4.12.2011

Na świętego Andrzeja błyska pannom nadzieja!

Tak tylko - gwoli przypomnienia sobie żeśmy Polaczki i świętujemy według polskiego kalendarza i żeby naszym pobratymcom pokazać jak to u nas drzewiej (lub i nawet teraz) bywało - mieszkanie na ulicy Pierwszego Maja 102 zorganizowało kilka dni temu wieczór Andrzejkowy. 
Tylu osób nasze maleńkie mieszkanko jeszcze nie widziało - miejsc siedzących nie wystarczyło dla wszystkich, ale zabawa i tak była - myślę - przednia ;) 

Zgodnie z tradycją nie obyło się bez wróżenia. Kiedy pojadę do domu na święta muszę koniecznie uspokoić babcię, która wywróżyła mi staropanieństwo, że andrzejkowe wróżby powiedziały przeciwnie - będę mieć dużo pieniędzy a mój przyszły mąż będzie gruby i brzydki, ale będę go bardzo kochać :D Pewnie za te pieniądze... :)

Poza tym miodem i mlekiem (czyt.winem i wódką) opływało tego wieczora mieszkanie, śpiewaliśmy zacnie po polsku i ukraińsku (najpiękniej Wita, która również akompaniowała nam na gitarze, za co bardzo dziękuję :*) oraz nocne Polaków (i Ukrainców) rozmowy nas również dopadły. 
Zacnie

Foto 


3.12.2011

Kąpiel w Morzu Czarnym, multijęzykowość, wielokulturowość, brak snu...albo -> Wolontariusze wszystkich krajów łączcie się!

Hejka! Kacwin powrócił cały - zarówno ze szkolenia, jak i późniejszej wycieczki :) Działo się tak dużo w ciągu tych prawie dwóch tygodni, że nie wie od czego zacząć... Może najpierw od stwierdzenia, że potrafi żyć bez internetu i związku ze światem informacji i czuć się z tym super :) Nie lubi natomiast zaległości - zatem szybciutko spieszy wyjaśniać co u niej:) Przy okazji przeprasza wszystkich, którzy oczekiwali na znak życia od niej w ostatnich dniach - systematycznie będzie odpisywać na maile, prośby, zażalenia... Przy okazji chciała też dodać, że jest jej przykro, iż niektórzy niespecjalnie się jej absencją martwili tudzież byli zainteresowani co u niej (stachowiczanie to nie do Was - Wy byliście ze mną duchem, wiem :)) Ma nadzieję, że niektórzy się zreflektują...


Ten króciutki pościk poświęcam mojemu on-arrival training w pięknym ukraińskim mieście-bohaterze Odessie (taki napis wita przybywających na dworcu kolejowym: "Ласкаво просимо в місто-герой Одесу!"). O samej Odessie, o rzeczach znanych i nieznanych turyście osobny wpis pojawi się na blogu (u)kraina (nie)znana "as soon as possible" :) Póki co - kilka słów o samym on-arrival training.
Bardzo zabawne, że spotkanie, które miało nas przygotować do wolontariatu odbyło się dwa miesiące po tym jak już w wolontariat na tej Ukrainie się bawimy. Trzeba było jednak znaleźć termin, który odpowiadał będzie wszystkim wolontariuszom, a niektórzy z nich jak np Noemi rozpoczęli wolontariat na 3 dni przed spotkaniem zatem ów złoty środek został chyba osiągnięty :)

Чорне Море

Plan zajęć

 23-27.11.2011 - w tych dniach odbyło się nasze szkolenie w usytuowanym na wybrzeżu Morza Czarnego hotelu. Było to spotkanie wolontariuszy EVS pracujących na terenie 3 krajów: Ukrainy, Mołdawii oraz Białorusi. Wolontariusze z Polski, Niemiec, Francji, Czech, Austrii, Danii, Norwegii oraz Włoch mieli okazję, aby podzielić się swoimi pomysłami i doświadczeniem, opowiedzieć o swoich przygodach w krajach goszczących i dowiedzieć więcej o programie, którego są uczestnikami:) Językiem szkoleniowym teoretycznie był angielski, ale w kuluarach wykorzystywano wszystko co się znało: od niemieckiego, przez francuski, hiszpański po rosyjski i ukraiński. Mój ulubiony wariant rozmowy to pogawędki z Norwegiem po rosyjsku :D Organizatorzy (czyli nasi trenerzy Olga i Serhij oraz Natalia) włożyli wiele wysiłku, aby maksymalnie wykorzystać czas przeznaczony na szkolenia zapewniając nam przede wszystkim sporo zabaw edukacyjnych i magicznych (naszą ulubioną zostały bez wątpienia "magic balls":D)
Olga & Magic Balls :)


Oczywiście - jak możecie się domyślić - szkoleń było  za dużo :) I odbywały się niemal przez cały dzień (z przerwą na posiłki).  Noc teoretycznie służyć miała wypoczynkowi jednak wiecie jak to jest z teorią... Zatem były to 4 dni intensywnych szkoleń, zabaw edukacyjnych, burzy mózgów, zwiedzania miasta połączone z brakiem snu (lub jego minimalną ilością) i pełną integracją z ludźmi, których kręci w zasadzie to samo :) Nic tylko się radować:)


Radość z mile spędzonego czasu Kacwina osobiście doprowadziła do wskoczenia do Morza Czarnego razem z Dunką Majken i Austriaczką Lisą (notabene Lisa to 4-dniowa współlokatorka Kacwina, która uroczo nazwała mnie "мая старая бабушка"...ach, te osiemnastolatki...) pewnego pięknego poranka przed śniadaniem :) Chyba przekonam się do zostania morsem. Naprawdę sądziłam, że będzie mi zimniej. A po wyjściu (a raczej wybiegnięciu) z morza nie czułam tylko stóp, poza tym czułam się rewelacyjnie:) 




Wszystko co dobre szybko się kończy. On-arrival training skończył się szybciej niż ktokolwiek z nas się spodziewał. Pozostaje liczyć na to, że spotkamy się w podobnym gronie na naszym middle-term training:) i że okolica będzie równie urocza i sprzyjająca integracji:) 
Kolejne dni to wycieczka z kolegą-wolontariuszem z Doniecka - Piotrem szlakiem zamków ukraińskich... Ale to już inna bajka, która opisana zostanie w blogu o podróżach po Ukrainie troszkę później :) 

Kilka zdjęć z szkolenia poniżej, troszkę więcej -> tutaj



Jak Anna Dorota Chrzanowska do walki zagrzewała

Trembowla. Nazwa miejscowości nic mi nie mówiła do momentu poznania Piotra. To on oświecił mnie, że to własnie TUTAJ stacjonował kiedyś 9 Pułk Ułanów Małopolskich... Super nie? :)
Jak się okazać miało później znalezienie koszar - miejsca stacjonowania owego pułku, Piotr postawił sobie chyba za punkt honoru w czasie naszej wycieczki... Ale od początku.
Do Trembowli najlepiej jechać z Tarnopola albo z Czerniowiec. My (albo raczej ja - jako Pierwszy Organizator Wypraw ;) ) wybraliśmy wariant pierwszy. Roztrzęsioną marszrutką (na którą, o dziwo, trzeba było wcześniej kupić bilet w kasie!) dojechaliśmy do tej uroczej wioski. Pogoda nam sprzyjała bo jakże inaczej - niemal połowa grudnia a wokół jeszcze złota jesień :) 
Dla mnie wycieczka składać się miała z 2 głównych punktów: zamek i ruiny klasztoru bazylianów.
Piotrek myśli, że wypatrzy koszary...

