Hola Amigos! Piszę do was
wygodnie siedząc na łóżku w tirze marki scania. Pan kierowca jest
z gatunku tych mniej rozmownych więc mam czas opowiedzieć Wam co
się u nas dzieje i jakim krajem dla autostopowiczów jest Argentyna.
English version at the very bottom :)
I stopujemy do przystanku
Balcarce. Mieszka tu Olga – mama Claudii. W dniu, w którym się
pojawiamy w mieście jeszcze jej nie ma więc błakamy się na
okrajach miasta, szukając dogodnego miejsca na rozłożenie namiotu.
Psy szczekają dookoła, wszystkie domy ogrodzone – no, nie wygląda
to najlepiej. Spoglądamy w stronę miejscowego sklepiku i słyszymy
wesołe „Hello!“ Jak heloł to heloł – pytamy miło
uśmiechniętego chłopaka, że taka spraw jest, że namiot postawić
trzeba. Chwila konsultacji z dziewczyną za ladą i już idziemy z
nią do domu Serhio – jak się okazuje właściciela sklepu. Żadne
luksusy jak mówi – materac w kuchni ma i chętnie nas ugości. Po
wspólnej kolacji tłumaczy nam jak rano mamy się wydostać i
następnego dnia ruszamy na ulice Balcarce w poszukiwaniu domu Olgi.
Olga. No co Wam mam o niej
napisać? Po prostu wulkan energii, tryskająca humorem i w jednym
zdaniu łącząca hiszpański, angielski i ukraiński! I jak tu się
nie dogadać? Pobyt u niej to dwa dni totalnego luzu i relaksu –
świetne jedzenie, popijanie mate na przemian z terere, wycieczka na
okoliczne wzgórze i kończymy zwiedzaniem muzeum niejakiego Fangio,
który do ery Schumachera był najlepszym kierowcą Formuły 1...
Balcarce opuszczamy bogatsi o łyżeczkę z muzeum Fangiego i
kubeczek do picia mate – prezenty od Olgi, której nie dało się
wytłumaczyć, że mamy dość ciężkie plecaki i nic nie chcemy do
nich dodawać...
I powoli dochodzimy do
odpowiedzi na pytanie: jak stopuje się w Argentynie. Tfu, tfu, tfu
(żeby nie zapeszyć) – FANTASTYCZNIE! Najlepiej z tirowcami,
którzy w swoich ciężarówkach spędzają większą część
swojego życia. Możecie więc sobie wyobrazić jak rewelacyjnie są
udekorowane i przygotowane wnętrza tirów do podróży przez wiele,
wiele kilometrów. Bo tu nie działa to tak, że gdy przejedziesz 100
km to się cieszysz. O nie, nie! Tu liczysz na przejechanie dystansu
co najmniej 400-500 km a i tak zdajesz sobie sprawę, że ho-ho-ho
jeszcześ daleko od celu. Ale taki Jorhe albo Gaston chętnie
poopowiada ci o swoim życiu, o tych 200 tysiącach kilometrów
przejeżdżanych w ciągu roku albo spokojnie zaparzy wodę i
napijcie się razem mate. Rozmowy stają się mniej intensywne po
jakichś 100-200 km, bo trochę się nam zasób słownictwa
hiszpańskiego wyczerpuje a o pogodzie czy obserwowanej przydrożnej
faunie i florze trudno bo ograniczy się to do dwóch zdań: „ale
tu gorąco!“ i „ale tu równo!“ ewentualnie „o! Guanaco! U
nas ich nie ma!“
Argentyńska pampa to coś
niesamowitego samo w sobie. Ciągnie się setkami kilometrów wzdłuż
wybrzeża i zdaje się nie mieć końca. Zwłaszcza jeśli
obserwujecie ją z wysokości tira – prosta, idąca przed siebie
droga nr 3 i równina gdzie okiem sięgnąć... I tak sobie tu
stopujemy – od miasta do miasta. Zazwyczaj nie trwa to długo –
najdłużej jak na razie staliśmy 1,5 godziny i to pewnie tylko
dlatego, że to nie główna droga była :) I nie tylko kierowcy
tirów są na tyle mili i sympatyczni by nas podwieźć, również i
miejscowi (dla których wyglądamy niespecjalnie argentyńsko)
chętnie się zatrzymują. I tutaj jeszcze Wam opowiem to o czym
zapomniałam w poprzednim poście. Bo ta historia zawsze się
pojawia, gdy ktoś mnie pyta skąd znam cartegano. Znam jak
znam – rozumiem. I teraz podziękowanie – dzięki Ci polska
kinematografio za lektora! Zwłaszcza w telenowalach. Bo tak,
przyznaję się bez bicia, telenowele oglądałam zwłaszcza jedną
argentyńską bardzo oglądałam. Droga Natalio Oreiro – bardzo Ci
dziękuję za „Zbuntowanego Anioła“. Wiedziałam, że oglądanie
telenowel (tej jednej w szczególności) nie jest stratą czasu i
kiedyś się zwróci ;)
I kończąc opowieści
okołostopowe – udaje nam się z wspomnianym już Jorhe dostać się
do Puerto Madryn, gdzie Kacwin chce oglądać pingwiny!
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Hola Amigos! I'm sitting right
now in a Scania truck and it seems like our driver isn't much
talkative so... Yes, it's time to tell you what's going on here and
what type of country for hitchhikers Argentina is.
If I remember correctly, last
time when I was writing was when we were leaving Buenos Aires aiming
by train to Tandil. City famous mostly because of the „Moving Rock“
or actually – right now – of its beton replica as the original
rock felt down (most probably because of the glass bottles which
people put under the rock to prove it's moving). In Tandil you have
also some parks, rock which looks like Indian guy, huge cross and
this is the city where I bought new blue sunglasses (as the previous
one were lost somewhere in Brasil already). So we're hitchhiking to
the small city called Balcarce. Here lives Claudia's mum – Olga.
Unfortunatly on the night we've arrived she was not home and we
needed to find a place to put a tent. When we were slowly walking in
not-so-good-looking part of the city, anounced to everybody by
barking of the dogs suddenly we've heard very friendly „Hello!“
coming from the very small shop. It was voice of Serhio who after
short consultation with a girfriend introduced us to his house and
little, cute daughter. With a really nice company of two of them
we've made nice meal and we sleep as angels in Serhio's kitchen.
Thank you dear friend! Hope some day we may host you in our place!
Next day we found house of Olga.
What I can tell you about her? Well, she's just kind of vulcano of
energy, with amazing sense of humour who in one sentence can use
English, Spanich and Ukrainian words! Staying with her was great
experience and meant another two days of relax – with amazing food,
drinking mate/terere, small sightseing and visiting Fangio museum
(till the Schumaher era the best driver of Formula 1). We left
Balcarce with mate cup and a Fangio spoon as we were not able to
persuade Olga our backpacks are full... Thank you once again Olga!
Ok, finally – it's time to say
you how it is to hitchhike in Argentina. (knock, knock, knock) It's
just AMAZING! The best rides are offered by truck drivers as those
guys spent almost half of their life in the truck. So you can imagine
how decorated and usefull the inside of the truck is. Well, it must
be as they are travelling for a lot of kilometres, slepping only
couple of hours. With hitchking here is that you cannot be happy if
you move some 100 km. No, no, no... Here you move with one driver
300-400 km and still you have impression looking on the map that you
moved just by inch.... But in the meantime you can listen the stories
such as those of Jorhe or Gaston, about 200 000 kilometres which
they drive each year or how the life of trucker wife looks like... Or
you can simply drink mate prepared insode the truck. Thought, after
few hours of ride your conversation slows down as our Spanish
vocabulary is really poor and there is nothing more to say about the
weather (Wow! It's so hot here!) or the road itself (wow! It's so
flat here!)
Argentinian pampa is something
incredible. It's going for the hundreds and hundreds kilometres near
the cost and you don't see the end of it. It is even more imppresive
if you observe it from the truck drive window – long, straight
route number 3 and there is not even sign of the hill. And here we
are – hitchhiking in the middle of nothing. It doesn't take us long
to stop a car. Longest we wait was one and the half hours but mainly
because it was some small road and not much cars passed. And it's not
only truck drivers who take us, family with children and friends also
stops to drop us for some hundred kilometres. And even if they are
not going to our direction they stop to advise us if the place we're
hitchhiking is good. And one more story which I forget to mention in
previous post. This story comes almost in each conversation we have
with the drivers and locals and it is the story how it comes that I
understand cartegano and can even speak a little bit (without
participating in any courses). It's all because of Polish way of
having „lektor“ instead of dubbing everything. Also in
telenovelas. And some years ago there was one Argentinian telenovela
I loved... Natalia Oreiro God bless you for „Muneca Brava“. I
have always knew that watching telenovelas isn't waste of time... ;)
And now with Jorhe (truck driver
already mentioned) we're going to Puerto Madryn. I want to see
penguines!!




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz