można zawracać - z każdego pomieszczenia wydostaniemy się inną drogą np. w jednym z pokoi przewodniczka zamyka drzwi, ale innych nie widzimy choć jak się okaże to nieprawda - mamy drzwi od szafy, przez które przechodzimy dalej:) O innych niespodziankach czekających tam nie będę pisać - niech każdemu będzie dane odkryć je samemu :)
Wstęp 20 hrywien, ale niestety nie można fotografować (nawet za dodatkową opłatą).


Cerkiew św. Andrzeja o cudnych błękitnych kopułach również na chwilę obecna w remoncie i rozkopach wokół i nie można wejść do środka. A szkoda -  dzieło Rastrelliego nie ucierpiało bowiem za czasów Stalina - aby go uchronić zamieniono cerkiew w muzeum architekrury (którym jest do dziś).


Idąc Andrijiwskim Uzwozem warto również zwrócić uwagę na na jeden z domów - siedmiopiętrowy żółty budynek z jedną wieżyczką (nr 15). Nazywany jest Zamkiem Ryszarda. Kiedyś bawiące się na ulicy dzieci ochrzciły go tak na cześć Ryszarda I z Iwanhoe i tak już zostało. Swego czasu budynek ten zamieszkiwali wzięci artyści Kijowa.

Łeś Kurbas
Zaskoczeń ciąg dalszy - wyprawa do centrum im.Kurbasa zakończyła się obiadem  ze znajomymi, którzy jak się okazało współpracowali  w ostatnich dniach z centrum i prowadzili zajęcia z dramaturgii. Ech, być na Ukrainie, pojechać na wycieczkę do Kijowa i spotkać się tam z warsztatami polskiej dramaturgii... :)
Przy okazji udało się paru ciekawych rzeczy dowiedzieć i pożyczyć w centrum książki potrzebne do pisania doktoratu (miejmy nadzieję, że w końcu owa wielkopomna chwila nastąpi i Kacwin poważnie się tym zajmie).

I na koniec jeszcze o jednym miejscu chcę napisać. Spacerując drugiego dnia dane mi było odkryć nowe miejsce. Historia jest taka - była przestrzeń między blokami (w centrum, okolice Muzeum Historycznego), gdzie bawiły się dzieci; w związku z tym, że to centrum miasta - plac do budowy jest niezły,  postanowiono i ten kawałek ziemi zabudować jakimś ogromnym biurowcem; wówczas podniósł się bunt - do "lokalnych" dołączyło więcej ludzisk - w tym artystów, i zaczęto budować tam coś na kształt mini-parku-placu zabaw dla dzieci - kolorowego, powyginanego, z dość fantastycznymi postaciami. I tak ono istnieje dziś - żaden biurowiec nie powstał i, patrząc na ilość dzieci tu się bawiących, osób spacerujących i fotografujących się pośród ławek-świecidełek, długo nie powstanie.


Powrót do Winnicy mniej ciekawy - niestety klasa najlichsza z możliwych. Tym razem niczyj łokieć mnie nie atakował, natomiast zmuszona byłam słuchać przez 3 godziny wywodów pana po mojej lewicy:) Do tego twarde ławki służące jako siedzenie. Podróż wydaje się nie mieć końca, poczytać się nie da bo światło częściej nie działa niż działa - jedyne co nas pociesza to cena biletu (bilet normalny z Kijowa do Winnicy w przeliczeniu na polskie złote to ok 8 złotych...)

Zdjęcia z Kijowa -> tutaj