Po pierwsze: jak?
Jeśli chodzi o transport – wątpliwości nie było. Postanowiliśmy
poruszać się w miarę możliwości autostopem, wystrzegając się
utartych szlaków turystycznych oraz nie planując trasy zanadto do
przodu. Ci, którzy choć raz byli w Gruzji z pewnością zrozumieją,
dlaczego dość szybko zaczęliśmy dziękować Stwórcy, że to nie
Gruzini wymyślili prawa ruchu drogowego. Tylko tutaj może powstać
korek przy wyprzedzaniu, auta mogą być prowadzone przez
czternastoletnich chłopców („Spokojnie, on jak miał 9, to już
tędy jeździł!“), pasy bezpieczeństwa stanowią miły, acz
niepotrzebny dodatek (zepsute można na wypadek widoku policji
przerzucić przez ramię i zahaczyć o ręczny), pierwszeństwo
sygnalizuje się trąbieniem, zaś szczytem bohaterstwa jest
przejście przez ulicę w Tbilisi. „Eto Gruzja!“ – jak
słyszeliśmy nader często.