Zamek położony na krawędzi jaru rzeki Hnizna (czy Gniezna) znaleźć było nietrudno, po usiszczeniu opłaty za wstęp mogliśmy poprzechadzać się do woli po ruinach twierdzy - zasada podobna jak w większości ukraińkich fortec - można włazić gdzie się chce, ale oczywiście na własną odpowiedzialność. Z zamku niewiele się zachowało, ale przed wejściem jest ogromna tablica z fascynującą historią tego miejsca. Tutaj szczypta informacji, które mnie wydały się ciekawe:)

Zamek zbudował król Kazimierz Wielki w drugiej poł. XIV wieku w miejscu wcześniejszego gródka.  Zamek stał się ważną twierdzą po zaborze Podola przez Turcję w 1671 r. i zasłynął w 1675 roku bohaterską obroną żołnierzy starosty trembowskiego Bernarda Prittwicza przed Tatarami i Turkami. To, że załoga wytrzymała na posterunku było w dużym stopniu zasługą żony (kobiety rulez!) komendanta Jana Samuela Chrzanowskiego - Anny Doroty Chrzanowskiej, która zagrzewała ducha bojowego i miała nawet z szablą w dłoni uczestniczyć w wypadach na wroga. Gdy szlachta, oblężona przez oddziały wojsk tureckich na zamku trembowelskim nosiła się z zamiarem poddania twierdzy, Chrzanowska uprzedziła o tym męża, co zapobiegło kapitulacji Trembowli. Gdy sam komendant stracił wiarę w sens dalszej obrony, miała zagrozić, że w takim wypadku siebie i jego zabije (nosiła ze sobą dwa noże i groziła mężowi, że jeśli on zdecyduje się poddać zamek, jednym zabije jego, a drugim siebie - hej! :)). Według innych przekazów groziła podpaleniem prochów i wysadzeniem miasta (też nieźle). Podobno sama poprowadziła wycieczkę obrońców na szańce tureckie. Desperacja (:)) została nagrodzona i Turcy z powodu nadciągania Sobieskiego z odsieczą wycofali się nocą spod Trembowli. 
 Z obronnego zamku pozostały jedynie zewnętrzne mury i wały ziemne. Piotrek opowiedział historię że po murach zamku należało przejechać koniem. Dlaczego i w jaki sposób poczytajcie na jego blogu -> http://www.szachcior.blogspot.com/

Annie Dorocie Chrzanowskiej
Po drugiej stronie murów znajduje się cokół, na którym dumnie stał kiedyś pomnik Annie Dorocie, dalej można przejść do leśnego amfitetru, kawałek dalej w górę znajduje się mini kozacki plac zabaw,  a idąc śladami wałów księcia Vasylka wyjść można na leśną polaną, gdzie można się wyłożyć na słoneczku, co i my z Piotrem ochoczo uczyniliśmy. Po zjedzeniu zapasów, łyknięciu napoju wyskokowego trza iść dalej. Ja- ruiny klasztoru, Piotrek jęczy - koszary...
Nikt nie wie gdzie jest ten klasztor, poza tym Piotr jest moim gościem - trzeba było z chmurną miną zacząć szukać tych całych koszar... Oczywiście tej lokalizacji również żaden z autochtonów nie zna. Ale.. od czego ma Kacwin główkę? Jest kościół katolicki. Jesteśmy na terenach dawnej Rzeczpospolitej - duża szansa, że ksiądz jest Polakiem. Idziem szukać. Kościół św. św. Piotra i Pawła z 1927 r.  (od Piotra dowiaduję się później, że był kościołem garnizonowym),  z charakterystyczną kolumnadą ( za  czasów ZSRR pełnił funkcję kina). Ksiądz proboszcz, jak się dowiedzieliśmy od robotników, mieszka gdzieś tam - za Okiem (stacja benzynowa), ale przed sklepem z wódką i papierosami... (tak nam tłumaczono dojście). Przed wejściem samochód i urocza bestyja zwana Reksem, która szczeka i wygląda jak diabelskie stworzenie z tymi wyszczerzonymi kłami. Jednak słusznie, że tak ujadała bo pleban się zainteresował i do nas wyszedł. Nie wiedział ni o klasztorze, ni o koszarach (on dopiero dwa lata na parafii), ale od czego tutejszy sviaszczenyk grekokatolicki i jakaś tam pani Krysia/Zosia/Zdzisia... Co więcej, ksiądz dobrodziej transport nam załatwił w miejsce gdzie owe koszary miały się znajdować!  Dwie szalone siostry jadące na katechezę do sąsiedniej wsi samochodem księdza! Czad! Siostra-kierowca rulez! "Gdzie on lezie? nie widzi że jadę?!" Typowo ukraińska jazda samochodem. Pełna asymilacja i aklimatyzacja :) Szkoda, że tak krótko trwała podróż z nimi.
Budynki koszar?
Stare budynki są. Zamknięte. Brama. Pamiętajcie - zawsze trzeba zaglądać i próbować otwierać. Piotr w ekstazie i żywiole (jak się można domyślić) tak własnie robił i w ten sposób zwabił pana strażnika. Pan strażnik nie wie czego pilnuje... Ot, pustostan, jak stwierdził. Ale otworzył i pozwolił pochodzić po terenie. Bomba...zajęcie super - ale dla Piotrka, któremu oddałam aparat a sama pogrążyłam się w lekturze przewodnika, przysiadając na murku w pobliżu pasących się kóz... Tak nabawiłam się ciężkiego przeziębienia  które do dzisiaj współtowarzyszowi mej podróży wypominam :D

Do Trembowli wrócę jeszcze z pewnością - nie, nie - bynajmniej nie żeby oglądać dawne koszary. Fajnie jest wiedzieć, że były/są, ale zostawię ich odkrywanie entuzjastom pokroju Piotrusia :P Ja wrócę, aby obejrzeć ruiny obronnego manastyru bazylianów z XVIII w., gdzie nie udało nam się ostatecznie dotrzeć bo noc zaczęła się szybciej niż obliczyliśmy i trzeba było wracać...

Polecam to miejsce ze względu na klimat i malownicze ruiny twierdzy, którą tak dzielnie obroniła nam jakby nie było kobieta :) Yeah!

Więcej zdjęć z Trembowli w galerii - Trembowla

Kacwin w grudniowej aurze




19.11.2011

Tam, gdzie zginął Pierwszy Pułkownik Rzeczpospolitej...

Droga prowadząca na zamek
Kamieniec Podolski obrałam za miejsce wycieczki już po raz trzeci... Naprawdę za każdym razem miasto zachwyca mnie tak samo... Ale trudno się dziwić - nazywany jest przecież historycznym i kulturowym sercem Podola.Wybrukowane uliczki wijące się po wzgórzu, zabudowania pamiętające czasy panowania  rumuńskiego, polskiego czy nawet tureckiego, wszystko oddzielone murem od rozłożonych na północ i wschód nowych zabudowań; na zachodzie most prowadzący do zamku... Oglądany zarówno w słoneczne jesienne popołudnie, jak i w strugach deszczu,  Kamieniec pozostaje na długo w pamięci...
 
Jeśli przeszkadza Wam tłum turystów wszędzie włażących z aparatami, biegających "od zabytku do zabytku", chcecie w ciszy i spokoju kontemplować zamek, otaczający go jar oraz poczuć niezwykłą atmosferę miejsca, najlepiej wybrać się Kamieńca późną jesienią. Turystów niewielu, co najwyżej są to tacy zapaleńcy, jak i Wy, panuje jakaś taka błogość i rozleniwienie, mieszkańców mniej irytują przyjezdni, przyjaznych spojrzeń więcej, brak "masówki", traktuje się nas (nawet w zamku) bardzo indywidualnie... Czego to właśnie z towarzyszem mej ostatniej podróży do Kamieńca - Piotrem,  doświadczyliśmy.

U podnóży twierdzy
Zaraz po wyjściu z  autobusu w Kamieńcu gdzieś w okolicy bazaru (pan kierowca stwierdził, że stąd bliżej do zamku niż z dworca) przesiedliśmy się na lokalny środek transportu - marszrutkę (numer podpowiedziała dobra kobieta, ale właściwie można pytać w każdej się zatrzymujące czy  jedzie w kierunku "zamok, fortecja"). W ten sposób - w szaleńczym tempie, podskakując na wybojach, próbując nie wypaść na zakrętach, dojechaliśmy do Starego Miasta. Nasze nogi od razu obrały właściwy kierunek - zamek.Wiedzie na niego most - to jedyne wejście na teren fortecy. Jednocześnie warto dodać, że jest to jeden z najstarszych mostów na Ukrainie. Łuk i kolumny wypełnione zostały kamieniami przez Turków. Jest nawet legenda, że kiedy Turcy uciekali z miasta na moście wywrócił się wóz ze złotem, które wysypało się do Smotrycza. Długo można było tu natrafić na poszukiwaczy złota - jak do tej pory żadne poszukiwanie nie zostało zwieńczone sukcesem.

Twierdza

WSPANIAŁA! Naprawdę warta zobaczenia. Położona w jarze nad Smotryczem, leży za nowym i Starym Miastem - kiedy się przejeżdża most naprawdę trudno się dziwić, że zamek otrzymał miano "niezdobytego". Matka natura (i budowniczy oczywiście) wspięli się na wyżyny myślenia strategicznego - kamienna wyspa jest wysoka i trudno dostępna ( z wyjątkiem jednej małej grobli), w dole płynie rzeka Smotrycz (nazwana tak ponieważ czysta woda pozwala zajrzeć na dno - smotri! to po rosyjsku patrz!) zamek położony na niej otoczony jest wysokim murem z kilkunastoma basztami.

Widok na zamek od strony zachodniej

Istnieje legenda, że jeden z sułtanów tureckich - Osman, kiedy zobaczył zamek miał zapytać kto go zbudował. Odpowiedź podwładnych brzmiała, że sam Bóg, na co sułtan ponoć odpowiedział "Zatem niech Bóg go teraz zdobywa" i zwinął się z armią :) 
Piękna historia. Choć zapewne nie tak piękna jak to, co opisuje Henryk Sienkiewicz a co utrwalił w wariancie filmowym Hoffman i co w związku z tymi faktami Polaków do tego miasta na wschodnich rubieżach przyciąga:

Baszta Lacka z napisem Verus amicus est rarior Fenice
" „(...) Wołodyjowski zaś zdjął hełm z głowy; chwilę spoglądał jeszcze na tę ruinę, na to pole chwały swojej, na gruzy, trupy, odłamy murów, na wał i na działa, następnie podniósłszy oczy w górę, począł się modlić... Ostatnie jego słowa były: - Daj jej, Panie, moc, by zaś cierpliwie to zniosła, daj jej spokój!... Ach!... Ketling pospieszył się, nie czekając nawet na wyjście regimentów, bo w tej chwili zakołysały się bastiony, huk straszliwy targnął powietrzem: blanki, wieże, ściany ludzie, konie, działa, żywi i umarli, masy ziemi – wszystko to porwane w góre płomieniem, pomieszane, zbite jakby w jeden straszliwy ładunek, wyleciało w powietrze...
Tak zginął Wołodyjowski, Hektor kamieniecki, pierwszy żołnierz Rzeczypospolitej. (...)”

Tak, moi kochani, to właśnie tutaj - w Kamieńcu Podolskim uśmiercił nam Sienkiewicz pana Wołodyjowskiego.  Choć trzeba pamiętać, że pokolorował nam nasz Henryk sporo. Zgodnie z przekazami historycznymi wysadzić miał się płk Hejking (pierwowzór Ketlinga), najprawdopodobniej stało się to przez przypadek, płk Wołodyjowski zginął również przez przypadek,  Basia nie była tak dzielna jak ta sienkiewiczowska i z kosztownościami zniknęła wcześniej itp, itd....;) Ale wariant sienkiewiczowski pisany ku pokrzepieniu serc zatem sza! Z historią miasta i twierdzy warto się zapoznać, tyle się tu działo...
Historia samego zamku jest niezwykle barwna i ciekawa. Zresztą - nie może być inaczej. W końcu idzie o warownię określaną mianem baszty ręką Boga zbudowanejurbs antemurale christianitatis oraz Bramę do Polski,  najpotężniejszą warownię Rzeczypospolitej na Kresach Wschodnich!
Mieliśmy z Piotrem sporo szczęścia - po wejściu na teren zamku skierowaliśmy się do pierwszej baszty na lewo. W środku znajduje się mała ekspozycja z historią wieży oraz głęboka na 40 metrów studnia. Tak się akurat złożyło, że tego dnia wyłączono dopływ wody na zamku. Mieszczące się tam Muzeum musi jednak jakoś pracować, woda potrzebna a zatem... Studnia jest, woda także... Nic tylko czerpać! I na ten właśnie moment trafiliśmy. Tak poznaliśmy Dimę - pracownika naukowego muzeum (z wykształcenia historyka), który zasypał nas ogromem wiedzy o zamku i mieście, oprowadził po jego części  a wieczorem został naszym kompanem w knajpie i znalazł nam transport powrotny do Winnicy, za co szczerze raz jeszcze dziękujemy!

Minaret zwieńczony figurą Matki Boskiej
Z ciekawostek dotyczących samego miasta  osobiście najbardziej urzekła mnie historia minaretu stojącego przy katedrze św. Piotra i Pawła w Starym Mieście. A jest ona w skrócie taka: po odzyskaniu przez Polaków miasta z rąk tureckich w 1699, zgodnie z postanowieniami pokoju w Karłowicach, Polacy zobowiązali się nie niszczyć wybudowanej przez Turków części katedry - minaret z półksiężycem pozostawiono. Ale w myśl zasady Polak potrafi - od razu ustawiono na nim drewnianą figurę Matki Boskiej... W 1765 roku zastąpiono ją sprowadzoną z Gdańska miedziano-srebrną, mierzącą 4,5 m pozłacaną rzeźbą Matki Boskiej, która stoi na kuli i księżycu.... I tak do dziś katedra kamieniecka jest jedynym na świecie kościołem katolickim, przed którym stoi minaret.  I co więcej - minaret zwieńczony posągiem Matki Boskiej... :) Tadam! Chociaż jak dowiedziałam się od Dimy w ugodzie nie mogło być mowy o Kamieńcu i minarecie (sam dokument się nie zachował) - gdzie by Turcy mieli czas o jakimś tam minarecie w Kamieńcu myśleć kiedy uciekali niemal w popłochu?! Ale tradycja mówi właśnie tak i tak mówią przewodnicy więc i ja powtarzam :)
Co najważniejsze -  minaret zwieńczony Matką Boską - jest, stoi i zadziwia. I jeszcze wskazuje na niego różańcem pomnik Jana Pawła...

Koszary
Co jeszcze zobaczyć w Kamieńcu? WSZYSTKO! Całe Stare Miasto godne jest polecenia. Osobiście polecam spacer wzdłuż murów okalających miasto, po drodze miniemy kazarmy (czyli dawne budynki koszar), zejście do drewnianej cerkwi zbudowanej bez jednego gwoździa w jarze Smotrycza (widoczna z zamku od strony północno-wschodniej), dzielnice: ormiańską i żydowską, katolicką katedrę świętych Piotra i Pawła, ormiański kościół św. Mikołaja oraz zwyczajne samotne zapuszczanie się w niekoniecznie wybrukowane uliczki :)
Minimum dwa dni trzeba przeznaczyć na wycieczkę tutaj, aby móc nie tylko zobaczyć wszystko, ale i zdążyć pokontemplować ;) (Z Kamieńca można urządzić sobie wycieczkę do leżącego nieopodal Chocimia, o którym pisałam wcześniej).

Kamieniec jest miejscem unikalnym na skalę światową. Ormianie, Żydzi, Azerowie, Grecy, Bułgarzy, Polacy, Rumunii i inni budowali przez stulecia tu swoje domostwa i świątynie. UNESCO umieściło Kamienieć na Liście Światowego Dziedzictwa właśnie za owe duże nagromadzenie zachowanych zabytkó zbudowanych w różnych stylach. Rząd ukraiński przyznał mu natomiast 3 miejsce pod względem ważności kulturalnej na Ukranie (po Kijowie i Lwowie).
Zachęcam do zapoznania się z historią Kamieńca i samej twierdzy m.in. z opisem w Słowniku Geograficznym Królestwa Polskiego 

Więcej zdjęć: Kamieniec

Gdzie Lew chocimski Turków rozgromił...

Pomnik Armii Czerwonej
Aby dotrzeć do celu trzeba najpierw nastawić się na spacer. Przejście przez tę maleńką wioseczkę to żaden problem, ani tym bardziej tak długa droga, jak twierdzą lokalni (trzeba pamiętać, że pojęcie dystansu jest tu zupełnie inne niż u nas - 15-minutowy spacer bywa już nazywany długim i skutkuje wezwaniem przez Ukraińca taksówki :)). Jeśli zdecydujecie się jednak poprosić o podwiezienie kogoś, kto wygląda jak taksówkarz ustalcie najpierw cenę - taka rada:) Ja jednak zdecydowanie polecam spacer wzdłuż wioski  - po drodze można napić się kawy, zachwycić wyłaniającym się znienacka zadbanym i wielkim Pomnikiem Armii Czerwonej, porozmawiać z babciami siedzącymi przed swymi troszkę już podupadłymi chatami. Przy odrobinie szczęścia sprowokowanego waszą uprzejmością i uśmiechem uda Wam się może i być zaproszonym do środka takiej chatynki:) Ale w końcu - po intensywnym spacerze uliczkami wioski Chocim (bo o niej tu mowa) dotrzecie do miejsca swego przeznaczenia: twierdza czy - jak mówią autochtoni - Forteca.


Mogę z całą pewnością stwierdzić iż zachwyty nad nią nie są przesadzone. I twierdza i jej umiejscowienie, krajobraz wokół robią piorunujące wrażenie. Naprawdę trudno się dziwić, że w rankingu stworzonym w  2007 roku znalazła się na pośród 7 cudów Ukrainy (inne - patrz tutaj)

Widok na zamek i dolinę Dniestru

Twierdza usytuowana jest na  wysokim, skalistym brzegu Dniestru. Jeśli wejdziemy na jeden z pagórków po lewej stronie zamku naszym oczom ukaże się zapierający dech w piersiach widok na dolinę rzeki.  Jeśli zaś chodzi o sam zamek - równie imponujący. 

Wejście do zamku
Budowa fortecy rozpoczęła się w 1325, prace nad nią trwały jeszcze do 1380 roku. ca ta ulegała licznym rozbudowom, a także poddawana wielokrotnym rekonstrukcjom przez nowych właścicieli tych ziem.
 
Północna wieża
W historii Polski twierdza w Chocimiu znana jest przede wszystkim dzięki dwóm doniosłym zwycięstwom nad Turkami. Pierwsze miało miejsce w 1621 r., kiedy to 35 - tys. wojska koronne, dowodzone przez hetmana Jana Karola Chodkiewicza, wspierane 40 - tys. posiłkami kozackimi hetmana Piotra Konaszewicza Sahajdacznego, zdołały obronić Rzeczpospolitą przed inwazją 120 - tys. armii Wielkiej Porty, prowadzonej przez sułtana Osmana II. Chocim należał wtedy do Hospodarstwa Mołdawskiego, uznającego zwierzchość lenną Turcji. Do rangi symbolu wiktorii chocimskiej urosła wspaniała współpraca polsko - kozacka, która już nigdy później nie kształtowała się tak pomyślnie. Tak opisuje obronę Chocima Wacław Potocki  w swym  poemacie "Transakcja wojny chocimskiej":


"Wprzód, niźli sarmackiego Marsa krwawe dzieje
Mury obronne
Potomnym wiekiem muza na papier wyleje,
Niż durnego Turczyna propozyt szkaradny
Pisać pocznę w pamiętne Polakom przykłady
(Który z nimi zuchwale mir zrzuciwszy stary,
Chciał ich przykryć haraczem z Węgier i z Bułgary),
Boże! Którego nieba, ziemie, morza chwalą,
Co tak mdłym piórem, jako władniesz groźną stalą,
Co się mścisz nad ostatnim domu tego węgłem,
Gdzie kto usty przysięga sercem nieprzysięgłym - 
Ciebie proszę, abyś to, co ku Twojej wdzięce
W tym królestwie śmiertelnie chcą wspominać ręce,
Szczęścić raczył; boć to jest dzieło Twej prawice:
Hardych tyranów dumny wywratać na nitce,
Mieszać pysznych i z błotem górne równać myśli
Przez tych, którzy swą siłą od Ciebie zawiśli"


 O mierze wysiłku podjętego przez walczących może świadczyć również anegdota dotycząca ogromnych strat po stronie tureckiej. Otóż sułtan chcący za wszelką cenę pokonać  niewiernych miał ponoć odpowiedzieć na skargi ginących żołnierzy: "Jak stracę osłów, zostaną mi konie".

Druga bitwa chocimska odbyła się w 1673, w rok po haniebnym traktacie buczackim, oddającym Podole w ręce tureckie. Utracony autorytet oraz represje wobec ludności Podola (m. in. zamienianie kościołów na meczety) zmobilizowały sejm do podjęcia zdecydowanych działań przeciw Imprerium Osmańskiemu. Wystawiona armia pod komendą hetmana Jana Sobieskiego odniosła zwycięstwo nad stacjonującymi w Chocimi Turkami. Triumf Sobieskiego w tejże bitwie otwarł mu drogę do korony.Również i w tej bitwie wiele zacnych słów powiedzianych zostało m.in. przez Waszmościa, który później tak czułe listy do swej Marysieńki pisał jak poniżej:

"Wchodzę w nieprzyjacielską ziemię, z której pierwej nie wynijdę, aż albo szczęśliwie za błogosławieństwem Pańskim nieprzyjaciela zniosę, albo chwalebnie za ojczyznę głowę położę"
Zacnie. Choć bitwa chocimska zakończyła się pełnym zwycięstwem Rzeczpospolitej, nie przyniosło ono jednak przełomu w wojnie i nie doprowadziło do odzyskania Kamieńca Podolskiego. Natomiast wzrósł niepomiernie prestiż Rzeczypospolitej w Europie, a zwłaszcza respekt dla wspomnianego powyżej już hetmana Jana Sobieskiego u Turków, którzy odtąd zwali Sobieskiego "Lwem Chocimskim".



Historia twierdzy
Informacja praktyczna: nie zapomnijcie kupić biletu w kasie na parkingu przed wejściem do twierdzy. Wprawdzie pan "na bramce" będzie chciał Was wpuścić, ale za dwukrotnie wyższą cenę :) 

Na parkingu można zwrócić uwagę na umieszczony po lewej stronie na parkanie ogromny plakat z historią i przekrojem twierdzy napisany w dwóch językach: ukraińskim i polskim. Polski wariant jest przykładem tego, dlaczego nie można wrzucać tekstów w google transaltor, ale lepiej oddać je tłumaczowi :)

18.11.2011

Pamiętnik mojej sekretarki...

Słuchajcie, chyba muszę zacząć pisać nowego bloga... Spotkania z literaturą ukraińską, czy coś w ten deseń ;)  To refleksja po wczorajszym spotkaniu...
Gdzie byłam? Tam, gdzie bywam ostatnio najczęściej - w księgarni "Є" :) 
 A zatem  - literatury ukraińskiej - ciąg dalszy... Tadam! :)

Spotkanie z braćmi Kapranow w winnickiej księgarni "Є"

Dmytro i Witalij  Kapranow (albo odwrotnie...:))
Bracia Kapranow - w Polsce doczekali się wydania jednej ze swych książek "Kobzara 2000" (który dość niefortunnie przetłumaczony został na "Baśnie Narodów Byłych Republik Radzieckich"... Poszalał tłumacz...), ukazał się również wywiad z nimi po polsku na portalu zaxid.net (można przeczytać Warianty tylko dwa: albo pijaństwo albo kultura ). Niestety, tyle tylko odnalazłam. 
Osoby znające język ukraiński zachęcam do odwiedzenia strony braci Kapranow -> http://kobzar.com.ua/
dla pozostałych kilka (a nawet kilkanaście) słów o nich poniżej :)

Zdjęcia ze spotkania - jak zwykle w albumie zdjęć (Spotkanie z braćmi Kapranow)

Bracia Kapranow - (Dmytro oraz Witalij)  ukraińscy wydawcy, pisarze, publicyści, działacze polityczni, prowadzą działalność handlową. Urodzili się 24 lipca 1967 roku w mieście Dubosary w Mołdawii. Lata dzieciństwa i młodości spędzili w Oczakowie na Ukrainie (tam m.in ukończyli liceum,  w którym - co ciekawe - nie uczyli się języka ukraińskiego; uczęszczali  również na zajęcia do szkoły sportowej oraz muzycznej). Ukończyli studia na Uralskiej Politechnice (Swerdowsk, Rosja) oraz Moskiewski Instytut Energetyczny.
W 1988 roku ożenili się z siostrami bliźniaczkami :) (które obecnie prowadzą biuro turystyczne) i przeprowadzili się do Moskwy. Jak mówią: mają synów i córkę. Zajmowali się w życiu po trosze wszystkim. Przede wszystkim zwrócić nalezy jednak uwagę na ich działalność piśmienniczą oraz wydawniczą.

Książki autorstwa braci Kapranow
Działalność wydawnicza

Na początku lat 90-tych w Moskwie zaczynał tworzyć się spory ruch ukraińskiej diaspory. W tym czasie bracia Kapranow wydawali moskiewską gazetę "Tyndy -ryndy" oraz czasopismo z ukraińską fantastyką "Bracia". Wtedy też zaczęli pisać swoją pierwszą książkę "Kobzar 2000", nad którą pracować im przyszło 10 lat. Ukończyli ją w 1998 roku już w Kijowie, gdzie zdecydowali się przeprowadzić po tym jak nie znależli dla siebie miejsca do samorealizacji w Moskwie.
W Kijowie znaleźli się okresie, który nazwać można "książkowym głodem". W związku z niemożnością wydania swojej powieści postanowili sami zostać wydawcami. Pierwszy zrealizowany przez nich projekt to katalog książek pocztą "Książkonosz". W 1998 roku bracia Kapranow zebrali od wszystkich wydawnictw wszystkie książki napisane po ukraińsku, będące na stanie (niezależnie od roku wydania). Tak zebrało się ponad 600 nazw, które znalazły się w pierwszym katalogu.
W 1999 roku bracia razem z telewizją "1+1" oraz fabryką czekolady "Korona" zorganizowali pierwszy konkurs ukraińskiej krytycznej literatury "Золотий Бабай" (zwyciężyła wówczas powieść Wasyla Szklara "Klucz").

Wydawnictwo "Zielony pies"

Powstało ono w 2000 roku i na jego czele stanęli nie kto inni jak bracia Kapranow. Pierwszą wydaną przez wydawnictwo książką była powieść Leonida Kononowycza "Ja, zombi". W roku 2001 wyszedł w końcu "Kobzar 2000" autorstwa braci wraz z ilustracjami Władysława Jerka. Spotkał się z niezłym przyjęciem czytelników i od tego czasu był jeszcze drukowany 5 razy.
W roku 2004 rząd Ukrainy przegłosował budżet, który miał ograniczyć wydatki na wydawnictwa książkowe. 4 lutego bracia Kapranow razem z innymi kolegami-pisarzami na znak protestu spalili rękopis swojej nowej książki przed Radą Ministrów. Akcja odbiła się szerokim echem (m.in. medialnym) i w przeciągu roku rząd był zmuszony do zmiany zapisów w budżecie.

Wskutek zmian udało się braciom nakładem wydawnictwa Zielony Pies wydać swoją kolejna książkę "Lubczyk" ("Приворотне зілля"). W 2006 roku w ręce czytelników trafiła książka "Rozmiar ma znaczenie" ("Розмір має значення"). W roku 2007 ukazał się zbiór artykułów pisanych przez braci w książce pod tytułem "Prawo braci Kapranow" ("Закон Братів Капранових"). Rok 2009 przyniósł książkę dla dzieci "Wujek-Gwiazda". W latach 2008-2010 wychodzili nowe wydania "Kobzara 2000" uzupełnione o nowe rozdziały. Jak mówią sami bracia o tej książce: 

"Kobzara..."planowaliśmy jako swoisty przegląd współczesnej Ukrainy w płaszczyźnie mistycznej. W ciągu ostatniego dziesięciolecia przekonaliśmy się, że ten przegląd nie jest zakończony i nie jest doskonały.(...) Szewczenko do ostatnich lat dopisywał swego „Kobzara". Przecież też zdawał sobie sprawę, że „Kobzar" - to nie książka, lecz sposób istnienia, sposób tworzenia. Myślicie, że planowaliśmy to pisać? Nigdy w życiu! Samo się napisało..."

 Fragment "Kobzara 2000" ("Rusałka")

Wydawnictwo "Zielony Pies" wydaje ponad 60 ukraińskich tytułów książek co roku i jest jednym z liderów na rynku wydawniczym na Ukrainie jeśli chodzi o literaturą piękną. 

Od roku 2004 bracia Kapranow dwa razy w miesiącu wydają również gazetę poświęconą literaturze "Druh czytacza" ("Друг Читача") oraz razem z "Главредом" prowadzą projekt "Sezony książkowe"("Книжкові сезони")
Od 2005 roku prowadzą również projekt "Akademia Gogola" ("Гоголівська Академія").

W roku 2007 bracia zainicjowali Nadzwyczajne Zjazdy "Ukraina - miejsce katastrofy kulturalnej". Efektem zjazdów było ogłoszenie Ukrainy miejscem nieprzyjaznym dla kultury i zgłoszenie władzy roszczeń i propozycji dla polepszenia sytuacji. W roku 2007 pojawiły się nagrody:  "Złoty Kaganiec" ("Золотий намордник")  za 1 miejsce w rankingu "ojczyźniane chamstwo" oraz "Złoty kołnierz" ("Золотий ошийник") za 1 miejsce w rankingu "chamstwo zagraniczne" (przyznawane władzom w głosowaniu internetowym).

Od 2009 roku  bracia Kapranow są opiekunami jarmarku "Medvin: Świat Książki" ("МЕДВІН: Книжковий світ"). 
W roku 2011 zainicjowali Ogólnoukraiński konkurs na bliźniaka Tarasa Szewczenki ;)

"Pamiętnik..."
W tym też roku (2011) pojawiła się ich nowa książka "Pamiętnik mojej sekretarki". Całkowicie inna od tego, co pisali do tej pory. O tej książce (lecz nie tylko) było spotkanie w winnickiej księgarni - również inne od pozostałych - ponieważ obyło się bez moderatora - bracia sami zabawiali zgromadzonych czytelników:) Co możecie obejrzeć na filmikach poniżej.
"Pamiętnik mojej sekretarki" to nie - jak dotychczas bywało u braci - mistyczne opowiadania, ale powieść psychologiczna. Główny bohater odsuwa kurtynę i pokazuje co dzieje się na tzw backstage'u życia również tzw. "elit". Jak na dłoni rysują się i przeplatają sytuacje  z życia wyższych stref, polityki, show-biznesu... Patrzymy na świat w którym królują pieniądze, schematy, to świat pełen kochanek i łapówek. Coś w rodzaju wiadra z zimną wodą dla osób, które myślą, że to lepszy świat. Pewnego dnia świat głównego bohatera zaczyna się walić - przychodzi czas politycznego i biznesowego kryzysu, gorące lato 2004 roku...

"Wszystkie wydarzenia, o których piszemy wydarzyły się naprawdę. Wymyśleni są tylko bohaterowie. Choć niektórzy z nich noszą rysy osób, które na swej drodze spotkaliśmy".

Jak powstała książka? Oddajmy głos samym braciom:

"Zaczęło się kilka lat temu, kiedy okazało się, że jedna z naszych sekretarek prowadzi swój dziennik. Pisała tam m.in. tak: Witalij Witalijowicz proponował mi dzisiaj jabłko. Odmówiłam. Uważam, że nie znamy się na tyle dobrze, abym mogła wziąć od niego jabłko". Wyobrażacie sobie? Nie gdzieś w kurtuazyjnym świecie XIX-wiecznych salonów, a dzisiaj - w czasach moralnego upadku, katastrofy kulturalnej istnieją dziewczęta, które uważają że nie można częstować się jabłkami darowanymi przez nieznajomego! Uderzyła nas ta otwartość i od razu pojawiła się myśl - jeśli naprawdę istnieją jeszcze takie niespaczone umysły to jak one przyjmują to co odbywa się dookoła? Jak im żyje się na tym świecie? Tak zaczął się Pamiętnik mojej sekretarki."

I dalej:

"Główny bohater poniekąd przeżywa fragmenty naszej biografii, wiele w nich z naszych dziadków. Warto powiedzieć, że właśnie nasz dziadek siedział w obozie stalinowskim, gdzie wycinał w drewnie historie obozowego zycia, to nasza babcia uczyła się w pensjonacie dla dobrych panien a później uciekała przed NKWD przez step razem z córkami i synową. Historyczno-rodzinna linia powieści bazuje na historii naszej rodziny i bohatera naszej powieści można uznać za naszego pobratymca.
(...)
Chcemy zauważyć na koniec, że obecnie istniejemy w dwóch wydaniach - publicystycznym i literackim. I jest tak że nasi czytelnicy publicystyki w ogóle nie znają naszych powieści i na odwrót.  Nasz nowa książka ma trochę na celu pojednanie obu audytorii. Bo większa część powieści i sam jej temat leżą bardzo blisko naszej publicystyki, ale jeśli idzie o styl i kąt widzenia to jak najbardziej literatura piękna." *

I na koniec:  Віталій, Дмитро! Якщо Ви це читаєте - ще раз - дуже Вам дякую за зустріч, цікаві розповіді, за Вашу діяльніст. Бажаю успіхів, більше перекладів Вашої літератури на польку мови і щоб перекладачі не були лихими! :)

*cytat wypowiedzi przetłumaczony ze strony braci Kapranow: cała wypowiedź -> tutaj

 




16.11.2011

Gdzie diabeł mówi dobranoc, albo gdzie Lenin krzyżuje się z Majakowskim...

Gdyby ktoś z Was miał zamiar kiedyś wybrać się na wycieczkę po delcie Dunaju i myślał, że bezproblemowo uda mu się przekroczyć granicę rumuńsko-ukraińską, aby móc nacieszyć oko urokami naddunajskich miast po obu stronach rzeki, cóż - proponuję przeczytać wcześniej moją subiektywną relację z tegorocznej eskapady tymże szlakiem.
(Fotografie z całej wyprawy można znaleźć tutaj )

Przed chatą w Peripravie
Jeśli obierzecie jako i ja obrałam trasę Tulcea-Periprava i myślicie, że tak jak jest napisane w przewodnikach, bądź jak informują Was autochtoni, uda Wam się namówić kogoś, aby łódką przeprawił się z Wami na drugi brzeg do miejscowości Wyłkowe, krótka wymiana zdań z strażą graniczną na miejscu, uświadomi Wam: "haha, nie-e, nie da rady, trzeba wracać do Tulczy po pozwolenie (o którym w Tulczy, rzecz jasna, nikt nie wie) albo jechać do Gałacza i stamtąd jechać". Hmm... Miejmy nadzieję, że będziecie mieć szczęście i następnego dnia katamaran będzie płynął z powrotem (bo one co drugi dzień mniej więcej kursują, i słowa "mniej więcej" w pełni oddają godziny kursów ;)). Nie ma jednak powodu, aby się bardzo stresować jeśli katamaran nie będzie miał ochoty na szybki powrót bo jedno mogę Wam obiecać - mieszkańcy tej maleńkiej wioseczki rumuńskiej są bardzo mili, przyjaźnie nastawieni do intruzów - stanowimy dla nich nie lada ciekawostkę i jakąś odskocznię od codzienności, w związku z czym chętnie przenocują, a może i nawet nakarmią i napoją:)
Spontaniczny nocleg i kolacja z gospodarzami w Peripravie

Tak więc już wiemy - do Wyłkowego z Peripravy nas nie puszczą a zatem powrót i -> Gałacz. Stąd ponoć można na Ukrainę się dostać. Oczywiście. Jasne. Kursuje tam aż jeden autobus.  Ciężko tylko określić o której jest on konkretnie godzinie... Ale do granicy dowiezie nas taksówka. Ile? No chyba żart - to tylko pięć kilometrów! Nie ze mną te numery. Tak więc rada: wychodzimy z dworca, pytamy gdzie granica i idziemy łapać stopa (wszyscy pukają się w czoło i mówią, że to niebezpieczne).
No risk, no fun :)

O poranku nad pięknym i modrym Dunajem
Zatrzymuje się pierwszy lub drugi samochód. Dopiero od kierowcy dowiaduję się, że nie ma tutaj granicy rumuńsko-ukraińskiej. Jest natomiast rumuńsko-mołdawska a żeby było śmieszniej nie można jej przekraczać pieszo... (czyli łapanie stopa i tak będzie konieczne, chyba że uda się komuś szybko zmontować jakiś pojazd).  Jeśli nie traficie akurat na kierowcę, który posiada żółte papiery nastawcie się na stanie w kilkugodzinnej kolejce na tymże przejściu. Później trzeba grzecznie podziękować kierowcy za podwiezienie, wysiąść i pieszo około kilometra przejść do granicy mołdawsko-ukraińskiej (samochody dziwnym trafem tam nie jeżdżą...) Czyli z Rumuni na Ukrainę jedzie się przez Mołdawię.
Pożegnanie z Rumunią
Na tej granicy idzie szybciutko - dość ospała atmosfera, turystki z plecakami podróżujące same, bywają dla strazników ciekawym obiektem (nadziwić się nie mogą, że sama, że z Polski, że z plecakiem, że bez męża i jeszcze jej się Ukraina podoba... świat schodzi na psy...:) ) Kawa ze strażnikami, którzy uświadamiają mnie że miejscowość Reni, do której chcę trafić jest oddalona jeszcze o jakieś 10 km... Dobrzy ludzie - mówią, że można tu poczekać na jakiś samochód i oni każą mnie podwieźć. Bosko, jednak po półgodzinnym oczekiwaniu, gdzie absolutnie NIC nie jedzie, trzeba się zebrać i ruszyć prosto przed siebie. I pisząc "prosto" mam na myśli "prosto" - drogę widzimy cały czas przed sobą, a wokół tylko pola kukurydzy albo zboża... i nie widać, żeby droga miała się skończyć... Po drodze psy, owce, krowy... Sielsko, anielsko, tylko plecak ciąży i nogi bolą niemiłosiernie.

Reni
Finally! -> Reni.

Miejscowość, której nie opisują w przewodnikach, a która ma w sobie, jak się okazało, wiele uroku i mieszka tam sporo miłych ludzi o czym za chwilę.

Gdzie nocować?
Jest kilka hotelików, zajazdów, ale nie są one najtańsze. Ja proponuję dojść do Morskiego Wokzalu, choć nie wygląda na hotel zapewniam - mają tam całkiem niezłe miejscówki. Jest ciepła woda i pana na "portiertni", który chętnie się z Wami napije wódki i poopowiada ciekawe historie. Jeśli go zainteresujecie swoją osobą, następnego dnia, pomimo iż po nocnej zmianie, oprowadzi po miasteczku, zaprosi do domu  (zarówno swojego, jak i setki swoich znajomych) a potem pomoże znaleźć transport tam, gdzie potrzebujecie dalej jechać :)

Pomnik Lenina
Co ciekawego jest w Reni? Przede wszystkim należy się przespacerować uliczkami, które tylko przy głównej drodze mają pozmieniane nazwy. Zapuszczając się wgłąb, przejdziemy ulice Lenina i Majakowskiego, w parku natkniemy się na zadbany pomnik Wladimira Iljicza Uljanowa, na murach znajdziemy ogromne socrealistyczne plakaty, zaś w pobliżu portu mapę tych terenów z opisem, że znajdujemy się w Ukraińskiej Socrealistycznej Republice Radzieckiej... Miłośnicy socrealizmu z pewnością będą zachwyceni - to wioska, w której czas się zatrzymał...
Warto zagadać do kogoś z miejscowych i np. zapytać czy nie poczęstuje herbatą. To niezwykła okazja do pogawędki oraz zobaczenia wnętrza domów. Ukraińcy lubią pokazywać, opowiadać. Inna sprawa czym się chwalą ponieważ kiedy fotografujecie piękny stary kredens kuchenny mogą Was poprosić o sfotografowanie salonu, w którym jest wielki plazmowy telewizor...:)
W Reni mieści się jeden z portów ukraińskich - na większą część jego terenu nie można wchodzić, a jeszcze większej części nie wolno fotografować (taka pozostałość po dawnych czasach i przypuszczeniu, że każdy obcy z aparatem to szpieg).
Rodyna Mat' zovut!
Można również poszukać Muzeum Krajoznawczego - małe, przytulne, sporo w nim eksponatów, ale znalezienie go graniczy z cudem ponieważ o jego istnieniu, pomimo iż jest w centrum wioski, nikt z miejscowych nie wie. Zresztą posłuchajcie dialogu jaki odbyłam z panem, który otworzył drzwi, obok których wisiała tablica "Muzeum"





 
Wnętrze muzeum
"-Dzień dobry. Jestem turystką z Polski. Czy mogłabym wejść?
- Dzień dobry. A po co?
- Tutaj jest napisane, że to Muzeum. To prawda?
- No tak.
- Aha. To znaczy mogę wejść?
- Ale po co?
-...  chciałabym zobaczyć co macie w Muzeum? (nic innego nie przyszło mi do głowy:))
-No, cóż, proszę wejść...Dziwne, że to Panią interesuje"


Po wpuszczeniu mnie do środka Pan wrócił do oglądania telewizji (najwyraźniej mu przerwałam), zostawiając mnie wśród tych bezcennych rzeczy... Nie, nie przywiozłam sobie stamtąd pamiątki, choć nigdy chyba mnie tak nie kusiło :D
Gdzie dalej jechać z Reni?
Zbyt wielu opcji nie ma:) Albo jedziemy (a właściwie idziemy) z powrotem do granicy z Mołdawią albo jedziemy dalej w Ukrainę:) Reni ma bardzo dobre połączenia z miejscowościami obwodu odeskiego. Z dworca kursuje kilkanaście marszrutek dziennie do Odessy i kilka do większych miast w okolicy: Izmaiłu, Kilii, Białogrodu.

Skrzyżowanie ulic Lenina i Majakowskiego
Kacwin, Slav i jego koledzy :)


15.11.2011

"U prząśniczki siedzą jak anioł dziewieczki, przędą sobie, przędą jedwabne niteczki..."

Winnicka księgarnia "Є" to nie tylko miejsce, gdzie można kupić mnóstwo interesującej ukraińskiej literatury, spotkać się ze znanymi pisarzami i naukowcami czy być uczestnikiem prezentacji nowości wydawniczych... Na stronach Księgarni czy tzw fun page'ach możemy przeczytać, że "celem księgarni jest stworzenie żywej atmosfery, sprzyjającej wymianie poglądów, refleksji przemyśleń związanych z współczesnymi tendencjami społecznymi, literackimi, formowanie aktywnej postawy odwiedzających poprzez organizowanie (...) pokazów kinowych, warsztatów, wydarzeń artystyczno-muzycznych". 

I nie są to słowa pisane ot-tak. Jak pisałam we wcześniejszym poście - dzieje się tam sporo! A ja nie ukrywam, że chętnie uczestniczę (w miarę możliwości oczywiście) w każdym evencie księgarniowym. I tak oto - moi drodzy, w sobotę (żeby za dużo nie rozpaczać po lwowskiej przygodzie) trafiłam po raz kolejny do przytulnej sali przy Placu Wolności, aby (tym razem) być uczestnikiem warsztatów tkactwa dla dzieci. I poznać wspaniałą dziewczynę - artystkę - tkaczkę (chyba tak na polski to trzeba przetłumaczyć...) - Marynę Naumczuk.
 
Maryna Naumczuk
Młoda absolwentka Lwowskiej Akademii Sztuki w winnickiej księgarni uczyła najmłodszych jednego z najstarszych rzemiosł uprawianych przez człowieka - tkactwa. Każdy otrzymał zbitą z desek ramkę z naciągniętymi na niej nitkami, którą w odpowiedni sposób  należało przeplatać materiałami: nićmi, włóczkami, trawą, skórą, koralikami... Skupienie, uśmiechy, lekki harmider, nożyczki i włóczka leżące między książkami na półkach... Nie znam w Polsce księgarni, która byłaby tak przyjazna i otwarta na nowe pomysły.
Co do samej Maryny - zajmuje się ona nie tylko tkaniem, ale również  szeroko pojętym rękodziełem artystycznym  (wyrobem biżuterii  z naturalnych materiałów czy robieniem ukraińskich motanek które przynoszą szczęście:)) Swoją wiedzą chętnie się dzieli i jest  super pozytywną osobą.


Jeśli jesteście zalogowani vkontakte.ru polecam stronę z rzeczami robionymi przez Marynę -> Mavki Rukotvori. Ja nie mogę się zdecydować na jedną rzecz... wszystkie są cudne i właśnie rozważam opcję - po jednym w każdym kolorze ;)
Poniżej:  filmik na którym Maryna pokazuje jak tkać, reportaż lokalnej telewizji z warsztatów oraz kilka moich zdjęć ze spotkania w księgarni.
Wszystkie zdjęcia można obejrzeć w galerii -> Tkactwo z Maryną Naumczuk