30.03.2016

Salt Of The Earth

Uyuni... Czyli setki turystów. Bo Boliwię opłaca się ponoć odwiedzić jedynie na tydzień – byle tylko zobaczyć największe solnisko świata. Położone ponad 3500 m.n.p.m i płaskie, gdzie okiem sięgnąć - bagatela ponad 10 tysięcy kilometrów kwadratowych. Zatem po wyjeździe z samego miasta na takiej przestrzeni i tych turystów zdarza nam się nie widzieć. 
 
English version at the bottom

Do Uyuni z Calamy jest dość prosto się dostać. Najlepszym momentem jest zmiana autobusu na granicy chilijsko-boliwijskiej, gdzie już po rodzaju autobusu widzisz z jakim rodzajem drogi będziesz mieć do czynienia. Kręta i wyboista. A krajobraz za oknem iście pustynny. Samo Uyuni sprawia wrażenie miasteczka zakurzonego i trochę leniwego, które ożywia się w godzinach rannych, gdy pielgrzymki turystów ciągną do umówionych miejsc spotkań z jeepami. Po nocy spędzonej w jednym z tutejszych hoteli (pokój dwuosobowy w Avenidzie w centrum kosztuje nas 50 zł) i my ruszamy na spotkanie z Expediciones Lipez oraz naszym kierowcą Davidem. Dość optymistyczni, bo i Matejowi dość niską cenę za trzydniową wycieczkę udało się utargować (650 boliwianów na osobę podczas gdy wycieczki w biurach oscylowały wokół 750-1200 boliwianów).
Pierwszy dzień okazał się z całej wyprawy najlepszym zarówno w formie organizacyjnej, jak i turystyczno-krajoznawczej. To właśnie pierwszego dnia zabrano nas do największego highlightu wycieczki – wspomnianego we wstępie solniska Uyuni; wcześniej jeszcze zaczepiając o znajdujące się na okraju miasta cmentarzysko pociągów (tak, tak – Matej był tu bardzo zadowolony;)).
A to solnisko... Brak słów po prostu. Najlepiej popatrzcie na zdjęcia poniżej, bo zabawa z nimi zajęła nam sporo czasu i pewnie gdybyśmy mieli więcej rekwizytów moglibyśmy spędzić tutaj długie godziny. Nie sądziłam, że robienie zdjęć może sprawiać taką frajdę. I ten plastikowy dinozaur...
Jeśli samo solnisko Was nie przekona to jest na nim kilka ciekawych przystanków – wyspa Iquanasi porośnięta nawet tysiącletnimi kaktusami, miejsca z usypanymi kopczykami soli, z której miejscowi wyrabiają przeróżne drobiazgi, hotel-restauracja zbudowany w całości z soli i w czasie pory deszczowej miejsca, gdzie solnisko pokryte jest kilkucentymentrową warstwą wody, co tworzy iluzję braku/rozmycia horyzontu.
Dzień drugi już nie wychodzi nam tak dobrze. Samochód, który już od początku nie wyglądał zbyt hmmm... dobrze technicznie, w końcu się psuje. Na szczęście w okolicach późno-popołudniowych. Wcześniej udaje nam się zobaczyć grotę z czymś w rodzaju cmentarza kultury przedinkaskiej (lub ich wydrążonego w skale miasta – to zdanie naszego przewodnika), skamieniałe kaktusy, laguny z mnóstwem flamingów, kolorową lagunę Colorado czy niezwykłe kształty skał wulkanicznych poddanych erozji. Niestety drugi dzień to też jazda ku wysokościam, które nie służą mi najlepiej – głowa boli mnie tak jakby miała za chwilę eksplodować a położyć szybko się nie da, bo - jak się okazuje - agencje nie rezerwują w większości miejsc noclegowych, ale już w terenie to kierowca biega i się dowiaduje gdzie i co jest wolne. Z racji awarii naszego samochodu i tego, że dotarliśmy do noclegowni późno nasze sześć osób musiało ostatecznie pomieścić się na ciasnych 4 łóżkach (dobrze że mieliśmy dwie pary w grupie bo inaczej integracja byłaby dość ciekawa). 
Rano (4 rano, bo na wschód słońca mamy jechać) nie mieliśmy zbyt dobrych humorów tym bardziej że nasz kierowca zaspał, śniadanie na nas nie czekało a po zwróceniu uwagi Dawid urażony zaczął na nas krzyczeć, kłamać, że wcale nie umawialiśmy się na tak wczesne wstawanie (jasne, sami sobie tą czwartą rano wymyśliliśmy a dwoje hiszpańskojęzycznych Urpi z Michaelem nam zrobili żart potwierdzając wieczorem...), do tego nie okazał się być najtrzeźwiejszy (na szczęście o tym dowiedziałam się już dużo później konwersując z Urpi, która rozumiała cały jego poranny bełkot). Co jednak było najgorsze to jego późniejsza szybka i niekontrolowana jazda, która zmusiła przerażoną mnie do posłużenia się niemal płaczem i krzykiem, że bardzo ale to bardzo źle się czuję i nie może tak gwałtownie prowadzić. To trochę uspokoiło jazdę, ale sprawiło że trzeba go było przekonywać aby nie zawracał ze względu na moje samopoczucie, bo chcemy jechać dalej. Ostatecznie pytaniami o okolice udało się go udobruchać (zupełnie jakby to był cel wycieczki...) a on sam doszedł do wniosku że cała sytuacja jest winą dwójki Brytyjczyków (?!) No mówię Wam, kosmos. 
Przejeżdżając na wysokości pięciu tysięcy metrów (najwyższa wysokość którą zaliczyłam jak na razie) szczęśliwie dojeżdżamy do imponujących gejzerów (darujcie sobie te w San Pedro) a kawałek dalej Dawid zostawia nas na dwie godzinki by zażyć kąpieli w ciepłym baseniku. Po odwiezieniu do granicy Brytyjczyków, których zdecydował jednak obarczyć winą za wszystkie swoje niepowodzenia jest już o wiele spokojniejszy i rozmowny. Tak oglądamy jeszcze kolejne laguny i pasące się lamy i - po upomnieniu się o obiecany trzeciego dnia obiad - także coś w rodzaju kanionu uroczo zwanego Italia Perdida. Obiad jednak musi poczekać do najbliższej osady (jakieś 2 godzinki) ponieważ Dawid zapomniał spakować do auta nasze zaopatrzenie... Naprawdę oddycham z ulgą, gdy stawiamy się przed naszym biurem podróży w Uyuni... 
Hotel Avenida znów staje się naszą oazą a ja uznaję, że po tylu przezyciach zasługujemy na dobrą kolację z winem... Kolejne dwa dni to Wielkanoc. O tym jak ją spędziliśmy przeczytacie w następnym poście.


-----------------------------------------------------------------------------

Uyuni means lots of tourists...If you have only couple of days to visit Bolivia you are recommended to see the biggest salar lake which is near here. Salar is situated more than 3500 metres above sea level and it is flat wherever you can see. It's even difficult to imagine how big and flat it is – more than 10000 square metres of nothing but white desert around... Well, but actually thanks to its size it's possible not to see all of those coming here.
From Calama to Uyuni it's very easy road. The best moment is when you need to change a bus on the border. Quick look on the bus gives you already the immpresion of the rest of the trip. The road is not paved, full of rocks and curves. And desert outside the window... City of Uyuni feels very sleepy and lazy, it only wakes up in the morning when pilgrims of tourists go to their meeting points with agencies and jeeps to go „there“. After night spent in nice cheap hotel Avenida in center (room for two people is 90 bolivianos) we're also heading to meet Expediciones Lipez and our driver/cook/guide - David. We are quite optimistic as Matej was able to bargain the prize to 650 bolivianos while the normal cost is 750-1200.
First day of the trip is in fact the best as this was the day we went to the highlight spt – Salar de Uyuni. Before reaching it we took a closer look to the cemetery of the trains which was quite nice experience for my husband. But the Salar... A have no words to describe it... Just take a look on the pictures (yeap, there is a lot of them today). And actually taking pictures was super fun and we spent quite time doing them. We only regret that we didn't take more things to photograph but I must admit plastic dinosaur was a great choice of agency.
And if the Salar isn't enough fr you, there are more things to see around – island Iquanasi all covered with even thousand years old cactuses, small salt hills from which locals made different things to sell, hotel-restaurant all made from salt, places where the water covers a bit the salt what gives you ilusion of not having horizon...
Second day of the trip is worse as our car (which by the way didn't look technically ok from the very beginning) broke. Fortunately it broke already after midday so we were able to see some rock cave cementery/city from pre-Inka culture, rock cactuses, lagunas with a lots of flamingos, very colourful laguna Colorado and amazing shapes of rocks in valleys. Unfortunately second day meant also ride „up“ which was not good for me – I had terrible but terrible headache and I couldn't lay down to rest in the evening because at first driver... needed to find place to stay! Yeah, most of the agencies don't reserve places for the nights so if your car broke and you're late in the evening it is possible that 6 people will need to sleep in 4 bed dormitory like we did...
The next morning (4 AM as we suppose to see sunrise) we didn't feel better as our driver overslept, breakfast was not ready and when we politely mention our discomfort David started to scream, saying that we didn't understand hour of wake up (it was a lie as two Peruvians from our group speak Spanish well...) and at last – he was probably a little drunk still (but this I didn't know then, only later Urpi explain whole argument to me). The worst thing was still about to come when we started the ride up the hill and David, full of emotions, became very unsafe driver. It was so scary that I started to scream that I feel very bad and I almost start crying there. It helped with the ride but we needed since then to convince him I am good enough to go anywhere (which was annoying). Finally with all our questions about the place we managed to calm him and himself he found also solution – everything was fault of the two British guys from our group... (?!) I'm telling you – if you ever go to Uyuni don't take Expeditiones Lipez and driver named David...
Third day started very bad but at least we saw some nice spots and reach the altitude of 5 thousand metres above sea level (highest I've ever been). Afer seeing nice geysers (much more impressing that El Tatio in San Pedro) David left us in very nice thermal pool and went with British guys to the border with Chile. After come back he was much more calm and he showed us next lagunas, lamas and – after reminding him about the lunch – he took us for it to very nice rock canyon Italia Perdida. But lunch needed to wait for 2 more hours when we reach the first village as David forgot to pack all his belongings in the morning...
I was really relieved when we came back to Uyuni. After all this we just deserved good supper with wine... Next two days (as it turn out) is Easter time and how we spent it you can read in next post.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz