16.03.2016

The Real Beauty Of Travelling

W ostatnim poście obiecałam piękną historię okołostopową związaną z Freddym. Ale post będzie nie tylko o nim i jego rodzinie – od spotkania z nimi zaczyna się bowiem cały maraton spotkań z kolejnymi niezwykle przyjaznymi udźmi. Choć od razu przyznam – wpis o tych pierwszych zdominuje narrację całości. 

English version at the bottom
 A było to tak... Już niemal przy głównej drodze wiodącej z powrotem z Llifenu zatrzymało nam się mocno już zakurzone i pamiętające lepsze czasy auto, którego właściciel zaoferował nam podwiezienie do przystanku. Po kilku minutach rozmowy dowiedzieliśmy się, że pan wraca od brata, z zakupami do domu, który leży gdzieś dalej „w górach“. Do tego pan zareklamował się jako potomek Mapuczy kontynuujący tradycje pradziadów, żyjący w zgodzie z naturą i z dala od tzw zła cywilizacji. Nie zdziwicie się zatem, że gdy tylko zaprosił nas do siebie wystarczyło jedno spojrzenie na Mateja i już podskakiwaliśmy w aucie na wyboistej drodze w nieznanym nam kierunku. Nie będę trzymać Was w napięciu i już na początku zdradzę – to jedna z tych decyzji, których nigdy w życiu nie będziemy żałować.


Po niecałej godzinie jazdy dostaliśmy się do domu Freddiego, gdzie przedstawił nas swej żonie Jammais i czwórce urwisów o imionach z języka mapudungun: Kimche, Norlam, NeWem oraz Kume. Choć tak naprawdę z Kimche mogliśmy już zapoznać się w samochodzie, gdy zapytałam Freddiego czy jego (w rzeczywistości) najstarszy syn jest jego najmłodszą córką... Wiecie, z tylnego siedzenia długie czarne włosy na przednim siedzeniu mogły mnie zmylić, do tego słodki cichy głosik w niczym nie przystawał w moim wyobrażeniu do głosu chłopięcego. Bo w samochodzie Kimche służył nam trochę za tłumacza, co więcej tłumacza z całkiem niezłym angielskim akcentem. Tajemnica wyjaśniła się gdy dowiedzieliśmy się, że żona Freddiego jest Angielką i dzieci świetnie rozumieją (a Kimcze z Norlam i mówią) hiszpański, angielski i mapudungun! Do tego Kimcze ma świetne ucho, które pozwoliło mu uchwycić w naszych polsko-słowackich rozmowach znane mu dźwięki i stwierdził, że mówimy tak jak Masza (z Maszy i Niedźwiedzia).

Co to w ogóle za fantastyczna rodzina jest! Nie wiem która z historii ich codziennego życia zafascywała mnie najbardziej – ich pełne ciepła, miłości i wzajemnego szacunku życie rodzinne, codzienna, w harmoniii z naturą praca wokół domu, własnoręczne wybudowanie od zera wszystkiego co widzimy wokół, wysiłki związane z walką o prawa Indian w Chile, zachowaniem własnej odrębności kulturowej czy (w przypadku Jemmais) urodzenie czwórki dzieci siłami natury w domu jedynie w towarzystwie męża... Oczywiście nie żyją tu w wigwamach i nie palą fajki pokoju, jest komputer, pralka, kuchenka, nawet kamera (Freddy ma fundację i jest takim aktywistą), ale wszystko używane z głową. Produkty własne lub od sąsiadów, mydło produkcji własnej, brak niepotrzebnej chemii, zwierzęta są częścią wielkiej rodziny...

Dzięki nim udało nam się odrobinę dowiedzieć się o jednych z najsilniejszych plemion indiańskich – Mapuczach i ich zwyczajach. Nie zostali oni ujarzmieni ani przez Inków ani przez konkwisdatorów hiszpańskich. Właściwie cieszyli się swobodą aż do drugiej połowy XIX wieku i czasów niepodległego Chile, gdy zostali wypędzeni z własnych ziem przez wojska chilijskie i od tego czasu zmuszeni są migrować i dociekać swych praw. Szkoda też słow jak byli traktowani przez misje katolickie, nie uznające ich za ludzkie stworzenia, bo nie posiadające duszy (oficjalnie dopiero papież w drugiej połowie XX wieku napisał, że jednak ludźmi są, podejścia do ich wierzeń i rytuałów to jednak nie zmieniło).
Bo niestety to nie jest tak, że rdzenni mieszkańcy kontynentu mają się w Ameryce Południowej świetnie i państwo z radością ich wspiera i pomaga starając się wynagrodzić lata cierpień i walk... Więc Mapucze gromadzą się na wiecach i protestują. Wy byście nie protestowali? Wyobraźcie to sobie – mieszkacie sobie z rodziną, uprawiacie od stuleci ziemie, nie szkodzicie naturze i nagle przyjeżdżają sobie z cywilizowanej Europy goście, którzy mówią, że do tej ziemi nie macie prawa, przepędzają Was, wszystko prywatyzują, dzielą na parcle, stawiają płoty, zaczynają eksploatować, zmieniać i niszczyć... A gdy zaczynacie protestować oskarżają Was o bycie kryminalistami i rpóby wtargnięć na tereny prywatne, na które nie macie papierka, fingują oskarżenia i wiodą procesy sądowe przeciwko Wam (na obrońcę stać Was tylko dlatego, że rodzina, przyjaciele i zgromadzenie wpierają).

O niesprawiedliwościach losu, sądów i władzy opowiadać można by długo, na szczęście o dobru i ciepłu płynących ze spotkania z takim ludżmi jak Freddy można jeszcze dłużej. I to jest w tej naszej podróży najpiękniejsze i najbardziej wartościowe – ludzie i spotkania z nimi. Ci zabierający nas na stopa, zaczepiający i dający rady na ulicy, zapraszający do domów... Tyle się mówi jak to niebezpiecznie jest na świecie i jak bardzo trzeba na siebie uważać... Siedząc na tyłku, oglądając relacje telewizyjne, słuchając przekazów medialnych widzimy atastrofy i nieszczęścia się przytrafaiają tam gdzieś daleko – za oceanem, za granicą, w dużych miastach. Media zdają się zapominać, że tak naprawdę wycinek świata i wycinek z zachowań ludzkich. Świat jest ogromny i pełen mimo wszystko tych dobrych, pomocnych i podobnych do nas homo sapiensów ;) Trzeba tylko zachować zdrowy rozsądek i mieć ten kredyt zaufania do drugiego człowieka.
Z Freddym i całą bandą spędzamy 4 dni – rozmawiamy, gotujemy, pracujemy, odwiedzamy 120-letniego wujka... I słuchamy, dużo słuchamy. Bo jest i czego słuchać. Po czterech dniach z nimi ciężko się rozstać. Tym bardziej, że znamy bolesną prawdę o dzielących nas kilometrach (kurde, no mieszkają jednak w Chile!) Na koniec jeszcze Freddy podwozi nas z dzieciakami do Futrono skąd bierzemy autobus do Santiago...
I tak po kilku tygodniach niemal wyłącznie spędzanych na łonie natury, z dala od dużych miast dostajemy się do przeogromnej metropolii. Na dzień dobry wita nas zapach spalin i smog zawieszony nad miastem, które przywołują nostalgiczne myśli o Krakowie. Później nie jest lepiej – zatłoczone metro (nie możemy wejść w godzinach szczytu więc maszerujemy), system autobusów działających jedynie na kartę, zamknięte interesujące nas muzeum, free tour bardzo kiepskiej jakości... No jakoś tak ogólnie bym chyba nic miłego nie chciała napisać o stolicy Chile, gdyby... No właśnie owo „gbyby“... Znów zadziałał pierwiastek ludzki.
Zamiast uciec z Santiago już po pierwszej nocy spędzamy tu jeszcze trzy. Najpierw odwiedzamy nieskrępowanie radosnych Ivana z Patricią, później widzimy się z Euheniem i poznajemy jego rodzinę i na koniec spotykamy się z Oscarem! Historię Ivana i Patricii uż znacie z poprzednich postów, rodzina Euhenia okazuje się przesympatyczna (szczególnie żona zajmująca się szyciem legowisk i ubranek dla zwierząt) więc kilka słów o Oscarze.

Z Oscarem znamy się już od dłuższego czasu i właściwie to dzięki znajomości z nim i jego synem postanowiliśmy na naszej podróżniczej mapie po Ameryce Południowej umieścić Chile. 
Trzy lata temu gościliśmy go (wraz z synem Oscarem) w naszym mieszkaniu w Bratysławie podczas ich podróży po Europie i tak pozytywne wrażenie na nas zrobili, że obiecaliśmy sobie, gdy tylko pojawi się taka możliwość spotkamy się ponownie. I tak mieliśmy się zobaczyć w ich rodzinnym mieście Calama. Coś mnie jednak tknęło by Oscarowi juniorowi napisać wcześniej i okazało się, że jeśli chcemy zobaczyć rodziców (a więc znanego nam Oscara seniora i, znaną do tej pory jedynie z rodzinnych fotografii, Irene) to okazję możemy mieć jedynie w Santiago ponieważ odwiedzają tu córkę a później kierują się na południe. Tak dostajemy się do oddalonej części miasta, gdzie spędzamy przemiły wieczór razem! Oscar prezentuje sobą tak ulubiony przeze mnie jeszcze w Bratysławie mix stoickiego spokoju, anielskiej cierpliwości, świetnej pamięci do faktów i dobrej energii zaś Irene to uśmiech nieschodzący z twarzy, ciekawość świata i pytanie goniące pytanie. Następnego dnia ruszamy dalej na północ – w końcu musimy zdążyć i Oscara juniora zobaczyć a dni w podróży płyną szybciej niżby się chciało :) 
-----------------------------------------------------------------
In my last post I promised to give you beautiful story about Freddy who we've met when hitchhiking. But post will be not dedicated only to him and his family as, since meeting with them, we were lucky to met other really hospitable and good people. Nevertheless, Freddy and family will be dominant part of the story today.
And here how it was. Almost near the main road which suppose to get us to Llifen old, dusted car stop and his owner offered us a short ride. While driving he informed us that he is Mapuche, he's going home where he lives with his family trying to raise their children within the nature and with respect to tradition and culture of indigenous people.
It took us only one look to say „yes“ when he invited us to his place – we just knew this is type of person and type of place we definitely want to meet. And I can say it already here – this was the decision we will never ever regret as there, somewhere in the middle of Chile, we've met amazing friends.
After one hour ride we've reached Freddy's home where he introduced us to his wife Jemmais and cute four children with awesome mapudungun names: Kimche, Norlam, NeWem and Kume. Well, the truth is, that opportunity to met Kimche we already had during the ride, especially when I asked if his (in reality) oldest son is his youngest daughter... For my defence, from the back side long black hair and little sweet voice with amazing English (as Kimche helped us with translations) didn't connected in my head with the name of boy. During the ride we were surprised about English manner Kimche had - he spoke better than majority of people who declare here that they know it. Well, the mystery was solved when we've met Jemmais who is in fact from London and all of the children understand (and Kimche and Norlam already speak) 3 languages: Spanish, English and Mapudungun! What's more impressing about Kimche is his ability to recognize sounds of other languages. We've notice it when, while listening us talking Slovak-Polish, he said „you speak like Masha!“ (for those not familiar – main character from the Russian story for children „Masha and the Bear“).
Freddy's family is amazing. I cannot decide which of their stories from everyday life fascinated me the most – atmosphere full of warmest thoughts, love and respect to each other, every day's hard but in harmony with nature work around the house, building everything around just by themselves, efforts to fight for rights of indigenous people as much as efforts in keeping traditions and culture alive or (in case of Jemmais) giving birth to four children in home only with support of husband... And don't get me wrong, they are not primitive, so called civilization reached here with kitchen and bathroom facilities, computer, camera but everything is used wisely and what can be produced by themselves, it is. Around house you can find products to prepare meals, eggs can be bought from neighbours, soap can by produced on site, animals are part of the life...
Thanks to them we were able to learn more about history and culture of indigenous people in South America, Mapuches in particular. And this story is fascinating as they were so strong that even Inka people and Spanish conquistadors couldn't conquer them! They lived free on their territories almost till middle of the XIX century. Only starting with times of independent Chile they were forced by Chilean army to move and since then they migrate and try to fight their rights. I will not even mention how their were treated by so called Christian missions which didn't even considered them as humans questioning if they have soul (only in second part of XX century one of the popes in official document said that they are people with souls but it didn't change much in their situation).
Even nowadays situation of Mapuche people cannot be considered as well maintained. Despite being indigenous they are not treated well by the state who – you may thought – should considered their years of sufferings and fights... But it doesn't, so Mapuche go to the streets to protest, very loud sometimes. But, common on, who would not go? Try to imagine that – you live on your land from ages, you grow your plants, you raise your children in peace, you don't harm the nature and one day some guys from „civilized“ Europe come and tell you you don't have right to the land, you are primitive, you don't have soul so they terrorize you, privatize everything, start to exploit without even thinking about good of the nature, they destroy your culture... And when you raise your voice it is you who is criminal, barbarian, accusations are prepared against you, you need to fight in courts (you would not have money to defend yourself if the community of your people didn't help you...)... Heartbreaking stories...
Despite all of that, no matter how many sad stories I could talk about, there will be always even more stories which gives you positive energy, are full of love, happiness and unforgotten moments. All because people like Freddy. You know, you hear even every day how dangerous is world, how much you should be careful when travelling... When you sit on your ass and just watch TV or read newspapers you see disasters, wars, crimes which happens all away „there“ - across the ocean, across the border, in big cities... Having only this picture we almost forgot that this is only small part of the news and world is amazing and full of good and ready to help you people. You just need to have faith in them.
As we were not able to leave this wonderful family we spend at Freddy's place four days. We talked we cooked, we worked, we went to visit 120-year old uncle... And we listen. And listen. Because there is a lot to listen and to learn from them. 
After this short time it was very difficult to say goodbye to them as the truth about the distance (they live in CHILE!) is cruel. At the end Freddy gave us the ride to Futrono from where we jump into bus going to Santiago
And that's how, after weeks in the nature, away from the big cities we've arrived to the enormous metropolis. The very first thing I smell in Santiago reminded me about my precious Cracow – it smells with dust, car benzine and air is filled with smog :) Later it doesn't get better – metro is so full we cannot go inside, instead we walk a lot, bus system requires having the card, museum we're interested in is closed, free tours are in very bad quality... Well, with pleasure I would skip Santiago from describing if... Well, the „if“ is again about the people. Despite escaping from capital city immediately on first day, we spent here 4 (!) days. First we've met with happy couple we had met on way – Ivan and Patricia, than we've visit Euhenio and have met his family and finally the last night we' ve spent with Oscar! From previous post you may remember Ivan and Patricia, Euhenio was also mentioned before (his family is more talkative than him and wife makes some awesome stuff to wear for dogs&cats) so now is time for you to meet Oscar!
We know him actually much more longer than anybody else in Chile. The truth is that it's because of him we decided to include Chile to our travel map. About 3 years ago Oscar with his dad (also Oscar) was our couchsurfing guest in Bratislava when they were travelling around Europe and they were so positive that we said if we ever had the opportunity we would like to meet them again.
We agreed we wil meet in their home city Calama. Fortunately I wrote to Oscar (junior) in advance and he said that meeting with his parents will be possible only in Santiago as they are visiting daughter there! So we've met there! Oscar senior is how I remember him – lovely, wise, patient and calm. Finally we also met Irene who appeared to be very positive women who laughs a lot!
And that's all from Santiago folks! We're heading north as we need to meet Oscar junior! ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz