5.02.2016

Argentina's Firts Hitchhiking Experience

Hola Amigos! Piszę do was wygodnie siedząc na łóżku w tirze marki scania. Pan kierowca jest z gatunku tych mniej rozmownych więc mam czas opowiedzieć Wam co się u nas dzieje i jakim krajem dla autostopowiczów jest Argentyna. 

English version at the very bottom :) 
  
Jeśli mnie pamięć nie myli zatrzymaliśmy się w momencie, gdy opuściliśmy Buenos Aires i pociągiem dotarliśmy do Tandilu. Miejscowość znana z zawieszonego na krawędzi wielkiego głazu, który rzekomo porusza się w stronę przepaści a aby to udowodnić podkłada się pod niego szklane butelki, które są miażdzone przez niewidoczne dla oka posunięcia głazu. A właściwie to podkładało, bo na początku ubiegłego wieku kamień wskutek nieodpowiedzialnych zachowań (jak na przykład te butelki) runął w przepaść i obecnie na krawędzi wylano betonową replikę (która już się nie porusza) a na sławetny głaz rozbity na dwie połowy możemy obserwować z punktu widokowego. To chyba największa atrakcja Tandilu. Są tu jeszcze parki, kamień o wyglądzie skamieniałego Indianina czy kalwaria z ogromnym górującym nad miastem krzyżem, ale nię będę się rozpisywać. Wspomnę tylko, że gdy będziecie oglądać zdjęcia to właśnie Tandilowi zawdzięcza Kacwin nowe niebieskie okulary przecisłoneczne (poprzednie zagubione jeszcze w Brazylii).

I stopujemy do przystanku Balcarce. Mieszka tu Olga – mama Claudii. W dniu, w którym się pojawiamy w mieście jeszcze jej nie ma więc błakamy się na okrajach miasta, szukając dogodnego miejsca na rozłożenie namiotu. Psy szczekają dookoła, wszystkie domy ogrodzone – no, nie wygląda to najlepiej. Spoglądamy w stronę miejscowego sklepiku i słyszymy wesołe „Hello!“ Jak heloł to heloł – pytamy miło uśmiechniętego chłopaka, że taka spraw jest, że namiot postawić trzeba. Chwila konsultacji z dziewczyną za ladą i już idziemy z nią do domu Serhio – jak się okazuje właściciela sklepu. Żadne luksusy jak mówi – materac w kuchni ma i chętnie nas ugości. Po wspólnej kolacji tłumaczy nam jak rano mamy się wydostać i następnego dnia ruszamy na ulice Balcarce w poszukiwaniu domu Olgi.

Olga. No co Wam mam o niej napisać? Po prostu wulkan energii, tryskająca humorem i w jednym zdaniu łącząca hiszpański, angielski i ukraiński! I jak tu się nie dogadać? Pobyt u niej to dwa dni totalnego luzu i relaksu – świetne jedzenie, popijanie mate na przemian z terere, wycieczka na okoliczne wzgórze i kończymy zwiedzaniem muzeum niejakiego Fangio, który do ery Schumachera był najlepszym kierowcą Formuły 1... Balcarce opuszczamy bogatsi o łyżeczkę z muzeum Fangiego i kubeczek do picia mate – prezenty od Olgi, której nie dało się wytłumaczyć, że mamy dość ciężkie plecaki i nic nie chcemy do nich dodawać...

I powoli dochodzimy do odpowiedzi na pytanie: jak stopuje się w Argentynie. Tfu, tfu, tfu (żeby nie zapeszyć) – FANTASTYCZNIE! Najlepiej z tirowcami, którzy w swoich ciężarówkach spędzają większą część swojego życia. Możecie więc sobie wyobrazić jak rewelacyjnie są udekorowane i przygotowane wnętrza tirów do podróży przez wiele, wiele kilometrów. Bo tu nie działa to tak, że gdy przejedziesz 100 km to się cieszysz. O nie, nie! Tu liczysz na przejechanie dystansu co najmniej 400-500 km a i tak zdajesz sobie sprawę, że ho-ho-ho jeszcześ daleko od celu. Ale taki Jorhe albo Gaston chętnie poopowiada ci o swoim życiu, o tych 200 tysiącach kilometrów przejeżdżanych w ciągu roku albo spokojnie zaparzy wodę i napijcie się razem mate. Rozmowy stają się mniej intensywne po jakichś 100-200 km, bo trochę się nam zasób słownictwa hiszpańskiego wyczerpuje a o pogodzie czy obserwowanej przydrożnej faunie i florze trudno bo ograniczy się to do dwóch zdań: „ale tu gorąco!“ i „ale tu równo!“ ewentualnie „o! Guanaco! U nas ich nie ma!“

Argentyńska pampa to coś niesamowitego samo w sobie. Ciągnie się setkami kilometrów wzdłuż wybrzeża i zdaje się nie mieć końca. Zwłaszcza jeśli obserwujecie ją z wysokości tira – prosta, idąca przed siebie droga nr 3 i równina gdzie okiem sięgnąć... I tak sobie tu stopujemy – od miasta do miasta. Zazwyczaj nie trwa to długo – najdłużej jak na razie staliśmy 1,5 godziny i to pewnie tylko dlatego, że to nie główna droga była :) I nie tylko kierowcy tirów są na tyle mili i sympatyczni by nas podwieźć, również i miejscowi (dla których wyglądamy niespecjalnie argentyńsko) chętnie się zatrzymują. I tutaj jeszcze Wam opowiem to o czym zapomniałam w poprzednim poście. Bo ta historia zawsze się pojawia, gdy ktoś mnie pyta skąd znam cartegano. Znam jak znam – rozumiem. I teraz podziękowanie – dzięki Ci polska kinematografio za lektora! Zwłaszcza w telenowalach. Bo tak, przyznaję się bez bicia, telenowele oglądałam zwłaszcza jedną argentyńską bardzo oglądałam. Droga Natalio Oreiro – bardzo Ci dziękuję za „Zbuntowanego Anioła“. Wiedziałam, że oglądanie telenowel (tej jednej w szczególności) nie jest stratą czasu i kiedyś się zwróci ;)

I kończąc opowieści okołostopowe – udaje nam się z wspomnianym już Jorhe dostać się do Puerto Madryn, gdzie Kacwin chce oglądać pingwiny!

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Hola Amigos! I'm sitting right now in a Scania truck and it seems like our driver isn't much talkative so... Yes, it's time to tell you what's going on here and what type of country for hitchhikers Argentina is.
If I remember correctly, last time when I was writing was when we were leaving Buenos Aires aiming by train to Tandil. City famous mostly because of the „Moving Rock“ or actually – right now – of its beton replica as the original rock felt down (most probably because of the glass bottles which people put under the rock to prove it's moving). In Tandil you have also some parks, rock which looks like Indian guy, huge cross and this is the city where I bought new blue sunglasses (as the previous one were lost somewhere in Brasil already). So we're hitchhiking to the small city called Balcarce. Here lives Claudia's mum – Olga. Unfortunatly on the night we've arrived she was not home and we needed to find a place to put a tent. When we were slowly walking in not-so-good-looking part of the city, anounced to everybody by barking of the dogs suddenly we've heard very friendly „Hello!“ coming from the very small shop. It was voice of Serhio who after short consultation with a girfriend introduced us to his house and little, cute daughter. With a really nice company of two of them we've made nice meal and we sleep as angels in Serhio's kitchen. Thank you dear friend! Hope some day we may host you in our place!
Next day we found house of Olga. What I can tell you about her? Well, she's just kind of vulcano of energy, with amazing sense of humour who in one sentence can use English, Spanich and Ukrainian words! Staying with her was great experience and meant another two days of relax – with amazing food, drinking mate/terere, small sightseing and visiting Fangio museum (till the Schumaher era the best driver of Formula 1). We left Balcarce with mate cup and a Fangio spoon as we were not able to persuade Olga our backpacks are full... Thank you once again Olga!
Ok, finally – it's time to say you how it is to hitchhike in Argentina. (knock, knock, knock) It's just AMAZING! The best rides are offered by truck drivers as those guys spent almost half of their life in the truck. So you can imagine how decorated and usefull the inside of the truck is. Well, it must be as they are travelling for a lot of kilometres, slepping only couple of hours. With hitchking here is that you cannot be happy if you move some 100 km. No, no, no... Here you move with one driver 300-400 km and still you have impression looking on the map that you moved just by inch.... But in the meantime you can listen the stories such as those of Jorhe or Gaston, about 200 000 kilometres which they drive each year or how the life of trucker wife looks like... Or you can simply drink mate prepared insode the truck. Thought, after few hours of ride your conversation slows down as our Spanish vocabulary is really poor and there is nothing more to say about the weather (Wow! It's so hot here!) or the road itself (wow! It's so flat here!)
Argentinian pampa is something incredible. It's going for the hundreds and hundreds kilometres near the cost and you don't see the end of it. It is even more imppresive if you observe it from the truck drive window – long, straight route number 3 and there is not even sign of the hill. And here we are – hitchhiking in the middle of nothing. It doesn't take us long to stop a car. Longest we wait was one and the half hours but mainly because it was some small road and not much cars passed. And it's not only truck drivers who take us, family with children and friends also stops to drop us for some hundred kilometres. And even if they are not going to our direction they stop to advise us if the place we're hitchhiking is good. And one more story which I forget to mention in previous post. This story comes almost in each conversation we have with the drivers and locals and it is the story how it comes that I understand cartegano and can even speak a little bit (without participating in any courses). It's all because of Polish way of having „lektor“ instead of dubbing everything. Also in telenovelas. And some years ago there was one Argentinian telenovela I loved... Natalia Oreiro God bless you for „Muneca Brava“. I have always knew that watching telenovelas isn't waste of time... ;)
And now with Jorhe (truck driver already mentioned) we're going to Puerto Madryn. I want to see penguines!!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz