English version below
Choć miasto El Calafate samo w
sobie nie posiada żadnych osobliwości – długa ulica
przypominająca zakopiańskie Krupówki, gdzie ceny dorównują tym w
Sheratonie, do tego przepełniona turystami spod
znaku niemieckich emerytów – to właśnie stąd jest możliwość wybrać się na wycieczkę
do Parku Narodowego Los Glaciares, gdzie czeka na zwiedzających lodowiec Perito
Moreno. Czy wart tyle zachodu (a nawet nie tyle zachodu, co
pieniędzy)? (400 pesos autobus do parku, 260 pesos wstęp do parku i
ewentualnie 250 pesos wycieczka łódką). Postanawiamy, że mamy
trochę zaoszczędzonych funduszy więc sprawdzimy czy i ten
wspaniały widok tak namiętnie reklamowany nam przez wszystkich
Argentyńczyków nie jest trochę naciągany. Z racji jednodniowego
ograniczenia postanawiamy nie próbować szczęścia z autostopem
lecz z samego rana stawiamy się grzecznie na dworcu autobusowym i
kupujemy bileciki. Przesympatyczny pan kierowca niemal przez całą
drogę opowiada coś (zapewne bardzo interesującego) po hiszpańsku
i nawet zwalnia na moment i ręką pokazuje latające nad doliną
kondory. Pogoda jest obiecująca, strażnik w Parku zdziera z nas
kasę, chwaląc się przy okazji swoim swojsko brzmiącym „czesc“
i jakoś tak ogólnie humory nam dopisują. Pełni werwy decydujemy od razu, że żadną
łodzią to my pływać nie będziemy, ale przez te kilka godzin
spokojnie obejdziemy sobie wszystkie trasy chodnikowe i popodziwiami
lodowiec ze wszystkich stron. Nasz entuzjazm gaśnie już po 5
minutach, gdy pojawiamy się przy wejściu na pierwszy chodnik –
Pani strażnik uprzejmie acz stanowczo informuje nas, że chodniki są zamknięte
ponieważ w parku jest pożar i generalnie to za chwilę chyba cały
park zamkną, bo czekają na strażaków i nie wiadomo kiedy ogień
przestanie się rozprzestrzeniać... Ha, ha, ha, wyborny żarcik –
przyjechaliśmy autobusem, kupiliśmy bilety, wokół lasu jest
lodowiec, zimno jak cholera, ale nie, nie – niczego nie możecie
zobaczyć bo pożar jest... Chwilę czekamy (podobnie jak setka innych
osób) by po chwili w akcie desperacji kupić bilety na łódkę
– nie poddamy się i sprawdziwy co zacz ten lodowiec.
A lodowiec jest ogromny! A do
tego „żyje“! Ogromne kawałki lodu co moment odrywają się od
ściany i z hukiem spadają do wód jeziora, pozostawiając kręgi z
białych „okruchów“ a lodowiec miast go ubywać spokojnie masę
śniegu z wierzchołków spycha w dół ubijając nowe warstwy
lodu... I tak mamy przed oczami około 200 km kwadratowych lodowca –
jednego z największych na świecie. Wow! Oczywiście nie dla widoku
z łódki, bo ten ma się nijak do efektu, który wywiera oglądanie
lodowca z brzegu i z tych zamkniętych chodników... Ale! Gdy łódź
zawraca okazuje się, że część z przejść została otwarta o ile
pożar ugaszono i można już spacerować. Co oczywiście natychmiast
po wyjściu z łodzi robimy i – musimy przyznać oboje – jesteśmy
pod ogromnym wrażeniem... Pieniądze nie zostały wyrzucone w błoto choć dreszczyk emocji mieliśmy zapewniony ;)
Zatem główna atrakcja regionu
zaliczona wracamy do campingu trochę odpocząć, na moment wypadając
wieczorem do miasta z racji odbywającego się festiwalu. Wprawdzie na
koncert Rickiego Martina się nie załapiemy, ale już sympatyczne
cumbie lokalnych zespołów udaje nam się posłuchać. Z
entuzjazmem, dość wartko kolejnego dnia wstajemy i stawiamy się na
okraji miasta by siedzieć tam przez kolejne 5 godzin wraz z kilkoma
innymi autostopowiczami... Gdy niemal wszyscy ze stojących ze
zrezygnowaną twarzą wracają do miasta szukać autobusu, nam
zatrzymuje się samochód nie tylko jadący w naszą stronę, ale
jadący dokładnie tam, gdzie my chcemy się dostać – El Chalten.
Pogoda nam się psuje. O cenach
noclegów w miejscu, w którym zjeżdżają się trekingowcy z całego
świata wolimy jednak nie wiedzieć i ruszamy do darmowego campu na
terenie parku „tuż za miastem“. Dystans jest w tym przypadku
pojęciem względnym o ile pada, wieje, plecak ciąży niemiłosiernie
a droga wiedzie pod górę... Po dwóch godzinach powłoczenia nogami
rozkładamy namiot w obozie. Niemal wszystko jest przemoczone a noc
długa i k*...wsko zimna. O dalszym losie zadecydujemy nad ranem, gdy
okaże się, że – o dziwo! - świeci piękne słońce i widok na
wierzchołki Fitz Roy jest już z naszego namiotu!
A zatem szybko się
zbieramy i maszerujemy bez plecaków do punktu widokowego. Pierwsze
kilometry idzie sie fantastycznie – doliną, wśród szumiących
drzew, potoków, z nieziemskim, oświetlonym promieniami słońca,
górskim krajobrazem dookoła. Bajka po prostu. Jak każda jednak
szybko się kończy - ta konkretna przy ostatnich dwóch kilometrach, które wiodą
„bardzo pod górę“ (czego Kacwin bardzo nie lubi). W
męczarniach, z wypiekami na twarzy i zapewne ustami pełnymi
niezbyt chwalebnych słów w języku polskim udaje mi się jednak wdrapać
się na kupę kamieni. I kolejny raz szczęka mi opada – Fitz Roy
majestatycznie pręży się nad jeziorem tuż przed naszymi oczami.
Zdjęcie chyba nawet w połowie nie oddaje wrażenia. Tym bardziej,
że pogoda jest bardziej niż rewelacyjna. Z uwagi na nią Matej
szybko podejmuje decyzję, że on jednak skoczy sobie na ten drugi
szlak, wiodący do Cerro Torre. Ja nie podzielam jego entuzjamu do
tego stopnia by maszerować kolejnych kilkanaście kilometrów więc
schodzę powoli do obozu, zbaczając tylko na moment w stronę punktu
widokowego na lodowiec Piedras Buenas. Nie ponaglam się w związku z
czym, niedługo po mnie w namiocie pojawia się Matej. No mówię Wam
– ten mój mąż to jednak daje radę ;)
Następnego dnia zbiegamy rano
do miasta – wieje i pogoda znów jest kapryśna. Ohohoho, myślę
sobie, ależ nam się będzie wybornie stopować dziś... Przy
wyjeździe oczywiście już czekają „moczileros“ (tak tu
nazywają backpackerów), ale ze stoickim spokojem stawiamy się w
kolejce na zmianę stopując. Parę stojącą przed mostem zgarnia
samochód, ale mijając nas zwalnia i zatrzymuje się parę metrów
dalej. Matej wypytuje – okazuje się, że pan ma jedno miejsce
jeszcze i zatrzymał się, bo nie widział mnie skulonej za plecakiem
i czytającej kindla. Ale co tam miejsca, po chwili w czwórkę wraz z Blancą i Danilo
gnieździmy się na tylnych siedzeniach w samochodzie Ivana i
Patrici. Ci nie podwiozą nas jedynie kilkanaście
kilometrów do kolejnego miasta, ale w związku z tym, że sami
zmierzają w chilijską stronę, zabierą nas (całą
czwórkę!) ze sobą. Czy mogliśmy lepiej trafić?
Nie mogliśmy, tym bardziej, że
Ivan z Patricią są parą dość nietypową – wesołą, otwartą,
nie mającą zahamować w zadawaniu trudnych czy nawet niezręcznych
pytań, serdeczną, chętnie się dzielącą i niespecjalnie się
spieszącą w powrocie do domu. To z nimi spędzimy kilka nocy w
drodze dzieląc koszty wspólnie przygotowanych posiłków i
„cabanas“ (domków turystycznych).
O jednym z domków muszę Wam
opowiedzieć. Zdarzyło się to pierwszego dnia, gdy zmierzaliśmy do
Perito Moreno (miasta). Gdy stało się jasne, że nie zdążymy
przed zmrokiem kierowca Ivan postanowił, że nocleg znajdziemy w
miejscowości gdzieś w połowie trasy – Bajo Caracoles. Hmmm,
wyglądało to dość dziwnie o ile wikipedia twierdziła, że
miasteczko ma 33 mieszkańców, ale niezrażeni – ponieważ na
mapie widniał campnig i hotel – zmierzaliśmy w wybraną stronę.
Na miejscu okazało się, że i wikipedia i mapa kłamały: camping z
hotelem są zamknięte a miasteczko ma 18 obywateli :))) Mimo
niepozornej wielkości okazało się jednak mieć stację
benzynową, szkołę i pogotowi ratunkowe. Pokoje przy stacji były,
ale nie nasze kieszenie i szeptem doradzeni przez panią pojechaliśmy
w stronę pogotowia, gdzie miałoby coś się znaleźć.
Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, gdy po chwili za Ivanem z
pogotowia wyszedł pan, wsiadł do karetki i w ten sposób nawigował
nas 300 metrów dalej do domku, który przygotowuje dla turystów...
Juan Carlos nie tylko zgodził się nam wynając domek w przystępnej
cenie, ale i – po chwili negocjacji – przygotował i przywiózł
kolację... Tadam!
Wesoła ekipa rusza dalej – do
granicy z Chile. Tu nasze porządnie związane na dachu i upchane w
bagażniku bagaże muszą zostać wyciągnięte i sprawdzone przez
czujnych strażników, ale nie znajdują niczego podejrzanego (a było
co! - szmuglowaliśmy czosnek!) i jedziemy dalej do miejscowośći o
uroczej nazwie Chile Chico...
-----------------------------------------------------------------
Again Argentina. And again lots of money to spent as we decided to visit two super tourist destinations – El Calafate and El Chalten. If the two „eL“ are worth it's price, hope you will know after reading this post.
Again Argentina. And again lots of money to spent as we decided to visit two super tourist destinations – El Calafate and El Chalten. If the two „eL“ are worth it's price, hope you will know after reading this post.
El Calafate itself as a city
doesn't have anything special – it's basically long street with a
lot of markets and souvenir shops, where coffee costs fortune, but it doesn't stop milion of
tourists for walking it.
But from this city you have oportunity to went for excursion to the
Glaciar Perito Moreno. Is it worth all this effort and money spent?
(400 pesos for the bus going to the park, 260 pesos entrance to the
park for foreigners and optionally 250 pesos for the boat trip near
the glaciar). As we have some saved funds we decide to trust once
again to the locals and those who visited the place already and the
next day we're buying the trip. We decide not to risk with the
hitchhiking as we have only one day to stay in Calafate. Sun is
shining, driver talks a lot in Spanish when driving (even making a
short stop to show us – as I understood – flying condors) and we
generally are in very good mood. Not for very long – after 5
minutes walking already in the park the very nice lady with gentle
but serious voice doesn't alow us to get on the trail as there is a fire
in the park. What's more, entrance to the park is already closed and
it is also possible that in a minute they will close the whole park!
Are you kidding me?! We came here despite it wasn't on our way, we
pay all the tickets and now they are saying that we will not even
have a short look for the glaciar?! No, no, no – we count quiekly
and buy the tickets for the nearest boat trip.
The glaciar is HUGE
and as it turns out it lives his life – big peace of ice are
falling off from the wall splashing into the the lake. The sound this
makes is unbelievable. Indeed glacier is impressive. Of course the
best point to appreciate it, is watching it from the ground not from
the boat which comes closer but doesn't give you perspective. But!
When we turn back we found out that actually part of the trails was
opened and we can walk for a moment. And that's what we do and we
must both admit – Perito Moreno is worth its price.
The main attraction of the
region can be ticked and we can relax in the camping. Next day we try
to hitchike out of the city. It isn't simple as there is lots more
„mochileros“ (backpackers) doing the same, cars do not stop, it's
windy and we are surrounded by crazy dogs... After 5 hours of waiting
most of the hitchhikers resigns and go back to the city for the bus
and we stop not only the car which is going in our direction but which
goes exactly to the city we want to go – El Chalten.
The weather isn't so good but –
as the place is popular destination we cannot probably efford the
hostel here – we walk to the first free camping site in the park
„near the city“. It's raining, it's windy, the bag is heavy and
the trails leads up for about 2 hours. Somehow we manage to reach the
place and put a tent. Everything is wet and the night is freaking
cold... We cannot believe when we see the sun on the sky the next day
and something what appears to be really nice day. How we can be so
lucky?!
We leave our things in the tent
and walk to te top vieu point for the Fitz Roy. First kilometres are
amazing – through forest, near the river, with a mountains
ahead... The problem starts (for me) in the last 2 kilometres which
goes up to the hill. Red as pumpkin, having problems with breathing
and with mouth full of not so nice words in Polish I finally get to
the top and I cannot say anything. Monumental Fitz Roy grows near the
lake just in front of my eyes. Big WOW!
As the weather is so good Matej
decides to make another trail to the lake where you can have similar
vieu but for Cerro Torre instead of Fitz Roy. For me it's to much so
I'm heading t the camp just leaving the trail for the moment to
observe glaciar Piedra Buenas. As I am not in a hurry my husband
reaches the tent just after me... Yeah... I do not know if I am so
slow or if he is so fast but I'm afraid it's both :)
The next day weather is again bad and we walk to hitch-hike. Of course there are already people doing the same... Unexpectedly, the car which took one of the backpackers stops near Matej and after short talk we are in it with Patricia, Ivan and other two hitchkikers - Blanca and Danilo. We will stay with them for more than couple of kilometres as they are also going to the north and agreed to take us as long as we want. We will share the space of the car, cost of the meals and the "cabanas" (little houses for tourists). And it is and will be even more than a pleasure to be with this very positive, open minded and happy couple who enjoys the life as much as they can.
About one of the nights with them I need to tell you. It happened actually first day we met. As we knew we cannot reach Perito Moreno city before night Ivan decided we will find something in a city near called Bajo Caracoles. The map said that it should be hostel and camping there but - on the other hand - wikipedia said that city has only 30 habitants. It turned out both were wrong - hostel and camping were closed and the city has 18 habitants. Despite being so small it actually has a gas station, school and small hospital... Advised to ask for the rooms in the last one we arrived there to meet there Juan Carlos who with his ambulance car navigated us into the house 300 metres above where we stayed... And that's not all! Ivan negotiated with him also preparing the supper!
We're heading to Chile now! Chile Chico to be precise ;)



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz