22.02.2016

Adventure With Two "L"


I znowu Argentyna... I znowu wydatki... Rzędu kwot dość wysokich o ile zdecydowaliśmy się na dwie destynacje super turystyczne – El Calafate i El Chalten. W tym poście powiem Wam czy obydwa „El“ warte są swej ceny...

English version below


Choć miasto El Calafate samo w sobie nie posiada żadnych osobliwości – długa ulica przypominająca zakopiańskie Krupówki, gdzie ceny dorównują tym w Sheratonie, do tego przepełniona turystami spod znaku niemieckich emerytów  – to właśnie stąd jest możliwość wybrać się na wycieczkę do Parku Narodowego Los Glaciares, gdzie czeka na zwiedzających lodowiec Perito Moreno. Czy wart tyle zachodu (a nawet nie tyle zachodu, co pieniędzy)? (400 pesos autobus do parku, 260 pesos wstęp do parku i ewentualnie 250 pesos wycieczka łódką). Postanawiamy, że mamy trochę zaoszczędzonych funduszy więc sprawdzimy czy i ten wspaniały widok tak namiętnie reklamowany nam przez wszystkich Argentyńczyków nie jest trochę naciągany. Z racji jednodniowego ograniczenia postanawiamy nie próbować szczęścia z autostopem lecz z samego rana stawiamy się grzecznie na dworcu autobusowym i kupujemy bileciki. Przesympatyczny pan kierowca niemal przez całą drogę opowiada coś (zapewne bardzo interesującego) po hiszpańsku i nawet zwalnia na moment i ręką pokazuje latające nad doliną kondory. Pogoda jest obiecująca, strażnik w Parku zdziera z nas kasę, chwaląc się przy okazji swoim swojsko brzmiącym „czesc“ i jakoś tak ogólnie humory nam dopisują. Pełni werwy decydujemy od razu, że żadną łodzią to my pływać nie będziemy, ale przez te kilka godzin spokojnie obejdziemy sobie wszystkie trasy chodnikowe i popodziwiami lodowiec ze wszystkich stron. Nasz entuzjazm gaśnie już po 5 minutach, gdy pojawiamy się przy wejściu na pierwszy chodnik – Pani strażnik uprzejmie acz stanowczo informuje nas, że chodniki są zamknięte ponieważ w parku jest pożar i generalnie to za chwilę chyba cały park zamkną, bo czekają na strażaków i nie wiadomo kiedy ogień przestanie się rozprzestrzeniać... Ha, ha, ha, wyborny żarcik – przyjechaliśmy autobusem, kupiliśmy bilety, wokół lasu jest lodowiec, zimno jak cholera, ale nie, nie – niczego nie możecie zobaczyć bo pożar jest... Chwilę czekamy (podobnie jak setka innych osób) by po chwili w akcie desperacji kupić bilety na łódkę – nie poddamy się i sprawdziwy co zacz ten lodowiec.
A lodowiec jest ogromny! A do tego „żyje“! Ogromne kawałki lodu co moment odrywają się od ściany i z hukiem spadają do wód jeziora, pozostawiając kręgi z białych „okruchów“ a lodowiec miast go ubywać spokojnie masę śniegu z wierzchołków spycha w dół ubijając nowe warstwy lodu... I tak mamy przed oczami około 200 km kwadratowych lodowca – jednego z największych na świecie. Wow! Oczywiście nie dla widoku z łódki, bo ten ma się nijak do efektu, który wywiera oglądanie lodowca z brzegu i z tych zamkniętych chodników... Ale! Gdy łódź zawraca okazuje się, że część z przejść została otwarta o ile pożar ugaszono i można już spacerować. Co oczywiście natychmiast po wyjściu z łodzi robimy i – musimy przyznać oboje – jesteśmy pod ogromnym wrażeniem... Pieniądze nie zostały wyrzucone w błoto choć dreszczyk emocji mieliśmy zapewniony ;)
Zatem główna atrakcja regionu zaliczona wracamy do campingu trochę odpocząć, na moment wypadając wieczorem do miasta z racji odbywającego się festiwalu. Wprawdzie na koncert Rickiego Martina się nie załapiemy, ale już sympatyczne cumbie lokalnych zespołów udaje nam się posłuchać. Z entuzjazmem, dość wartko kolejnego dnia wstajemy i stawiamy się na okraji miasta by siedzieć tam przez kolejne 5 godzin wraz z kilkoma innymi autostopowiczami... Gdy niemal wszyscy ze stojących ze zrezygnowaną twarzą wracają do miasta szukać autobusu, nam zatrzymuje się samochód nie tylko jadący w naszą stronę, ale jadący dokładnie tam, gdzie my chcemy się dostać – El Chalten.
Pogoda nam się psuje. O cenach noclegów w miejscu, w którym zjeżdżają się trekingowcy z całego świata wolimy jednak nie wiedzieć i ruszamy do darmowego campu na terenie parku „tuż za miastem“. Dystans jest w tym przypadku pojęciem względnym o ile pada, wieje, plecak ciąży niemiłosiernie a droga wiedzie pod górę... Po dwóch godzinach powłoczenia nogami rozkładamy namiot w obozie. Niemal wszystko jest przemoczone a noc długa i k*...wsko zimna. O dalszym losie zadecydujemy nad ranem, gdy okaże się, że – o dziwo! - świeci piękne słońce i widok na wierzchołki Fitz Roy jest już z naszego namiotu! 
A zatem szybko się zbieramy i maszerujemy bez plecaków do punktu widokowego. Pierwsze kilometry idzie sie fantastycznie – doliną, wśród szumiących drzew, potoków, z nieziemskim, oświetlonym promieniami słońca, górskim krajobrazem dookoła. Bajka po prostu. Jak każda jednak szybko się kończy - ta konkretna przy ostatnich dwóch kilometrach, które wiodą „bardzo pod górę“ (czego Kacwin bardzo nie lubi). W męczarniach, z wypiekami na twarzy i zapewne ustami pełnymi niezbyt chwalebnych słów w języku polskim udaje mi się jednak wdrapać się na kupę kamieni. I kolejny raz szczęka mi opada – Fitz Roy majestatycznie pręży się nad jeziorem tuż przed naszymi oczami. Zdjęcie chyba nawet w połowie nie oddaje wrażenia. Tym bardziej, że pogoda jest bardziej niż rewelacyjna. Z uwagi na nią Matej szybko podejmuje decyzję, że on jednak skoczy sobie na ten drugi szlak, wiodący do Cerro Torre. Ja nie podzielam jego entuzjamu do tego stopnia by maszerować kolejnych kilkanaście kilometrów więc schodzę powoli do obozu, zbaczając tylko na moment w stronę punktu widokowego na lodowiec Piedras Buenas. Nie ponaglam się w związku z czym, niedługo po mnie w namiocie pojawia się Matej. No mówię Wam – ten mój mąż to jednak daje radę ;)

Następnego dnia zbiegamy rano do miasta – wieje i pogoda znów jest kapryśna. Ohohoho, myślę sobie, ależ nam się będzie wybornie stopować dziś... Przy wyjeździe oczywiście już czekają „moczileros“ (tak tu nazywają backpackerów), ale ze stoickim spokojem stawiamy się w kolejce na zmianę stopując. Parę stojącą przed mostem zgarnia samochód, ale mijając nas zwalnia i zatrzymuje się parę metrów dalej. Matej wypytuje – okazuje się, że pan ma jedno miejsce jeszcze i zatrzymał się, bo nie widział mnie skulonej za plecakiem i czytającej kindla. Ale co tam miejsca, po chwili w czwórkę wraz z Blancą i Danilo gnieździmy się na tylnych siedzeniach w samochodzie Ivana i Patrici. Ci nie podwiozą nas jedynie kilkanaście kilometrów do kolejnego miasta, ale w związku z tym, że sami zmierzają w chilijską stronę, zabierą nas (całą czwórkę!) ze sobą. Czy mogliśmy lepiej trafić?
Nie mogliśmy, tym bardziej, że Ivan z Patricią są parą dość nietypową – wesołą, otwartą, nie mającą zahamować w zadawaniu trudnych czy nawet niezręcznych pytań, serdeczną, chętnie się dzielącą i niespecjalnie się spieszącą w powrocie do domu. To z nimi spędzimy kilka nocy w drodze dzieląc koszty wspólnie przygotowanych posiłków i „cabanas“ (domków turystycznych).
O jednym z domków muszę Wam opowiedzieć. Zdarzyło się to pierwszego dnia, gdy zmierzaliśmy do Perito Moreno (miasta). Gdy stało się jasne, że nie zdążymy przed zmrokiem kierowca Ivan postanowił, że nocleg znajdziemy w miejscowości gdzieś w połowie trasy – Bajo Caracoles. Hmmm, wyglądało to dość dziwnie o ile wikipedia twierdziła, że miasteczko ma 33 mieszkańców, ale niezrażeni – ponieważ na mapie widniał campnig i hotel – zmierzaliśmy w wybraną stronę. Na miejscu okazało się, że i wikipedia i mapa kłamały: camping z hotelem są zamknięte a miasteczko ma 18 obywateli :))) Mimo niepozornej wielkości okazało się jednak mieć stację benzynową, szkołę i pogotowi ratunkowe. Pokoje przy stacji były, ale nie nasze kieszenie i szeptem doradzeni przez panią pojechaliśmy w stronę pogotowia, gdzie miałoby coś się znaleźć. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, gdy po chwili za Ivanem z pogotowia wyszedł pan, wsiadł do karetki i w ten sposób nawigował nas 300 metrów dalej do domku, który przygotowuje dla turystów... Juan Carlos nie tylko zgodził się nam wynając domek w przystępnej cenie, ale i – po chwili negocjacji – przygotował i przywiózł kolację... Tadam!

Wesoła ekipa rusza dalej – do granicy z Chile. Tu nasze porządnie związane na dachu i upchane w bagażniku bagaże muszą zostać wyciągnięte i sprawdzone przez czujnych strażników, ale nie znajdują niczego podejrzanego (a było co! - szmuglowaliśmy czosnek!) i jedziemy dalej do miejscowośći o uroczej nazwie Chile Chico...




-----------------------------------------------------------------

Again Argentina. And again lots of money to spent as we decided to visit two super tourist destinations – El Calafate and El Chalten. If the two „eL“ are worth it's price, hope you will know after reading this post.
El Calafate itself as a city doesn't have anything special – it's basically long street with a lot of markets and souvenir shops, where coffee costs fortune, but it doesn't stop milion of tourists for walking it. But from this city you have oportunity to went for excursion to the Glaciar Perito Moreno. Is it worth all this effort and money spent? (400 pesos for the bus going to the park, 260 pesos entrance to the park for foreigners and optionally 250 pesos for the boat trip near the glaciar). As we have some saved funds we decide to trust once again to the locals and those who visited the place already and the next day we're buying the trip. We decide not to risk with the hitchhiking as we have only one day to stay in Calafate. Sun is shining, driver talks a lot in Spanish when driving (even making a short stop to show us – as I understood – flying condors) and we generally are in very good mood. Not for very long – after 5 minutes walking already in the park the very nice lady with gentle but serious voice doesn't alow us to get on the trail as there is a fire in the park. What's more, entrance to the park is already closed and it is also possible that in a minute they will close the whole park! Are you kidding me?! We came here despite it wasn't on our way, we pay all the tickets and now they are saying that we will not even have a short look for the glaciar?! No, no, no – we count quiekly and buy the tickets for the nearest boat trip. 
The glaciar is HUGE and as it turns out it lives his life – big peace of ice are falling off from the wall splashing into the the lake. The sound this makes is unbelievable. Indeed glacier is impressive. Of course the best point to appreciate it, is watching it from the ground not from the boat which comes closer but doesn't give you perspective. But! When we turn back we found out that actually part of the trails was opened and we can walk for a moment. And that's what we do and we must both admit – Perito Moreno is worth its price.
The main attraction of the region can be ticked and we can relax in the camping. Next day we try to hitchike out of the city. It isn't simple as there is lots more „mochileros“ (backpackers) doing the same, cars do not stop, it's windy and we are surrounded by crazy dogs... After 5 hours of waiting most of the hitchhikers resigns and go back to the city for the bus and we stop not only the car which is going in our direction but which goes exactly to the city we want to go – El Chalten. 
The weather isn't so good but – as the place is popular destination we cannot probably efford the hostel here – we walk to the first free camping site in the park „near the city“. It's raining, it's windy, the bag is heavy and the trails leads up for about 2 hours. Somehow we manage to reach the place and put a tent. Everything is wet and the night is freaking cold... We cannot believe when we see the sun on the sky the next day and something what appears to be really nice day. How we can be so lucky?!
We leave our things in the tent and walk to te top vieu point for the Fitz Roy. First kilometres are amazing – through forest, near the river, with a mountains ahead... The problem starts (for me) in the last 2 kilometres which goes up to the hill. Red as pumpkin, having problems with breathing and with mouth full of not so nice words in Polish I finally get to the top and I cannot say anything. Monumental Fitz Roy grows near the lake just in front of my eyes. Big WOW!
As the weather is so good Matej decides to make another trail to the lake where you can have similar vieu but for Cerro Torre instead of Fitz Roy. For me it's to much so I'm heading t the camp just leaving the trail for the moment to observe glaciar Piedra Buenas. As I am not in a hurry my husband reaches the tent just after me... Yeah... I do not know if I am so slow or if he is so fast but I'm afraid it's both :)
The next day weather is again bad and we walk to hitch-hike. Of course there are already people doing the same... Unexpectedly, the car which took one of the backpackers stops near Matej and after short talk we are in it with Patricia, Ivan and other two hitchkikers - Blanca and Danilo. We will stay with them for more than couple of kilometres as they are also going to the north and agreed to take us as long as we want. We will share the space of the car, cost of the meals and the "cabanas" (little houses for tourists). And it is and will be even more than a pleasure to be with this very positive, open minded and happy couple who enjoys the life as much as they can.
About one of the  nights with them I need to tell you. It happened actually first day we met. As we knew we cannot reach Perito Moreno city before night Ivan decided we will find something in a city near called Bajo Caracoles. The map said that it should be hostel and camping there but - on the other hand - wikipedia said that city has only 30 habitants. It turned out both were wrong - hostel and camping were closed and the city has 18 habitants. Despite being so small it actually has a gas station, school and small hospital... Advised to ask for the rooms in the last one we arrived there to meet there Juan Carlos who with his ambulance car navigated us into the house 300 metres above where we stayed... And that's not all! Ivan negotiated with him also preparing the supper! 
We're heading to Chile now! Chile Chico to be precise ;)
 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz