Z tym podróżowaniem na północ
to nie jest jednak w tym Chile tak prosto. I tak na naszej drodze do
spotkania z przyjacielem Oscarem, mieszkającym w Calamie pojawiły
się jeszcze, mniej lub bardziej oczekiwane, destynacje –
Valparaiso, La Ligua, Pichicuy, La Serena, Vicuna, Valle de Elqui...
Ale po kolei.
English version at the very bottom :)
Valparaiso, miasto które
upodobał sobie między innymi Pablo Neruda, skusiło mnie pełnymi
„achów i ochów“ opisami z przewodników, centrum wpisanym na
listę UNESCO oraz oczywiście domem wspomnianego zdobywcy Nobla. Matej
nieszczególnie był przekonany o ile podobnych rekomendacji bywało
już sporo a przeżycia niekoniecznie zgadzały nam się później z
tym, co obiecywano. Po przyjeździe na miejsce już pierwsza jazda
lokalnym busikiem rokowała co najmniej dobrze.
A busikiem
odwieźliśmy się do mieszkania naszego pierwszego couchsurfingowego
gospodarza w Chile – Victora. Okazał się być lubiącym popalać
trawkę i imprezować, przesympatycznym nauczycielem historii. Na
dzień dobry zdobył jednak moje serce przygotowując na kolację
pyszne danie peruwiańskie zwane ceviche (świeża broma kupiona w
porcie w zalewie cytrynowo-koperkowej, z czosnkiem i cebulą). Prócz
tego zaopatrzył nas w potrzebne informacje i mogliśmy spokojnie iść
i poddać się urokowi miasta. A trzeba przyznać, że jest się
czemu poddawać...
Miasto położone jest na stokach wzgórz a ulice
są tak chaotycznie (i nielogicznie) porozmieszczane, że naprawdę trzeba się tu chyba urodzić by to
ogarniać. Cały ten labirynt małych uliczek, chodników,
chodniczków, schodów, wąziutkich i krętych przejść oraz ślepych
zaułków. Od czasu do czasu pojawia się jakiś ascensor (taka
kolejka jak u nas na Gubałówkę), który za niewiele pieniążków
wciągnie na górę, oszczędzając trudu maszerowania pod górę.
Równie charakterystyczne dla miasta jak owe „windy“ są też
pochodzące z początku XX wieku domy pokryte kolorową i falistą
blachą. I murale. Niemal wszedzię natraficie na murale. Niektóre
nawet (jak nas poinformowano) namalowane przez słynnych graficiarzy.
Skąd ich tu jednak tyle i dlaczego akurat w Valparaiso – na to
pytanie odpowiedź niby uzyskałam, ale bardzo mi przykro – nie
jestem w stanie jej odtworzyć... To trochę wina przewodnika z
free tour, który niekoniecznie wiedział co robi i tak sobie szedł
i mówił „tu jest to“ „a popatrzcie tu jest to“. Żadnego zagłebiania się w szczegóły czy szerszej perspektywy niestety. Ale uroku miasta, jego zgiełku, hałasu,
ulicznych grajków i showmanów dane nam było jeszcze na szczęście
zażyć dzięki nocnej przechadzce z Victorem, który za „must to
have experience“ uznał między innymi (prócz kupowania sushi od
pana na ulicy) zaprowadzenie nas do lokalu pełnego dymu, głośnej
muzyki, dusznego, lepiącego powietrza i niekoniecznie wyglądających
na godnych zaufania młodych i lekko podchmielonych mieszkańców
miasta. Sami byśmy tu pewnie nie wkroczyli (bo i miejsce niełatwo było znaleźć), ale z Victorem to już inna sprawa nie? Poza tym piwo było dobre. I tanie.
W Valparaiso udało nam się
również rzucić okiem na port oraz dom Pabla Nerudy. Ten drugi okazał
sie być miejscem dość oryginalnym. Wnętrze z fantazyjnymi rozwiązaniami architektonicznymi, pełne wymyślnych i
balansujących na granicy kiczu drobiazgów kolekcjonowanych przez
poetę (no proszę Was – naczynie do nalewania ponczu to
porcelanowa leżąca krowa)! Do tego dochodzi widok z okien, z
których Neruda podglądał nie tylko morze lecz, jeśli wierzyć zapiskom, również zajęcia
sąsiadów. Co ciekawe, ten wymyślny i świadczący o dość
kosztownych zamiłowaniach poety domek należał do zatwardziałego
komunisty jakim Neruda był. Matejowy dość to nie w smak było. Ale
widać w Chile działało to inaczej i podejrzany inteligencki
rodowód nie stawiał Was (jak u mateczki Rosji) w pierwszej linii do odstrzału.
Z takimi oto wrażeniami
ruszyliśmy kolejnego dnia do miejscowości zwanej La Ligua. Wydawało
nam się, że umówiliśmy się tam z żoną Daniela (tirowiec co to nas do Osorno podwoził). Na miejscu po
chwili oczekiwania i skosztowaniu wypieków, dzięki którym
miejscowość jest słynna (nie polecam) okazało się, że nasz
hiszpański pozostawia jednak wiele do życzenia, bo Mariana okazała
się być w odwiedzinach u córki w innej miejscowości :))) Ale nic
to! Idziemy stopować i trafiamy do małej miejscowości rybackiej o
wdzięcznej nazwie Pichicuy (czyt. Piczihuj). Wszystko jest zamknięte,
ale miły pan z kategorii tych mniej szczupłych wynajmuje nam pokoik
i spokojnie możemy się poprzechadzać po szerokiej plaży a rano
Matej może sobie nawet po niej pobiegać.
Stopowanie dalej idzie
świetnie. Pomimo iż pan nr 1 wysadza nas na autostradzie "in the
middle of nowhere" po chwili zatrzymuje nam się tir przewożący
piwo. I choć nie obdarowuje nas żadnym napojem dowozi nas niemal do
samej La Sereny. W samym mieście pospacerujemy trochę później bo
najpierw czeka nas kempowanie na dziko w Vicunie a następny dzień
to wycieczka rowerowa do Doliny Elqui.
Wycieczka zaczyna się jak dla mnie (absolutnego przeciwieństwa jazdy wyczynowej rowerem)
wybornie ponieważ pan najpierw samochodem dowozi nas i rowery do
miejscowości Pisco Elqui. Stąd do Vicuny to niewiele ponad 40 km i
w większości „nie pod górę“. Fajnie, fajnie, ale skoro już
tu jesteśmy to 4 km dalej jest coś co się nazywa Los Nichos i tam
możemy zobaczyć jak wygląda produkcja tutejszego alkoholowego specjału pisco i nawet go skosztować. Upał i
droga pod górę nie sprzyjają zatrzymywaniu bluzg w myślach i ani
myślę jechać dalej do jeszcze o kilka kilometrów oddalonego Horconu. Jedzie tam jedynie Matej (bo ponoć
da się tam kupić drumlę) a ja powoli, upajając oczy widokami
dookoła jadę z powrotem do Vicuny. A dolina jest naprawdę
przepiękna.
Na przykład taki jak ten w Obserwatorium
Mamalluca w pobliżu Vicuni. Tak się dzieje, po powrocie z wycieczki
szybko mościmy rzeczy w campingu w mieście i ruszamy na wycieczkę.
Z tłumu osób z nami jadących o dziwo mniejszość okazuje się być
tymi anglojęzycznymi i tak w niewielkiej grupie zapoznajemy się z
nocnym niebem półkuli południowej. Pan okazuje się być co
najmniej fascynatem astronomii i opowiada nie tylko ciekawie,
zrozumiale, ale i z humorem („Księżyć jest dziś w konstelacji Byka, w
astronomi oznacza to ni mniej ni więcej jak nic“). Z bliska przez
teleskop oglądamy m.in. kratery na księżycu, Oriona i Jowisza. No
super po prostu. Bardzo mi się podobało i jak na pierwszy raz w
obserwatorium astronomicznym muszę przyznać, że poprzeczka dla
kolejnych wizyt podniesiona jest dość wysoko.
I co teraz? Może w końcu
Calama i spotkanie z Oscarem? Czemu nie, autobus nie jest aż tak
drogi, puszczają film, dają kocyk, coś na ząb i jedzie jedyne 16
godzin!
---------------------------------------------------------
Travelling north isn't so easy
as we expect it. On our way to meet Oscar who lives in Calama
somehow appeared other destinations – Valparaiso.
La Ligua, Pichichuy, La Seran, Vicuna, Valle de Elgui... But first
things first.
UNESCO recomendation and
visiting house of winner of Nobel Prize
were main reasons for me to
visit Valparaiso. Matej was not sure as many
times it happened that descriptions were far away from reality.
Fortunately not this time. We were sure about it already when we took first local bus to our couchsurfing host – Victor. This funny
teacher of history who likes to smoke joints and party gave us a lot
of information and prepared for dinner delicious peruwian dish called
ceviche (fresh broma fish with lemon juice, parsley, garlic and
onion). With good moods we were ready to be amazed by city.
City is located on the hills and
many streets chaotically leads you in each direction. It's labyrinth
of small streets, walking sides, hidden stairs, everything is narrow
and curve and basically you need to be born here to undeerstand the
logic behind. From time to time your efforts to climb up the hill are
easier if you are lucky enough to find one of many characteristic for the
city ascensors (kind of lifts) which take you up. From there you can
appreciate view of thousands of small colorfull houses from the
begining of XX century and even more colorfull and energetic wall
paitings (some of them made by famous artists).
Unfortunately I was unable to
understand why actully city is so much painted as the quide from free
tour wasn't the best one. In general he was saing „here is this“
and „look, and there is this“. No background story. Luckily we
had Victor who introduced us to night life of the city which is
something big. Actually I had impression that everybody just start to
live around midnight – so many people, noise, music everywhere!
From some reason Victor decided we cannot leave the city without
going to one of those dark, sweaty, loud, full of smell of cigaretes
places. Well, place was like „so, so“, not like to one we would
go inside by ourselves but with Victor was pretty fun to see it. And
the beer was good and cheap.
In Valparaiso we've also visited
La Sebastiana which was Pablo Neruda's house before. I was impressed by its very
original inside here the good taste and interesting architectural
design was mixed with pretty weird stuff like porcelaine vase for
wine in shape of the cow.... And the view Neruda had from the
windows of the house! Whole harbour and neighbour houses ;)! It was
very difficult to believe this house belong to Neruda who actually
declared himself to be communist. Well, obviously inteligence carrier
didn't lead in Chile to be shooted as in mother Soviet Union.
Yeah, that's how we spent time
in Valparaiso. Next day we reached small city nearby La Lingua as we
were conviced we should meet here wife of one of the truck drivers
we've met before. After tasting not so delicious sweets La Ligua is famous
of, we understand that our Spanish isn't still good as Mariana was not
in the city but visiting daughters somewhere else. But no worries we
hitchiked further to the lovely small fisherman's village called
Pichicuy where we spent night. It was very, very charming place. In this
„real“ not turistic charm.
Hitchhiking further is going
well even though one guy lives us in the middle of nowhere. We are
picked up after few minutes from there by truck driver who is
transporting beer. Despite giving us some he takes us near La Serana
instead. Which is good as we take a bus to Vicuna from here to so
nice described us be people Elqui Valley. First night we have wild
camp near city and in the morning we leave our bagpacks in bicycle
shop and we lend bikes from there. Beginning is more than marvelous
for me – small van takes us and the bikes to village Pisco Elqui.
From here way back to Vicuna is little bit more than 40 km and mostly
„not up the hill“. Great, but before we decide to go up to the
next village Los Nicos where they produce pisco and you can see and
taste it. As the way „up“ only puts swear words in my mind to the
next-next village Honcorn Matej is going alone and I slowly, enjoying
the ride, am going back to Vicuna. And the valley is really
beautiful. The kind of beaty which is difficult to be catch on
pictures. Thanks to perfect irigating system from the river Elqui all
fields with avocado, grapes, orange trees can be planted. Near the
river everything is green and fresh not like surronding hills which
are dry and full of cactuses only.
This area is also not light
polluted so it makes it perfect place for star gazing. I have no
doubts that it must be amazing experience there but I'm also convinced
that I would love to observe the stars from the veeerrrry big
telescope. Such as one in Mamalluca Observatory near Vicuna. So it is
– after really quick construction of the tent in the campsite we go
to the night tour. There is a lot of people but we are happy to
discover English speaking group is actually small and our guide is
fascinated with astronomy and he can talk a lot about the stars. It's
not only interesting but even funny („Today Moon is in Taurus and
Juiter in Gemini which – in astronomy – means totally nothing“).
I really love it.
Next day we are waking up very
slowly in campsite in Vicuna – we need to dry a tent, read
internet, write some post, take a shower, sit in the shadow of
awocado trees thinking about Uniwerse... ;) In La Serena we're not in
hurry to – we are walking the streets, drinking coffee, visiting
Archeological Museum with one Moai from Easter Island...
And now what? Maybe finally
Calama and meeting with Oscar? Why not, bus isn't so expensive, there
is TV, blankets, snack and only 16 hours of ride!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz