W ostatnim poście obiecałam
piękną historię okołostopową związaną z Freddym. Ale post
będzie nie tylko o nim i jego rodzinie – od spotkania z nimi
zaczyna się bowiem cały maraton spotkań z kolejnymi niezwykle
przyjaznymi udźmi. Choć od razu przyznam – wpis o tych pierwszych
zdominuje narrację całości.
English version at the bottom
A było to tak... Już niemal
przy głównej drodze wiodącej z powrotem z Llifenu zatrzymało nam
się mocno już zakurzone i pamiętające lepsze czasy auto, którego
właściciel zaoferował nam podwiezienie do przystanku. Po kilku
minutach rozmowy dowiedzieliśmy się, że pan wraca od brata, z
zakupami do domu, który leży gdzieś dalej „w górach“. Do tego
pan zareklamował się jako potomek Mapuczy kontynuujący tradycje
pradziadów, żyjący w zgodzie z naturą i z dala od tzw zła
cywilizacji. Nie zdziwicie się zatem, że gdy tylko zaprosił nas do
siebie wystarczyło jedno spojrzenie na Mateja i już podskakiwaliśmy
w aucie na wyboistej drodze w nieznanym nam kierunku. Nie będę
trzymać Was w napięciu i już na początku zdradzę – to jedna z
tych decyzji, których nigdy w życiu nie będziemy żałować.
Po niecałej godzinie jazdy
dostaliśmy się do domu Freddiego, gdzie przedstawił nas swej żonie
Jammais i czwórce urwisów o imionach z języka mapudungun: Kimche,
Norlam, NeWem oraz Kume. Choć tak naprawdę z Kimche mogliśmy już
zapoznać się w samochodzie, gdy zapytałam Freddiego czy jego (w
rzeczywistości) najstarszy syn jest jego najmłodszą córką...
Wiecie, z tylnego siedzenia długie czarne włosy na przednim
siedzeniu mogły mnie zmylić, do tego słodki cichy głosik w niczym
nie przystawał w moim wyobrażeniu do głosu chłopięcego. Bo w
samochodzie Kimche służył nam trochę za tłumacza, co więcej
tłumacza z całkiem niezłym angielskim akcentem. Tajemnica
wyjaśniła się gdy dowiedzieliśmy się, że żona Freddiego jest
Angielką i dzieci świetnie rozumieją (a Kimcze z Norlam i mówią)
hiszpański, angielski i mapudungun! Do tego Kimcze ma świetne ucho,
które pozwoliło mu uchwycić w naszych polsko-słowackich rozmowach
znane mu dźwięki i stwierdził, że mówimy tak jak Masza (z Maszy
i Niedźwiedzia).
Co to w ogóle za fantastyczna
rodzina jest! Nie wiem która z historii ich codziennego życia
zafascywała mnie najbardziej – ich pełne ciepła, miłości i
wzajemnego szacunku życie rodzinne, codzienna, w harmoniii z naturą
praca wokół domu, własnoręczne wybudowanie od zera wszystkiego
co widzimy wokół, wysiłki związane z walką o prawa Indian w
Chile, zachowaniem własnej odrębności kulturowej czy (w przypadku
Jemmais) urodzenie czwórki dzieci siłami natury w domu jedynie w
towarzystwie męża... Oczywiście nie żyją tu w wigwamach i nie
palą fajki pokoju, jest komputer, pralka, kuchenka, nawet kamera
(Freddy ma fundację i jest takim aktywistą), ale wszystko używane
z głową. Produkty własne lub od sąsiadów, mydło produkcji
własnej, brak niepotrzebnej chemii, zwierzęta są częścią wielkiej rodziny...
Dzięki nim udało nam się
odrobinę dowiedzieć się o jednych z najsilniejszych plemion
indiańskich – Mapuczach i ich zwyczajach. Nie zostali oni
ujarzmieni ani przez Inków ani przez konkwisdatorów hiszpańskich.
Właściwie cieszyli się swobodą aż do drugiej połowy XIX wieku i
czasów niepodległego Chile, gdy zostali wypędzeni z własnych ziem
przez wojska chilijskie i od tego czasu zmuszeni są migrować i
dociekać swych praw. Szkoda też słow jak byli traktowani przez
misje katolickie, nie uznające ich za ludzkie stworzenia, bo nie
posiadające duszy (oficjalnie dopiero papież w drugiej połowie XX
wieku napisał, że jednak ludźmi są, podejścia do ich wierzeń i
rytuałów to jednak nie zmieniło).
Bo niestety to nie jest tak, że
rdzenni mieszkańcy kontynentu mają się w Ameryce Południowej
świetnie i państwo z radością ich wspiera i pomaga starając się
wynagrodzić lata cierpień i walk... Więc Mapucze gromadzą się na
wiecach i protestują. Wy byście nie protestowali? Wyobraźcie to
sobie – mieszkacie sobie z rodziną, uprawiacie od stuleci ziemie,
nie szkodzicie naturze i nagle przyjeżdżają sobie z cywilizowanej
Europy goście, którzy mówią, że do tej ziemi nie macie prawa,
przepędzają Was, wszystko prywatyzują, dzielą na parcle, stawiają
płoty, zaczynają eksploatować, zmieniać i niszczyć... A gdy
zaczynacie protestować oskarżają Was o bycie kryminalistami i
rpóby wtargnięć na tereny prywatne, na które nie macie papierka,
fingują oskarżenia i wiodą procesy sądowe przeciwko Wam (na
obrońcę stać Was tylko dlatego, że rodzina, przyjaciele i
zgromadzenie wpierają).
O niesprawiedliwościach losu,
sądów i władzy opowiadać można by długo, na szczęście o dobru
i ciepłu płynących ze spotkania z takim ludżmi jak Freddy można
jeszcze dłużej. I to jest w tej naszej podróży najpiękniejsze i
najbardziej wartościowe – ludzie i spotkania z nimi. Ci
zabierający nas na stopa, zaczepiający i dający rady na ulicy,
zapraszający do domów... Tyle się mówi jak to niebezpiecznie jest
na świecie i jak bardzo trzeba na siebie uważać... Siedząc na
tyłku, oglądając relacje telewizyjne, słuchając przekazów
medialnych widzimy atastrofy i nieszczęścia się przytrafaiają tam
gdzieś daleko – za oceanem, za granicą, w dużych miastach. Media
zdają się zapominać, że tak naprawdę wycinek świata i wycinek z
zachowań ludzkich. Świat jest ogromny i pełen mimo wszystko tych
dobrych, pomocnych i podobnych do nas homo sapiensów ;) Trzeba tylko
zachować zdrowy rozsądek i mieć ten kredyt zaufania do drugiego
człowieka.
Z Freddym i całą bandą
spędzamy 4 dni – rozmawiamy, gotujemy, pracujemy, odwiedzamy
120-letniego wujka... I słuchamy, dużo słuchamy. Bo jest i czego
słuchać. Po czterech dniach z nimi ciężko się rozstać. Tym
bardziej, że znamy bolesną prawdę o dzielących nas kilometrach
(kurde, no mieszkają jednak w Chile!) Na koniec jeszcze Freddy
podwozi nas z dzieciakami do Futrono skąd bierzemy autobus do
Santiago...
I tak po kilku tygodniach niemal
wyłącznie spędzanych na łonie natury, z dala od dużych miast
dostajemy się do przeogromnej metropolii. Na dzień dobry wita nas
zapach spalin i smog zawieszony nad miastem, które przywołują
nostalgiczne myśli o Krakowie. Później nie jest lepiej –
zatłoczone metro (nie możemy wejść w godzinach szczytu więc
maszerujemy), system autobusów działających jedynie na kartę,
zamknięte interesujące nas muzeum, free tour bardzo kiepskiej
jakości... No jakoś tak ogólnie bym chyba nic miłego nie chciała
napisać o stolicy Chile, gdyby... No właśnie owo „gbyby“...
Znów zadziałał pierwiastek ludzki.
Zamiast uciec z Santiago już
po pierwszej nocy spędzamy tu jeszcze trzy. Najpierw odwiedzamy
nieskrępowanie radosnych Ivana z Patricią, później widzimy się z
Euheniem i poznajemy jego rodzinę i na koniec spotykamy się z
Oscarem! Historię Ivana i Patricii uż znacie z poprzednich postów,
rodzina Euhenia okazuje się przesympatyczna (szczególnie żona
zajmująca się szyciem legowisk i ubranek dla zwierząt) więc kilka
słów o Oscarze.
Z Oscarem znamy się już od
dłuższego czasu i właściwie to dzięki znajomości z nim i jego
synem postanowiliśmy na naszej podróżniczej mapie po Ameryce
Południowej umieścić Chile.
-----------------------------------------------------------------
In my last post I promised to
give you beautiful story about Freddy who we've met when hitchhiking.
But post will be not dedicated only to him and his family as, since
meeting with them, we were lucky to met other really hospitable and
good people. Nevertheless, Freddy and family will be dominant part of
the story today.
And here how it was. Almost near
the main road which suppose to get us to Llifen old, dusted car stop
and his owner offered us a short ride. While driving he informed us
that he is Mapuche, he's going home where he lives with his family
trying to raise their children within the nature and with respect to
tradition and culture of indigenous people.
It took us only one look to say „yes“ when he invited us to his place – we just knew
this is type of person and type of place we definitely want to meet. And I can say it already here – this was the decision we
will never ever regret as there, somewhere in the middle of Chile,
we've met amazing friends.
After one hour ride we've
reached Freddy's home where he introduced us to his wife Jemmais and
cute four children with awesome mapudungun names: Kimche, Norlam,
NeWem and Kume. Well, the truth is, that opportunity to met Kimche we
already had during the ride, especially when I asked if his (in
reality) oldest son is his youngest daughter... For my defence, from
the back side long black hair and little sweet voice with amazing
English (as Kimche helped us with translations) didn't connected in
my head with the name of boy. During the ride we were surprised about English manner Kimche had - he spoke better than majority
of people who declare here that they know it. Well, the mystery was
solved when we've met Jemmais who is in fact from London and all of
the children understand (and Kimche and Norlam already speak) 3
languages: Spanish, English and Mapudungun! What's more impressing
about Kimche is his ability to recognize sounds of other languages.
We've notice it when, while listening us talking Slovak-Polish, he
said „you speak like Masha!“ (for those not familiar – main
character from the Russian story for children „Masha and the
Bear“).
Freddy's family is amazing. I
cannot decide which of their stories from everyday life fascinated me
the most – atmosphere full of warmest thoughts, love and respect to
each other, every day's hard but in harmony with nature work around
the house, building everything around just by themselves, efforts to
fight for rights of indigenous people as much as efforts in keeping
traditions and culture alive or (in case of Jemmais) giving birth to
four children in home only with support of husband... And don't get
me wrong, they are not primitive, so called civilization reached here
with kitchen and bathroom facilities, computer, camera but everything
is used wisely and what can be produced by themselves, it is. Around
house you can find products to prepare meals, eggs can be bought from
neighbours, soap can by produced on site, animals are part of the life...
Thanks to them we were able to
learn more about history and culture of indigenous people in South
America, Mapuches in particular. And this story is fascinating as
they were so strong that even Inka people and Spanish conquistadors
couldn't conquer them! They lived free on their territories almost
till middle of the XIX century. Only starting with times of
independent Chile they were forced by Chilean army to move and since
then they migrate and try to fight their rights. I will not even
mention how their were treated by so called Christian missions which
didn't even considered them as humans questioning if they have soul
(only in second part of XX century one of the popes in official
document said that they are people with souls but it didn't change
much in their situation).
Even nowadays situation of
Mapuche people cannot be considered as well maintained. Despite being
indigenous they are not treated well by the state who – you may thought – should considered their years of sufferings and fights...
But it doesn't, so Mapuche go to the streets to protest, very loud
sometimes. But, common on, who would not go? Try to imagine that –
you live on your land from ages, you grow your plants, you raise your
children in peace, you don't harm the nature and one day some guys
from „civilized“ Europe come and tell you you don't have right to
the land, you are primitive, you don't have soul so they terrorize
you, privatize everything, start to exploit without even thinking
about good of the nature, they destroy your culture... And when you raise your
voice it is you who is criminal, barbarian, accusations are prepared
against you, you need to fight in courts (you would not have money to
defend yourself if the community of your people didn't help
you...)... Heartbreaking stories...
Despite all of that, no matter
how many sad stories I could talk about, there will be always even
more stories which gives you positive energy, are full of love, happiness and unforgotten moments. All because people like Freddy.
You know, you hear even every day how dangerous is world, how much
you should be careful when travelling... When you sit on your ass
and just watch TV or read newspapers you see disasters, wars, crimes
which happens all away „there“ - across the ocean, across the
border, in big cities... Having only this picture we almost forgot
that this is only small part of the news and world is amazing and
full of good and ready to help you people. You just need to have
faith in them.
As we were not able to leave
this wonderful family we spend at Freddy's place four days. We
talked we cooked, we worked, we went to visit 120-year old uncle...
And we listen. And listen. Because there is a lot to listen and to
learn from them.
After this short time it was very difficult to say
goodbye to them as the truth about the distance (they live in CHILE!)
is cruel. At the end Freddy gave us the ride to Futrono from where we
jump into bus going to Santiago
And that's how, after weeks in
the nature, away from the big cities we've arrived to the enormous metropolis. The very first thing I smell in Santiago reminded me about
my precious Cracow – it smells with dust, car benzine and air is
filled with smog :) Later it doesn't get better – metro is so full
we cannot go inside, instead we walk a lot, bus system requires
having the card, museum we're interested in is closed, free tours are
in very bad quality... Well, with pleasure I would skip Santiago from
describing if... Well, the „if“ is again about the people.
Despite escaping from capital city immediately on first day, we spent
here 4 (!) days. First we've met with happy couple we had met on way
– Ivan and Patricia, than we've visit Euhenio and have met his
family and finally the last night we' ve spent with Oscar! From
previous post you may remember Ivan and Patricia, Euhenio was also
mentioned before (his family is more talkative than him and wife
makes some awesome stuff to wear for dogs&cats) so now is time
for you to meet Oscar!
We know him actually much more
longer than anybody else in Chile. The truth is that it's because of
him we decided to include Chile to our travel map. About 3 years ago
Oscar with his dad (also Oscar) was our couchsurfing guest in
Bratislava when they were travelling around Europe and they were so
positive that we said if we ever had the opportunity we would like to
meet them again.
We agreed we wil meet in their
home city Calama. Fortunately I wrote to Oscar (junior) in advance
and he said that meeting with his parents will be possible only in
Santiago as they are visiting daughter there! So we've met there!
Oscar senior is how I remember him – lovely, wise, patient and
calm. Finally we also met Irene who appeared to be very positive
women who laughs a lot!
And that's all from Santiago
folks! We're heading north as we need to meet Oscar junior! ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz