Dzisiejszy post dedykuję drodze
i niezwykłym przypadkom przytrafiającym się tym, którzy swych
kroków nadto do przodu nie planują (czytaj: nam). Sporo się
wydarzyło w ciągu ostatnich kilkunastu dni i choć ciężko będzie
ubrać w słowa część z przeżyć postaram się Wam pokrótce
opisać nasze stopowanie w Chile.
Jeśli dobrze pamiętam w
ostatnim poście rozstaliśmy się, gdy razem z Patricią i Ivanem
zmierzaliśmy do przejścia granicznego w Chile Chico i promu
mającego dostać nas na drugą stronę jeziora... Na miejscu okazało
się, że z dostaniem się na prom może być problem o ile w ten
konkretny dzień prom już odpłynął (jeden dziennie kursuje) i tak
w ogóle to na dzień następny też biletów nie ma, bo rezerwacje
zrobione zostały co do jednego miejsca online. Jedyna nadzieja
pojawić się wystarczająco wcześnie przed godziną wypłynięcia i
potulnie czekać z numerkiem w kolejce, mając nadzieję, że ktoś z
rezerwujących online nie dotrze na czas (co w rzeczywistości takie
trudne nie jest biorąc pod uwagę fakt jak chilijska służba
graniczna niemiłosiernie długo czasami sprawdza samochody na
granicy). Udaje się. Co więcej, wcale nie byliśmy ostatnim
samochodem, który bez rezerwacji dostał się na łódkę. A jaki
fajny był to prom. Nawet muzykę na żywo miał!
A konkretnie rockowy zespół Boca Seca, który w ramach wakacyjnego programu kulturalnego dawał koncerty w różnych zakątkach Chile. I traf chciał, że trafiliśmy na ich pierwszy koncert na promie. Możecie sobie to wyobrazić? Bujący się na falach prom pełen samochodów a pomiędzy nimi rozstawiona perkusja, mikrofony i ubrani na czarno kolesie próbujący utrzymać jednocześnie równowagę i aparaturę w stanie stabilnym oraz wygrywać ostre rockowe brzmienia? Czad po prostu!
A konkretnie rockowy zespół Boca Seca, który w ramach wakacyjnego programu kulturalnego dawał koncerty w różnych zakątkach Chile. I traf chciał, że trafiliśmy na ich pierwszy koncert na promie. Możecie sobie to wyobrazić? Bujący się na falach prom pełen samochodów a pomiędzy nimi rozstawiona perkusja, mikrofony i ubrani na czarno kolesie próbujący utrzymać jednocześnie równowagę i aparaturę w stanie stabilnym oraz wygrywać ostre rockowe brzmienia? Czad po prostu!
Z Ivanem i Patricią zostajemy
jeszcze jedną noc w Coyaique i razem z nimi jedziemy jeszcze
relaksować się nad okoliczne jezioro. I choć jadą w stronę
Santiago ich szybkość przemieszczania się niekoniecznie jest
zgodna z naszymi wyobrażeniami i następnego dnia ruszamy stopować
dalej. I tu trzeba dodać, że sama jazda po wybranej drodze będzie
fanastyczna o ile zamierzamy stopować do Chaitenu po drodze nr 7,
zwanej Carretera Austral. Pierwszy pan nie podwozi nas zbyt daleko,
ale już przy nim rozumiemy co mieli na myśli wszyscy mówiący, że
po drugiej stronie And przyroda jest zupełnie inna niż w
Argentynie. O ile ta druga prezentuje głównie nieskończonie płaską
linię horyzontu i stada pasących się leniwie na pampie guanaco,
strona chilijska to pełne zieleni pola, góry piętrzące się
zarówno tuż obok na wyciągnięcie ręki, jak i w oddali. Do tego
dodajmy samą drogę – pnącą się do góry, pełną zakrętów, w
większości kamienistą lub co najmniej asfaltowo-dziurawą i mamy
pełny obraz sytuacji. Jest jeszcze lepiej, gdy udaje się złapać na stopa pana, który
wprawdzie zabierze par€dziesiąt kilometrów w żądanym kierunku, po
drodze jednak zbaczając gdzieś obejrzeć jakiś traktor... A potem
wysadzi Was w Manihuales, gdzie jest kilkanaście innych par
stopujących na całej długości miasta.
My stojący wprawdzie jako
trzecia para od końca schowani jesteśmy trochę za traktorem i
kiedy po 10 minutach zatrzymuje nam się Euhenio trochę nam się
wierzyć nie chce. A stop z Euheniem to cała historia wzlotów i
upadków. Bo Euhenio to taki dziwny pan jest. Niby sprzedawca. Dość
tajemniczy jednak, bo zatrzymujacy się w miasteczkach i pukający do
domów, w których w jednych nikt nie otwiera, a w drugich Euhenio
znika z jednym papierkiem nic jednak nie wnosząc czy nie wynosząc.
Nie wspominając już o trwającej wiecznosć jeździe po kamienistej
drodze do jakiejś kopalni z dala od drogi, gdzie pan bez pardonu
wkracza do jadalni by porozmawiać z szefem kończącym obiad... No
dziwne dziwne. Ale ufni bardzo, powoli jedziemy z Euheniem dalej
dzieląc z nim koszty cabani i stołując się w miejsowych
fast-foodowaych autobusach. Do dwóch dniach dojeżdzamy do Chaitenu (tak, nasz kierowca nie wypróbowuje za bardzo zdolności silnika samochodu),
by Eugenio dowiedział się, że skoro nie wykupił zarezerwowanego
biletu na prom dwa dni wcześniej niestety przepadł on i
najwcześniej jechać może dwa dni później. Niepocieszony następnego dnia
wyrusza a y z nim w stronę Argentyny, gdzie on ma inną drogą wrócić do Santiago a my mieliśmy wysiąść
w Bariloche (do którego trochę okrężnie i tak zmierzaliśmy). Tuż
przed miejscowością Futalefu złapaliśmy gumę i biedny Euhenio z twarzą bardziej niż nieszczęśliwą nie bardzo wiedział co robić. Dzięki jednak
pomocy pana tirowca i mojego męża, który koło w samochodzie
(w przeciwieństwie do właściciela samochodu) umiał
zmienić, dostaliśmy się do kolegi Euhenia, który potwierdził
jego wcześniejsze (jak się okazało) obawy, że z towarem nie
przejdzie kontroli granicznej... Bo nasz przyjaciel w bagażniku
przewoził jakieś telefony, które sprzedawał „z zyskiem“.
Podczas kontroli większy problem stanowić mogły jednak (o dziwo!) stare fotografie w
ramkach, które argentyńska policja z obawy przed handlarzami
narkotyków traktuje nożami. Biedny Euhenio... Zrobiło się nam go
naprawdę bardzo żal... Taki egzemplarz nieszczęśliwego objezdnego
handlarza, któremu życie nieustannie rzuca kłody pod nogi, a on taki niemłody już stale musi przeskakiwać... Ech,
ale co robić, Euhenio nie wygląda, żeby chciał wracać wyboistą
drogą z powrotem więc towar zostawiony zostaje u przyjaciela w
Futaleufu a my ruszamy z nim w argentyńską stronę, po kilku
godzinach lądując w upragnionym tak przez Mateja Bariloche.
Bo trzeba dodać, że do
Bariloche przyjechaliśmy z jednego konkretnego powodu a mianowicie
by dostać się na wyspę Huemul znaną szeroko w świecie (a
konkretnie w świecie wyobrażonym mego małżonka) jako miejsce
eksperymentu (?) Donalda Richtera. Historia ta wydarzyła się za
czasów rządów Perona, który niekoniecznie wierzył argentyńskim
naukowcom, za to wielkie nadzieje pokładał w niemieckiej nauce. I
tak zamarzyło mu się pewnego dnia, żeby ktoś mu dał technologię,
która wyprodukuje dużo energii dla kraju. I pan naukowiec Richter
(Niemiec a jakże) postanowił, że marzenie przydenta spełni
stawiając za grube miliony na wyspie Huemul reaktor fuzyjny.
Nieważne, że nawet przy dzisiejszej technologii wytworzenie fuzji
jądrowej nie jest sprawą łatwą, pan Kirchner w swe umiejętności
nie wątpił i Perona zapewnił o sukcesie po którym Argentyńczycy
będą mogli sobie energię kupować ot choćby w pięciolitrowych
butelkach... Gdy Richter ogłosił, że fuzję udało mu się
przeprowadzić, argentyńscy naukowcy podnieśli larum, że to chyba
niemożliwe i zaczęli go sprawdzać. Sprawdzili i się okazało, że
pan jednak oszustem był. I tak Peron utopił wiele milionów w
projekt niemieckiego naukowca a Argentyna przez moment cierpiała na
brak betonu (tyle go potrzeba było na wyspie). To sławetne miejsce
upamiętniające wiarę w niemiecką naukę (;)) mieliśmy nawiedzić.
Obejść jednak musieliśmy się smakiem z racji potężnego wiatru,
który akurat w tych dniach hulał nad jeziorem nie pozwalając ni na
wyprawę kajakiem ni żadnym innym środkiem transportu. Do tego
Bariloche zapisało się nam w pamięci jako bardzo dłuuugie miasto,
z niespecjalnie zajmującym krajobrazem lecz mimo to pełnym
turystów. Nie bardzo rozumieliśmy dlaczego w ogóle jest atrakcją
turystyczną. Ostatecznie ja doszłam do wniosku że Argentyna jest
tak wielka i pełna pampy, że jakiekolwiek miejsce z widocznymi
górami i wielkim jeziorem musi robić wrażenie. (Nie to, co Chile –
tu park narodowy goni park narodowy i właściwie patrząc z okna
trudno zdecydować czy już się skończył czy jeszcze nie...)
Trochę nie w humorze w związku
ze zmęczeniem, irytacją i kłótnią stopnęliśmy pana do Villa La
Angostura. W bonusie opowiedział nam o jednym miejscu na wybrzeżu
chilijskim, gdzie warto pojechać i ogólnie tak bardzo sympatyczny był dodając gazu bosymi stopami. Po nocy spędzonej w tamtejszym
przydrożnym lesie (parku?) postanowiliśmy stopować jeszcze do San
Martin de los Andes, gdzie i Che Guevara zawitał kiedyś i nawet jego muzum
tam jest. Ponieważ zatrzymał się nam pan tirowiec jadący do Chile a na zewnątrz tak jakby mocno padało
plan ewoluował, aby od razu jechać do Osorno i spróbować znaleźć
sposób dostania się do opisanej nam wcześniej Calety Condor.
Razem z Danielem popijamy mate, czekając absurdalnie długo na granicy, bo jak się okazuje jakiś arabski dignitarz-dyplomata-ktokolwiek inny chce się poczuć ważny. W samym Osornie leje jak z cebra więc jemy hot-dogi na stacji benzynowej gdzie nasz kierowca zyskuje dla nas cenną informację – jak dostać się do Calety Condor: z dworca autobusowego małym busikiem na inny dworzec autobusowy, skąd jedzie autobus do Maicophue, który wysadzi nas w Bahia Mansa, stąd należy wsiąść na łódkę i po sprawie. Banalnie proste.
Bahia Mansa okazuje się być małą rybacką wioską, która posiada małą plażę niemal idealną na rozłożenie namiotu (już wieczór jest). Niemal, bo nie da się nie zauważyć ogromnego namiotu już tam postawionego i widocznej chęci postawienia tam innych konstrukcji z racji odbywającego się następnego dnia triatlonu. Miejscówka jednak dobra i pogodzeni z losem dajemy się obudzić głosem komentatora zagrzewającego do boju uczestników zawodów. W związku z tym, że duża łodź kosztująca zaledwie 600 pesos odpływa dopiero następnego dnia, nie chcąc niepotrzebnie przepłacać za transport prywatnymi łódkami, jedziemy obejrzeć Maicophue, Rio Sur i bardziej odległe Tril-Tril. Do tego ostatniego dostajemy się z miłą parą, która choć nie miała po drodze postanowiła nas tam podwieźć. Ot, tak sobie. Plaża fantastyczna, słońce świeci, focimy się, czytamy kindle... Do niedawna jeszcze nie było tutaj drogi lądowej a i teraz autobusy nie bardzo tu kursują. Na zakończenie dnia jeszcze tylko pyszna ryba z miejscwego grilla i uderzamy w kimono po raz kolejny na plaży.
Razem z Danielem popijamy mate, czekając absurdalnie długo na granicy, bo jak się okazuje jakiś arabski dignitarz-dyplomata-ktokolwiek inny chce się poczuć ważny. W samym Osornie leje jak z cebra więc jemy hot-dogi na stacji benzynowej gdzie nasz kierowca zyskuje dla nas cenną informację – jak dostać się do Calety Condor: z dworca autobusowego małym busikiem na inny dworzec autobusowy, skąd jedzie autobus do Maicophue, który wysadzi nas w Bahia Mansa, stąd należy wsiąść na łódkę i po sprawie. Banalnie proste.
Bahia Mansa okazuje się być małą rybacką wioską, która posiada małą plażę niemal idealną na rozłożenie namiotu (już wieczór jest). Niemal, bo nie da się nie zauważyć ogromnego namiotu już tam postawionego i widocznej chęci postawienia tam innych konstrukcji z racji odbywającego się następnego dnia triatlonu. Miejscówka jednak dobra i pogodzeni z losem dajemy się obudzić głosem komentatora zagrzewającego do boju uczestników zawodów. W związku z tym, że duża łodź kosztująca zaledwie 600 pesos odpływa dopiero następnego dnia, nie chcąc niepotrzebnie przepłacać za transport prywatnymi łódkami, jedziemy obejrzeć Maicophue, Rio Sur i bardziej odległe Tril-Tril. Do tego ostatniego dostajemy się z miłą parą, która choć nie miała po drodze postanowiła nas tam podwieźć. Ot, tak sobie. Plaża fantastyczna, słońce świeci, focimy się, czytamy kindle... Do niedawna jeszcze nie było tutaj drogi lądowej a i teraz autobusy nie bardzo tu kursują. Na zakończenie dnia jeszcze tylko pyszna ryba z miejscwego grilla i uderzamy w kimono po raz kolejny na plaży.
Wielka szkoda, że pan
informujący nas o kursie łodzi nie wspomniał również, że aby
się na nią dostać należy w kolejce ustawić się najlepiej około
2 w nocy... Pojawiając się tam o 9 jesteśmy w kolejce zdecydowanie
ostatni, za 40 innymi turystami. A wiemy że łódź ma niecałych 30
miejsc i – co więcej – jeśli w kolejce pojawią się miejscowi
automatycznie wskakują na początek kolejki. Trochę nie mając jakby wyboru (bo
jednak chcemy Caletę Condor zobaczyć) wsiadamy do kilkuosobowej,
nie zasługującej na zaufanie łódki i wypływamy w morze. To jak na
razie moje najgorsze doświadczenie (oczywiście zaraz po locie samolotem). Nic nie jest w stanie poskromić
panicznego lęku przed wypadnięciem z bujającej się na falach
łódeczki nawet wysiłki Mateja by pokazać mi pojawiające się tu
i ówdzie głowy pingwinów. Z duszą na ramieniu i moim stanie
przed-zawałowym dopływamy jednak do plaży, którą spokojnie mogę
nazwać jedną z najpiękniejszych, które widziałam. Z jednej strony
morze, a tuż za wydmą rzeka i majaczące wśród drzew domy
miejscowych wywodzących się z indiańskiego plemienia Mapuczy. I jeszcze ten wewnętrzzny spokój i głos mówiący że
z powrotem to albo pieszo albo dużą łodzią...
I znowu Osorno. Stopujemy z
zamiarem dostania się gdzieś na północ, ale miła para podwozi
nas do niedalekiego Rio Bueno po drodze zarażając nas ideą
odwiedzenia źródeł termalnych Cerillos, znajdujących się w
okolicach jeziora Malhue. W drodze do Llivenu pan doradza nam inne,
okazuje się to jednak fałszywym tropem i po zapoznaniu się z
obrazkami w internetach decydujemy się jednak na kierunek Termas
Chihue (albo coś podobnego, naprawdę nie wiem - to nazwy tutaj to jakiś koszmar...) W jednym ze stopów spotykamy na szczęście inną stopującą
w podobnym kierunku parę – Fireta i Paz, którzy sprzedają nam
info o możliwości darmowych kąpieli w ciepłych źródłach nad
okoliczną rzeką. Bez chwii wachania dołączamy do nich i wieczorem
biwakujemy w lesie, popołudnie i noc (chwilę nawet gwieździstą)
zażywając kąpieli w dziurach z ciepłą wodą odgrodzonych od
lodowatego nurtu rzeki kilkunastoma kamieniami... Si, si, si –
doświadczenie lepsze niż pobyt w 4-gwiazdkowym Spa.
Mimo iż miejscówka super
trzeba jednak wracać – do Chabranco podwożą nas na pace Carabineros de
Chile co spełnia marzenie Mateja by prejechać się na pace
rozpadającego się suva. I gdy tak sobie dalej maszerujemy
zatrzymuje nam się Fredy... Ale to już przepiękna historia do
opisania w następnym poście! Adios Amigos!
-----------------------------------------------------------
Hello people! As this post is
quite a long and I'm so tired, if you would like to know the details
how the travel is going on I propose you to use google translate this
time. In last two weeks we didn't move a lot but the trip itself,
people we've met, changes of plans made on way nad amazing places
discovered because of all of it – all this couldn't be described in
few sentences... Just to briefly summarize – we spent couple of
days with Patricia nad Ivan, seeing rock koncert on ferry, we
hitchhiked Carrretera Austral with Euhenio, went to Bariloche but
were unsucesfull to visit Huemul Island, hitchhiked to Osorno from
were we get to Bahia Mansa, we've walked on Tril-Tril beaches, get a
boat to Caleta Condor, eat amazing grilled fish, bath in natural
termal waters near Lago Malhue...




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz