19.03.2016

Heading North...

Z tym podróżowaniem na północ to nie jest jednak w tym Chile tak prosto. I tak na naszej drodze do spotkania z przyjacielem Oscarem, mieszkającym w Calamie pojawiły się jeszcze, mniej lub bardziej oczekiwane, destynacje – Valparaiso, La Ligua, Pichicuy, La Serena, Vicuna, Valle de Elqui... Ale po kolei.

English version at the very bottom :)
 
Valparaiso, miasto które upodobał sobie między innymi Pablo Neruda, skusiło mnie pełnymi „achów i ochów“ opisami z przewodników, centrum wpisanym na listę UNESCO oraz oczywiście domem wspomnianego zdobywcy Nobla. Matej nieszczególnie był przekonany o ile podobnych rekomendacji bywało już sporo a przeżycia niekoniecznie zgadzały nam się później z tym, co obiecywano. Po przyjeździe na miejsce już pierwsza jazda lokalnym busikiem rokowała co najmniej dobrze.  
A busikiem odwieźliśmy się do mieszkania naszego pierwszego couchsurfingowego gospodarza w Chile – Victora. Okazał się być lubiącym popalać trawkę i imprezować, przesympatycznym nauczycielem historii. Na dzień dobry zdobył jednak moje serce przygotowując na kolację pyszne danie peruwiańskie zwane ceviche (świeża broma kupiona w porcie w zalewie cytrynowo-koperkowej, z czosnkiem i cebulą). Prócz tego zaopatrzył nas w potrzebne informacje i mogliśmy spokojnie iść i poddać się urokowi miasta. A trzeba przyznać, że jest się czemu poddawać... 

Miasto położone jest na stokach wzgórz a ulice są tak chaotycznie (i nielogicznie) porozmieszczane, że naprawdę trzeba się tu chyba urodzić by to ogarniać. Cały ten labirynt małych uliczek, chodników, chodniczków, schodów, wąziutkich i krętych przejść oraz ślepych zaułków. Od czasu do czasu pojawia się jakiś ascensor (taka kolejka jak u nas na Gubałówkę), który za niewiele pieniążków wciągnie na górę, oszczędzając trudu maszerowania pod górę. Równie charakterystyczne dla miasta jak owe „windy“ są też pochodzące z początku XX wieku domy pokryte kolorową i falistą blachą. I murale. Niemal wszedzię natraficie na murale. Niektóre nawet (jak nas poinformowano) namalowane przez słynnych graficiarzy. Skąd ich tu jednak tyle i dlaczego akurat w Valparaiso – na to pytanie odpowiedź niby uzyskałam, ale bardzo mi przykro – nie jestem w stanie jej odtworzyć... To trochę wina przewodnika z free tour, który niekoniecznie wiedział co robi i tak sobie szedł i mówił „tu jest to“ „a popatrzcie tu jest to“. Żadnego zagłebiania się w szczegóły czy szerszej perspektywy niestety. Ale uroku miasta, jego zgiełku, hałasu, ulicznych grajków i showmanów dane nam było jeszcze na szczęście zażyć dzięki nocnej przechadzce z Victorem, który za „must to have experience“ uznał między innymi (prócz kupowania sushi od pana na ulicy) zaprowadzenie nas do lokalu pełnego dymu, głośnej muzyki, dusznego, lepiącego powietrza i niekoniecznie wyglądających na godnych zaufania młodych i lekko podchmielonych mieszkańców miasta. Sami byśmy tu pewnie nie wkroczyli (bo i miejsce niełatwo było znaleźć), ale z Victorem to już inna sprawa nie? Poza tym piwo było dobre. I tanie.
W Valparaiso udało nam się również rzucić okiem na port oraz dom Pabla Nerudy. Ten drugi okazał sie być miejscem dość oryginalnym. Wnętrze z fantazyjnymi rozwiązaniami architektonicznymi, pełne wymyślnych i balansujących na granicy kiczu drobiazgów kolekcjonowanych przez poetę (no proszę Was – naczynie do nalewania ponczu to porcelanowa leżąca krowa)! Do tego dochodzi widok z okien, z których Neruda podglądał nie tylko morze lecz, jeśli wierzyć zapiskom, również zajęcia sąsiadów. Co ciekawe, ten wymyślny i świadczący o dość kosztownych zamiłowaniach poety domek należał do zatwardziałego komunisty jakim Neruda był. Matejowy dość to nie w smak było. Ale widać w Chile działało to inaczej i podejrzany inteligencki rodowód nie stawiał Was (jak u mateczki Rosji) w pierwszej linii do odstrzału.
Z takimi oto wrażeniami ruszyliśmy kolejnego dnia do miejscowości zwanej La Ligua. Wydawało nam się, że umówiliśmy się tam z żoną Daniela (tirowiec co to nas do Osorno podwoził). Na miejscu po chwili oczekiwania i skosztowaniu wypieków, dzięki którym miejscowość jest słynna (nie polecam) okazało się, że nasz hiszpański pozostawia jednak wiele do życzenia, bo Mariana okazała się być w odwiedzinach u córki w innej miejscowości :))) Ale nic to! Idziemy stopować i trafiamy do małej miejscowości rybackiej o wdzięcznej nazwie Pichicuy (czyt. Piczihuj). Wszystko jest zamknięte, ale miły pan z kategorii tych mniej szczupłych wynajmuje nam pokoik i spokojnie możemy się poprzechadzać po szerokiej plaży a rano Matej może sobie nawet po niej pobiegać. 

Stopowanie dalej idzie świetnie. Pomimo iż pan nr 1 wysadza nas na autostradzie "in the middle of nowhere" po chwili zatrzymuje nam się tir przewożący piwo. I choć nie obdarowuje nas żadnym napojem dowozi nas niemal do samej La Sereny. W samym mieście pospacerujemy trochę później bo najpierw czeka nas kempowanie na dziko w Vicunie a następny dzień to wycieczka rowerowa do Doliny Elqui. 
Wycieczka zaczyna się jak dla mnie (absolutnego przeciwieństwa jazdy wyczynowej rowerem) wybornie ponieważ pan najpierw samochodem dowozi nas i rowery do miejscowości Pisco Elqui. Stąd do Vicuny to niewiele ponad 40 km i w większości „nie pod górę“. Fajnie, fajnie, ale skoro już tu jesteśmy to 4 km dalej jest coś co się nazywa Los Nichos i tam możemy zobaczyć jak wygląda produkcja tutejszego alkoholowego specjału pisco i nawet go skosztować. Upał i droga pod górę nie sprzyjają zatrzymywaniu bluzg w myślach i ani myślę jechać dalej do jeszcze o kilka kilometrów oddalonego Horconu. Jedzie tam jedynie Matej (bo ponoć da się tam kupić drumlę) a ja powoli, upajając oczy widokami dookoła jadę z powrotem do Vicuny. A dolina jest naprawdę przepiękna. 
Dzięki systemowi irygacyjnemu doprowadzającemu wodę z rzeki Elqui korytami na pobliskie pola stworzona została piękna, zielona dolina, gdzie rosną winogrona, awokado, figi czy pomarańcze a ponad nimi widać suche, porośnięte kaktusami wierzchołki wzgórz... Noce w regionie są bezchmurne więc wieczorami wyruszyć można stąd na obserwację gwiazd. Z pewnością warte uwagi jednak ja się upieram, że jeśli już obserwować to może lepiej przez wieeeelki teleskop. 
Na przykład taki jak ten w Obserwatorium Mamalluca w pobliżu Vicuni. Tak się dzieje, po powrocie z wycieczki szybko mościmy rzeczy w campingu w mieście i ruszamy na wycieczkę. Z tłumu osób z nami jadących o dziwo mniejszość okazuje się być tymi anglojęzycznymi i tak w niewielkiej grupie zapoznajemy się z nocnym niebem półkuli południowej. Pan okazuje się być co najmniej fascynatem astronomii i opowiada nie tylko ciekawie, zrozumiale, ale i z humorem („Księżyć jest dziś w konstelacji Byka, w astronomi oznacza to ni mniej ni więcej jak nic“). Z bliska przez teleskop oglądamy m.in. kratery na księżycu, Oriona i Jowisza. No super po prostu. Bardzo mi się podobało i jak na pierwszy raz w obserwatorium astronomicznym muszę przyznać, że poprzeczka dla kolejnych wizyt podniesiona jest dość wysoko.
Z campingu w Vicunie zbieramy się następnego dnia dość długo, bo namiot trzeba wysuszyć, posta napisać, wykąpać się i tak ogólnie w cieniu drzew awokado nad światem się zadumać... W samej La Serenie włóczymy się po uliczkach, które nie są tu już tak interesujące jak te w Valparaiso i zaglądamy do pierwszego darmowego muzeum. O tym, że jest darmowe dowiadujemy się na miejscu, ja tam byłam skłonna nawet wstęp zapłacić, bo w tymże Muzeum Archeologicznym obejrzeć można jedną z głów Moai strzegących Wyspy Wielkanocnej. O ile na wycieczkę na wyspę stać nas nie było, o muzeum zdecydowałam się myśleć jak o namiastce nie danych nam widoków.  
I co teraz? Może w końcu Calama i spotkanie z Oscarem? Czemu nie, autobus nie jest aż tak drogi, puszczają film, dają kocyk, coś na ząb i jedzie jedyne 16 godzin! 

 ---------------------------------------------------------
Travelling north isn't so easy as we expect it. On our way to meet Oscar who lives in Calama somehow appeared other destinations – Valparaiso. La Ligua, Pichichuy, La Seran, Vicuna, Valle de Elgui... But first things first.
UNESCO recomendation and visiting house of winner of Nobel Prize were main reasons for me to visit Valparaiso. Matej was not sure as many times it happened that descriptions were far away from reality. Fortunately not this time. We were sure about it already when we took first local bus to our couchsurfing host – Victor. This funny teacher of history who likes to smoke joints and party gave us a lot of information and prepared for dinner delicious peruwian dish called ceviche (fresh broma fish with lemon juice, parsley, garlic and onion). With good moods we were ready to be amazed by city.
City is located on the hills and many streets chaotically leads you in each direction. It's labyrinth of small streets, walking sides, hidden stairs, everything is narrow and curve and basically you need to be born here to undeerstand the logic behind. From time to time your efforts to climb up the hill are easier if you are lucky enough to find one of many characteristic for the city ascensors (kind of lifts) which take you up. From there you can appreciate view of thousands of small colorfull houses from the begining of XX century and even more colorfull and energetic wall paitings (some of them made by famous artists).
Unfortunately I was unable to understand why actully city is so much painted as the quide from free tour wasn't the best one. In general he was saing „here is this“ and „look, and there is this“. No background story. Luckily we had Victor who introduced us to night life of the city which is something big. Actually I had impression that everybody just start to live around midnight – so many people, noise, music everywhere! From some reason Victor decided we cannot leave the city without going to one of those dark, sweaty, loud, full of smell of cigaretes places. Well, place was like „so, so“, not like to one we would go inside by ourselves but with Victor was pretty fun to see it. And the beer was good and cheap.
In Valparaiso we've also visited La Sebastiana which was Pablo Neruda's house before. I was impressed by its very original inside  here the good taste and interesting architectural design was mixed with pretty weird stuff like porcelaine vase for wine in shape of the cow.... And the view Neruda had from the windows of the house! Whole harbour and neighbour houses ;)! It was very difficult to believe this house belong to Neruda who actually declared himself to be communist. Well, obviously inteligence carrier didn't lead in Chile to be shooted as in mother Soviet Union.
Yeah, that's how we spent time in Valparaiso. Next day we reached small city nearby La Lingua as we were conviced we should meet here wife of one of the truck drivers we've met before. After tasting not so delicious sweets La Ligua is famous of, we understand that our Spanish isn't still good as Mariana was not in the city but visiting daughters somewhere else. But no worries we hitchiked further to the lovely small fisherman's village called Pichicuy where we spent night. It was very, very charming place. In this „real“ not turistic charm.
Hitchhiking further is going well even though one guy lives us in the middle of nowhere. We are picked up after few minutes from there by truck driver who is transporting beer. Despite giving us some he takes us near La Serana instead. Which is good as we take a bus to Vicuna from here to so nice described us be people Elqui Valley. First night we have wild camp near city and in the morning we leave our bagpacks in bicycle shop and we lend bikes from there. Beginning is more than marvelous for me – small van takes us and the bikes to village Pisco Elqui. From here way back to Vicuna is little bit more than 40 km and mostly „not up the hill“. Great, but before we decide to go up to the next village Los Nicos where they produce pisco and you can see and taste it. As the way „up“ only puts swear words in my mind to the next-next village Honcorn Matej is going alone and I slowly, enjoying the ride, am going back to Vicuna. And the valley is really beautiful. The kind of beaty which is difficult to be catch on pictures. Thanks to perfect irigating system from the river Elqui all fields with avocado, grapes, orange trees can be planted. Near the river everything is green and fresh not like surronding hills which are dry and full of cactuses only.
This area is also not light polluted so it makes it perfect place for star gazing. I have no doubts that it must be amazing experience there but I'm also convinced that I would love to observe the stars from the veeerrrry big telescope. Such as one in Mamalluca Observatory near Vicuna. So it is – after really quick construction of the tent in the campsite we go to the night tour. There is a lot of people but we are happy to discover English speaking group is actually small and our guide is fascinated with astronomy and he can talk a lot about the stars. It's not only interesting but even funny („Today Moon is in Taurus and Juiter in Gemini which – in astronomy – means totally nothing“). I really love it.
Next day we are waking up very slowly in campsite in Vicuna – we need to dry a tent, read internet, write some post, take a shower, sit in the shadow of awocado trees thinking about Uniwerse... ;) In La Serena we're not in hurry to – we are walking the streets, drinking coffee, visiting Archeological Museum with one Moai from Easter Island...
And now what? Maybe finally Calama and meeting with Oscar? Why not, bus isn't so expensive, there is TV, blankets, snack and only 16 hours of ride!
 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz