27.03.2016

Under Desert Moon


Udało się! Po ponad szesnastu godzinach jazdy dotarliśmy na północ Chile. Miasto Calama przywitało nas uśmiechniętą twarzą naszego przyjaciela Oscara i dość mocnym słońcem. Na to drugie nie możemy narzekać – w końcu jesteśmy pośrodku jednego z najbardziej suchych miejsc na ziemi. Pustynia Atacama ciągnąca się 450 km wzdłuż i 100 km wszerz, usiana kamieniami i kaktusami to krajobraz w końcu dla mnie egzotyczny lub przynajmniej westernowy.

English version at the bottom

Calama jak już wiecie pojawiła się na naszej chilijskiej mapie podróży jako pierwsze miasto, które wiedzieliśmy, że musimy odwiedzić. Nasz przyjaciel Oscar wraz z rodzicami prowadzi tu coś w rodzaju hotelu niskobudżetowego dla robotników z pobliskich kopalni rud miedzi. W jednym z jednym z jego pokoików zostaliśmy zatem ulokowani z informacją, że mamy czuć się jak u siebie w domu. Z czego oczywiście skwapliwie skorzystaliśmy, przede wszystkim ciesząc się możliwością skorzystania z kuchni i zrobieniem „normalnego“ jedzenia. Ja cieszyłam się tym bardziej, że niekoniecznie najlepiej się czułam i w końcu z czystym sumieniem mogłam odpocząć o ile Calama jako miasto nie ma zbyt wielu atrakcji do zaoferowania.
Mateja trochę bardziej nosiło już od momentu wystąpienia z autobusu, bo bardzo, ale to BARDZO chciał pojechać natychmiast zwiedzać największa na świecie odkrywkową kopalnię rudy miedzi – Chiquicamata. Tak bardzo chciał, że moja wcześniejsza informacja, że ja też chętnie się tam wybiorę umknęła jego uwadze i tak pojechał ogarnąć jak działa to darmowe zwiedzanie kopalni sam. Co właściwie nie było takie złe, ponieważ ja trochę odpoczęłam a on skruszony zapisał mnie jako pierwszą na liście oczekujących na dzień następny. Więc i ja dziś mogę się pochwalić, że w kopalni Chiquicamata byłam. I choć niekoniecznie jest to mój typ miejsca do zwiedzania, muszę przyznać, że kopalnia robi ogromne wrażenie. 
Najpierw ubierają cię w te hełmy i kamizelki, później zabierają do opuszczonego miasteczka górniczego (jakiś kilometr od miejsca wydobycia), gdzie czujesz klimat trochę okołoczarnobylski by wreszcie zabrać cię do punktu widokowego, z którego jak okiem sięgnał wiją się serpentyny dróg w głąb ziemi, po których jeżdżą gigantyczne ciężarówki. Jeśli ktoś woli liczby to przedstawia się to następująco – kopalnia położona jest na ok 3800 m. n.p.m., ma 4 km długości, 2,5 km szerokości i jest głęboka na ok jeden kilometr. Codziennie wywiezionych zostaje stąd 140 tysięcy ton surowego materiału, z którego obróbki powstanie czysta miedź o wartości 7 mln dolarów... Dziennie...
Niestety moje samopoczucie w tych dniach całkowicie nawalało. Mimo to postanowiliśmy po dwóch dniach odpoczynku zostawić część rzeczy u Oscara a samym sprawdzić czy słusznie o innym miejscu w okolicy – San Pedro de Atacama słusznie mówi się jako o jednym z najpiękniejszych w Chile. Z racji zdrowia i braku zdecydowania nie szło to najlepiej tym bardziej, że po przyjeździe na miejsce pojawił się dylemat finanansowy. Bo może i miejsca wokół są i piękne, ale za wycieczki tam liczą sobie bajońskie (jak dla nas) sumy. Ostatecznie jednak, po odwiedzeniu kilkanastu biur/agencji znajdujemy najtańsze warianty i następnego dnia, długo przed świtem stoimy w napięciu przed wejściem do campingu oczekując na „naszego“ busika. A o czwartej nad ranem w San Pedro de Atacama ruch jest spory... Już się nie możemy doczekać tego tabunu turystów na miejscu!
Na szczęście okazuje się, że jakoś ostatecznie nie przeszkadzają choć pierwsza z wycieczek jest dość dziwna. Mówię dziwna, nie tylko dlatego że wszyscy nasi koreańscy współtowarzysze mówią świetnie po hiszpańsku, ale dlatego, że trochę inaczej wyobrażałam sobie trzecie z największych gejzerów na świecie. Lecz to moja wina, nikt przecież nie mówił, że największe znaczy najwyższe. Może ich być po prostu ponad dwieście i mogą sobie tak bulgotać lub od czasu do czasu podskoczyć na szaloną wysokość jednego metra i z daleko sprawiać wrażenie ogromnego pogorzeliska. Najbardziej cieszymy się, że faktycznie za zapłaconą kwotę dostajemy również śniadanie i pozwalają nam się wykapać w baseniku z ciepłą wodą. Kwoli ścisłości, pustynia pustynia, ale na wysokości 4300 m.n.p.m tuż po wschodzie słońca ciepło nie jest i kąpiel nie jest przeżyciem na które każdy odwiedzający się decyduje. My jednak szybko wyskakujemy z kurtek i z uporem maniaka szukamy najcieplejszego miejsca w baseniku. Później pan przewodnik (świetnie bawiący się własnymi żartami) kilka razy jeszcze zatrzymuje nam busika, żebyśmy mogli sobie potrzaskać słit focie – a to z wulkanem, a to z flamingami, a to z rzeczką... Mniej jednak najbardziej podoba się przystanek w opuszczonym miasteczku Mapoche i to bynajmniej nie ze względu na jego architekturę i zabytkowy kolonialny kościółek. O nie! Na polu obok pasą się lamy! Różnej maści, różnej wielkości, z tym głupim wyrazem twarzy, przeżuwające trawę i marszczące czoło. I jeszcze te śmieszne pomponiki na uszach. Po prosu sama radość patrzeć tak na nie i patrzeć. Jak dla mnie to takie lądow pingwiny.
Wieczorem, mimo mojego pogarszającego się stanu zdrowia jedziemy na wycieczkę już z inną agencją i panem, który zna angielski. Nasza destynacja to Dolina Księżycowa (Valle de la Luna). To stąd pochodzi większość epickich zdjęć z zachodów słońca a konkretnie z jednego miejsca zwanego skałą Kojota. My na szczęści jedziemy je obejrzeć napierw. Panorama jest niezwykła, pan wie o czym mówi a my z Matejem robimy sobie zdjęcie „must have“ na skale Kojota. Formacje skalne w całej Dolinie, gdzie udajemy sie nastęnie są bajkowe. Niektóre doczekały się nawet imion jak trzy skały zwane Tres Marias czy Amfiteatr. Warto jeszcze dodać, że większość skał to tak naprawdę...sól! Już wprawdzie się jej tu nie wydobywa, ale nadal można odwiedzić stare miejsca wydobywkowe, posłuchać w ciszy zgrzytów jakie wydaje ubijana sól (coś jak lód wrzucany do wody) i z niedowierzaniem oblizywać palce ;) Zachód słońca nad najwiekszą z piaszczystych wyd kończy naszą wycieczkę.
Następnego dnia powracamy do naszego przyjaciela Oscara by pożegnać się z nim, z pustynią i z Chile pyszną kolacją. Nasz nowy cel – Boliwia. To będzie solna opowieść ;) 
Thank you Oscar!!!

----------------------------------------------------------  
We've make it! After more than sixteen hours of ride we've reached north of Chile. City of Calama welcome us with the smiling face of our friend Oscar and very strong sun. But we cannot complain – come on, we are in the middle of the one of the most dry place on Earth! Desert of Atacama which is 450 kilometres long and 100 kilometres wide, with all those rocks and cactuses is finally exotic for me and reminds some old western movies spirit.
As you may remember Calama was the first city in Chile we knew we want to visit. Our friend Oscar with his amazing parents have here some kind of hostel for the mine workers. In one of the rooms we were located with information we should feel like home. And we immediately felt like that. Especially using kitchen facilities and eating „normal“ food was nice change. And I was happy even more as I didn't feel well those days and I could rest as Calama isn't so to say very tourist.
On the other hand my husband didn't feel like resting at all as he really, really wanted to go immediately to visit the biggest copper mine around – Chiquicamata. He wanted it so much the he forgot that I mentioned to him before I would also like to see it... And he went to check the tour alone. Eventually it was good as I had time to rest and the next day I was first on the awaiting list and could make same tour but with better camera ;) What can I say about it? Well, despite visiting mines isn't my thing I must admit the place is impressing. At the beginning they gave you helmets and jackets, explain the history, then you visit abandoned small workers city and then you go „there“. On small platform you stand, you can see and admire huge inside of mine and huge trucks which look in it like small warms... If you like numbers – mine is on 3800 meters above sea level, is 4 kilometres long, 2,5 kilometres wide and about 1 kilometre deep. Everyday they get our of there 140 thousand tons of the material from which is made pure copper in value of 7 million dollars. And that's per day...
Unfortunately I didn't get much better in those days. Nevertheless we decided after two days of rest leave some stuff at Oscar's place and check if those who claim San Pedro de Atacama is one of the most beautiful places in Chile are true. Our checking didn't went good first day as I was still bad and we couldn't decide what to choose and the prices of the tours didn't encourage us to do any of them. Eventually, after checking a lot of agencies we found some cheaper options and next day before sunrise we were ready to go, only waiting to „our“ bus to pick us up. And you need to know San Pedro at 4 am is very crowded city...
First of the tours was strange. I'm saying strange not only because our Korean friends from the group speak great Spanish but to be honest I imagine third biggest geysers in the world to be more spectacular. Well, it's my fault, nobody said the biggest mean the highest. It can easily be just a field with around two hundreds of them, just boiling and from time to time going up to one meter making impression that the field is in fire. The most exciting part of the tour in this point was breakfast (nice one) and opportunity to bath in hot spring near. Just to be clear, no matter if we are in the desert, on 4300 meters above sea level just after sunrise isn't warm and bathing in such condition isn't thing everybody decides to do. We did
Later we go with our funny driver to some abandoned city near , on way making stops for sweet pictures of flamingos, vulcan, rivers... But the village was the best. Not because of the architecture or colonial church but there are lamas there! And I just love to watch them!
In the evening, despite me not feeling so good, we went to the trip with other agency and the with guide who already speaks English. Our destination was Valle de la Luna - from this place comes most part of the epic pictures in tourist folders (Coyote Rock). Fortunately we didn't go there in time og the sunset when most of the people come here but we took „must have“ picture there - don't worry! Rocks in the whole valley are just amazing, different colours and shapes, some of them even have names like Tres Marias or Amfiteater. And what's more fascinating lot of those rock formations is from the salt. Now they are not working here but it is possible to visit abandoned salt houses of the salt mine workers. Our trip end with sunset over the Great Dune.
Next day we've come back to our friend Oscar to say goodbye to him, to the desert and to Chile. Thank you! We're heading to Bolivia! I have the feeling next story will be also little bit salty ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz