4.12.2011

Na świętego Andrzeja błyska pannom nadzieja!

Tak tylko - gwoli przypomnienia sobie żeśmy Polaczki i świętujemy według polskiego kalendarza i żeby naszym pobratymcom pokazać jak to u nas drzewiej (lub i nawet teraz) bywało - mieszkanie na ulicy Pierwszego Maja 102 zorganizowało kilka dni temu wieczór Andrzejkowy. 
Tylu osób nasze maleńkie mieszkanko jeszcze nie widziało - miejsc siedzących nie wystarczyło dla wszystkich, ale zabawa i tak była - myślę - przednia ;) 

Zgodnie z tradycją nie obyło się bez wróżenia. Kiedy pojadę do domu na święta muszę koniecznie uspokoić babcię, która wywróżyła mi staropanieństwo, że andrzejkowe wróżby powiedziały przeciwnie - będę mieć dużo pieniędzy a mój przyszły mąż będzie gruby i brzydki, ale będę go bardzo kochać :D Pewnie za te pieniądze... :)

Poza tym miodem i mlekiem (czyt.winem i wódką) opływało tego wieczora mieszkanie, śpiewaliśmy zacnie po polsku i ukraińsku (najpiękniej Wita, która również akompaniowała nam na gitarze, za co bardzo dziękuję :*) oraz nocne Polaków (i Ukrainców) rozmowy nas również dopadły. 
Zacnie

Foto 


3.12.2011

Kąpiel w Morzu Czarnym, multijęzykowość, wielokulturowość, brak snu...albo -> Wolontariusze wszystkich krajów łączcie się!

Hejka! Kacwin powrócił cały - zarówno ze szkolenia, jak i późniejszej wycieczki :) Działo się tak dużo w ciągu tych prawie dwóch tygodni, że nie wie od czego zacząć... Może najpierw od stwierdzenia, że potrafi żyć bez internetu i związku ze światem informacji i czuć się z tym super :) Nie lubi natomiast zaległości - zatem szybciutko spieszy wyjaśniać co u niej:) Przy okazji przeprasza wszystkich, którzy oczekiwali na znak życia od niej w ostatnich dniach - systematycznie będzie odpisywać na maile, prośby, zażalenia... Przy okazji chciała też dodać, że jest jej przykro, iż niektórzy niespecjalnie się jej absencją martwili tudzież byli zainteresowani co u niej (stachowiczanie to nie do Was - Wy byliście ze mną duchem, wiem :)) Ma nadzieję, że niektórzy się zreflektują...


Ten króciutki pościk poświęcam mojemu on-arrival training w pięknym ukraińskim mieście-bohaterze Odessie (taki napis wita przybywających na dworcu kolejowym: "Ласкаво просимо в місто-герой Одесу!"). O samej Odessie, o rzeczach znanych i nieznanych turyście osobny wpis pojawi się na blogu (u)kraina (nie)znana "as soon as possible" :) Póki co - kilka słów o samym on-arrival training.
Bardzo zabawne, że spotkanie, które miało nas przygotować do wolontariatu odbyło się dwa miesiące po tym jak już w wolontariat na tej Ukrainie się bawimy. Trzeba było jednak znaleźć termin, który odpowiadał będzie wszystkim wolontariuszom, a niektórzy z nich jak np Noemi rozpoczęli wolontariat na 3 dni przed spotkaniem zatem ów złoty środek został chyba osiągnięty :)

Чорне Море

Plan zajęć

 23-27.11.2011 - w tych dniach odbyło się nasze szkolenie w usytuowanym na wybrzeżu Morza Czarnego hotelu. Było to spotkanie wolontariuszy EVS pracujących na terenie 3 krajów: Ukrainy, Mołdawii oraz Białorusi. Wolontariusze z Polski, Niemiec, Francji, Czech, Austrii, Danii, Norwegii oraz Włoch mieli okazję, aby podzielić się swoimi pomysłami i doświadczeniem, opowiedzieć o swoich przygodach w krajach goszczących i dowiedzieć więcej o programie, którego są uczestnikami:) Językiem szkoleniowym teoretycznie był angielski, ale w kuluarach wykorzystywano wszystko co się znało: od niemieckiego, przez francuski, hiszpański po rosyjski i ukraiński. Mój ulubiony wariant rozmowy to pogawędki z Norwegiem po rosyjsku :D Organizatorzy (czyli nasi trenerzy Olga i Serhij oraz Natalia) włożyli wiele wysiłku, aby maksymalnie wykorzystać czas przeznaczony na szkolenia zapewniając nam przede wszystkim sporo zabaw edukacyjnych i magicznych (naszą ulubioną zostały bez wątpienia "magic balls":D)
Olga & Magic Balls :)


Oczywiście - jak możecie się domyślić - szkoleń było  za dużo :) I odbywały się niemal przez cały dzień (z przerwą na posiłki).  Noc teoretycznie służyć miała wypoczynkowi jednak wiecie jak to jest z teorią... Zatem były to 4 dni intensywnych szkoleń, zabaw edukacyjnych, burzy mózgów, zwiedzania miasta połączone z brakiem snu (lub jego minimalną ilością) i pełną integracją z ludźmi, których kręci w zasadzie to samo :) Nic tylko się radować:)


Radość z mile spędzonego czasu Kacwina osobiście doprowadziła do wskoczenia do Morza Czarnego razem z Dunką Majken i Austriaczką Lisą (notabene Lisa to 4-dniowa współlokatorka Kacwina, która uroczo nazwała mnie "мая старая бабушка"...ach, te osiemnastolatki...) pewnego pięknego poranka przed śniadaniem :) Chyba przekonam się do zostania morsem. Naprawdę sądziłam, że będzie mi zimniej. A po wyjściu (a raczej wybiegnięciu) z morza nie czułam tylko stóp, poza tym czułam się rewelacyjnie:) 




Wszystko co dobre szybko się kończy. On-arrival training skończył się szybciej niż ktokolwiek z nas się spodziewał. Pozostaje liczyć na to, że spotkamy się w podobnym gronie na naszym middle-term training:) i że okolica będzie równie urocza i sprzyjająca integracji:) 
Kolejne dni to wycieczka z kolegą-wolontariuszem z Doniecka - Piotrem szlakiem zamków ukraińskich... Ale to już inna bajka, która opisana zostanie w blogu o podróżach po Ukrainie troszkę później :) 

Kilka zdjęć z szkolenia poniżej, troszkę więcej -> tutaj



Jak Anna Dorota Chrzanowska do walki zagrzewała

Trembowla. Nazwa miejscowości nic mi nie mówiła do momentu poznania Piotra. To on oświecił mnie, że to własnie TUTAJ stacjonował kiedyś 9 Pułk Ułanów Małopolskich... Super nie? :)
Jak się okazać miało później znalezienie koszar - miejsca stacjonowania owego pułku, Piotr postawił sobie chyba za punkt honoru w czasie naszej wycieczki... Ale od początku.
Do Trembowli najlepiej jechać z Tarnopola albo z Czerniowiec. My (albo raczej ja - jako Pierwszy Organizator Wypraw ;) ) wybraliśmy wariant pierwszy. Roztrzęsioną marszrutką (na którą, o dziwo, trzeba było wcześniej kupić bilet w kasie!) dojechaliśmy do tej uroczej wioski. Pogoda nam sprzyjała bo jakże inaczej - niemal połowa grudnia a wokół jeszcze złota jesień :) 
Dla mnie wycieczka składać się miała z 2 głównych punktów: zamek i ruiny klasztoru bazylianów.
Piotrek myśli, że wypatrzy koszary...

Zamek położony na krawędzi jaru rzeki Hnizna (czy Gniezna) znaleźć było nietrudno, po usiszczeniu opłaty za wstęp mogliśmy poprzechadzać się do woli po ruinach twierdzy - zasada podobna jak w większości ukraińkich fortec - można włazić gdzie się chce, ale oczywiście na własną odpowiedzialność. Z zamku niewiele się zachowało, ale przed wejściem jest ogromna tablica z fascynującą historią tego miejsca. Tutaj szczypta informacji, które mnie wydały się ciekawe:)

Zamek zbudował król Kazimierz Wielki w drugiej poł. XIV wieku w miejscu wcześniejszego gródka.  Zamek stał się ważną twierdzą po zaborze Podola przez Turcję w 1671 r. i zasłynął w 1675 roku bohaterską obroną żołnierzy starosty trembowskiego Bernarda Prittwicza przed Tatarami i Turkami. To, że załoga wytrzymała na posterunku było w dużym stopniu zasługą żony (kobiety rulez!) komendanta Jana Samuela Chrzanowskiego - Anny Doroty Chrzanowskiej, która zagrzewała ducha bojowego i miała nawet z szablą w dłoni uczestniczyć w wypadach na wroga. Gdy szlachta, oblężona przez oddziały wojsk tureckich na zamku trembowelskim nosiła się z zamiarem poddania twierdzy, Chrzanowska uprzedziła o tym męża, co zapobiegło kapitulacji Trembowli. Gdy sam komendant stracił wiarę w sens dalszej obrony, miała zagrozić, że w takim wypadku siebie i jego zabije (nosiła ze sobą dwa noże i groziła mężowi, że jeśli on zdecyduje się poddać zamek, jednym zabije jego, a drugim siebie - hej! :)). Według innych przekazów groziła podpaleniem prochów i wysadzeniem miasta (też nieźle). Podobno sama poprowadziła wycieczkę obrońców na szańce tureckie. Desperacja (:)) została nagrodzona i Turcy z powodu nadciągania Sobieskiego z odsieczą wycofali się nocą spod Trembowli. 
 Z obronnego zamku pozostały jedynie zewnętrzne mury i wały ziemne. Piotrek opowiedział historię że po murach zamku należało przejechać koniem. Dlaczego i w jaki sposób poczytajcie na jego blogu -> http://www.szachcior.blogspot.com/

Annie Dorocie Chrzanowskiej
Po drugiej stronie murów znajduje się cokół, na którym dumnie stał kiedyś pomnik Annie Dorocie, dalej można przejść do leśnego amfitetru, kawałek dalej w górę znajduje się mini kozacki plac zabaw,  a idąc śladami wałów księcia Vasylka wyjść można na leśną polaną, gdzie można się wyłożyć na słoneczku, co i my z Piotrem ochoczo uczyniliśmy. Po zjedzeniu zapasów, łyknięciu napoju wyskokowego trza iść dalej. Ja- ruiny klasztoru, Piotrek jęczy - koszary...
Nikt nie wie gdzie jest ten klasztor, poza tym Piotr jest moim gościem - trzeba było z chmurną miną zacząć szukać tych całych koszar... Oczywiście tej lokalizacji również żaden z autochtonów nie zna. Ale.. od czego ma Kacwin główkę? Jest kościół katolicki. Jesteśmy na terenach dawnej Rzeczpospolitej - duża szansa, że ksiądz jest Polakiem. Idziem szukać. Kościół św. św. Piotra i Pawła z 1927 r.  (od Piotra dowiaduję się później, że był kościołem garnizonowym),  z charakterystyczną kolumnadą ( za  czasów ZSRR pełnił funkcję kina). Ksiądz proboszcz, jak się dowiedzieliśmy od robotników, mieszka gdzieś tam - za Okiem (stacja benzynowa), ale przed sklepem z wódką i papierosami... (tak nam tłumaczono dojście). Przed wejściem samochód i urocza bestyja zwana Reksem, która szczeka i wygląda jak diabelskie stworzenie z tymi wyszczerzonymi kłami. Jednak słusznie, że tak ujadała bo pleban się zainteresował i do nas wyszedł. Nie wiedział ni o klasztorze, ni o koszarach (on dopiero dwa lata na parafii), ale od czego tutejszy sviaszczenyk grekokatolicki i jakaś tam pani Krysia/Zosia/Zdzisia... Co więcej, ksiądz dobrodziej transport nam załatwił w miejsce gdzie owe koszary miały się znajdować!  Dwie szalone siostry jadące na katechezę do sąsiedniej wsi samochodem księdza! Czad! Siostra-kierowca rulez! "Gdzie on lezie? nie widzi że jadę?!" Typowo ukraińska jazda samochodem. Pełna asymilacja i aklimatyzacja :) Szkoda, że tak krótko trwała podróż z nimi.
Budynki koszar?
Stare budynki są. Zamknięte. Brama. Pamiętajcie - zawsze trzeba zaglądać i próbować otwierać. Piotr w ekstazie i żywiole (jak się można domyślić) tak własnie robił i w ten sposób zwabił pana strażnika. Pan strażnik nie wie czego pilnuje... Ot, pustostan, jak stwierdził. Ale otworzył i pozwolił pochodzić po terenie. Bomba...zajęcie super - ale dla Piotrka, któremu oddałam aparat a sama pogrążyłam się w lekturze przewodnika, przysiadając na murku w pobliżu pasących się kóz... Tak nabawiłam się ciężkiego przeziębienia  które do dzisiaj współtowarzyszowi mej podróży wypominam :D

Do Trembowli wrócę jeszcze z pewnością - nie, nie - bynajmniej nie żeby oglądać dawne koszary. Fajnie jest wiedzieć, że były/są, ale zostawię ich odkrywanie entuzjastom pokroju Piotrusia :P Ja wrócę, aby obejrzeć ruiny obronnego manastyru bazylianów z XVIII w., gdzie nie udało nam się ostatecznie dotrzeć bo noc zaczęła się szybciej niż obliczyliśmy i trzeba było wracać...

Polecam to miejsce ze względu na klimat i malownicze ruiny twierdzy, którą tak dzielnie obroniła nam jakby nie było kobieta :) Yeah!

Więcej zdjęć z Trembowli w galerii - Trembowla

Kacwin w grudniowej aurze