20.02.2016

Two Towers

Tadam! Jesteśmy w Chile! Wprawdzie teraz będziemy tu często i na przemian z Argentyną, ale – jak wiadomo – pierwsze wrażenie jest najważniejsze. I na to pierwsze wrażenie nie mogliśmy sobie wybrać lepszego miejsca niż miasteczko Puerto Natales i Park Narodowy Torres del Paine. Ale po kolei.

English version below
Najpierw musieliśmy wydostać się z Ushuai, co – jak się okazało, tak proste nie jest. Po pierwsze zaczęło padać, po drugie, kiedy wreszcie dwoma stopami dostaliśmy się na okraj miasta, w skutecznym stopowaniu przeszkadzał nam niespecjalnie budzący zaufanie pan nałogowy palacz, który postanowił, że przecież też będzie łapał stopa. Do tego dodajmy niewielką ilość samochodów i mamy pełny obraz sytuacji. Choć nie, trzeba dodać jeszcze pana, który wysadza nas później „in the middle of nowhere“ (bo skręca łowić ryby), parę Francuzów (notabene naszych namiotowych sąsiadów z parku) stopujących tam gdzie i my oraz wiatrzysko nieopodal Rio Grande, któremu spokojnie można implikować opis „pizga jak w kieleckim“ ;) 
Więc kiedy wreczcie docieramy na granicę z Chile i pan zostawia nas w budynku straży granicznej, gdzie jest sklep, w którym mają zupki chińskie a strażnicy pozwalają czekać wydaje nam się, że znaleźliśmy się w miejscu idealnym do stopowania (po prostu każdego wchodzącego będziemy pytać czy nas nie zgarnie). Problem w tym, że wieje. Powiecie co z tego. Ano to z tego, że jeśli wiatr jest zbyt silny to prom przez cieśninę Magellana nie kursuje. A więc i niespecjalnie auta się garną w naszą stronę. Było niebyło Matej uprasza jeden z dwóch samochodów aby nas zabrał i po dwóch godzinach stoimy już w kolejce do promu. Wieje mniej i prom już pływa. W znanym nam już miejscu przy skrzyżowaniu Punta Delgada, mocując się z wiatrem majstrujemy nasz namiot i następnego dnia dwoma stopami (jeden z nich to autobus) dostajemy się do Puerto Natales. Drugi z panów kierowców doradza nam hostel i tak spotykamy Pana właściciela Shakana, którego radami kierować się będziemy przez trzy kolejne dni.

Te upłyną nam na miłym 4 dniowym trekinguw Parku Narodowym Torres del Paine, który – w przeciwieństwie do okolic Ushuai – oferuje nam mnóstwo tras. Choć początkowo – patrząc na mapę jedynie – stwierdzam, że przecież damy radę w te 4 dni zrobić popularną trasę „W“, ostatecznie wyglądać to będzie inaczej dla obojga z nas.
Pierwszego dnia dostajemy się do campingu Chileno, który o 2,5 godziny jest oddalony od głównej atrakcji okolicy a więc tytułowych wież Torres del Paine, które ajlepiej ponoć wyglądają o wschodzie słońca. Jak o wschodzie, tak o wschodzie – o 3 nad ranem ruszamy ciemnym lasem, zaopatrzeni (w sensie Matej na moje pojękiwania zaopatrzony) w duży kij na wypadek spotkania z pumą ;) Na szczycie jesteśmy chwilę przed świtem choć na zachwycający widok czekamy jeszcze ponad godzinę. Zimno i wieje, nawet pod dwoma śpiworami to czuję, ale ten widok... Pogoda jest rewelacyjna – już nie pada, świeci słońce a wieże oświetlone promieniami wychodzącego słońca wyglądają po prostu nieziemsko i mistycznie. Gdyby nie to zimno i wiatr to można by siedzieć i siedzieć. Ale wieje tak, że nawet śniadanie na miejscu jest wątpliwą przyjemnością a więc zbiegamy z powrotem do namiotu.

Pakujemy się i tu następuje pełne dramaturgii rozstanie...
Mówimy sobie cześć i każde rusza inną drogą – Matej pieszo, w górę, wzdłuż jeziora, kilkanaście kilometrów, ja w dół na łódkę po tymże samym jeziorze. Spotkać się mamy w kolejnym campingu po drugiej stronie jeziora. I choć początkowo martwię się, że to Matej będzie miał problem z dostaniem się tutaj przed północą, odkrywam, że to ja mogę być osobą z problemami o ile autobus do przystani odjeżdża późno i kto wie czy zdąże na ostatni prom... Ech, zatem szybciutko do głównej drogi podjeżdżam miniautobusem a stąd wraz z kilkoma innymi szczęściarzami stawiam się na posterunek stopowania. Zaskakująco szybko wszyscy pięcoro trafiamy na pakę jednego z większych samochodów. Co więcej, okazuje się, że jest wczesniejszy prom i się na niego łąpię. I tak sobie przepływam wzdłuż linii brzegowej, gdzie mój biedny mąż pewnie zdyszany, z ogromnym plecakiem mieszczącym nasz namiot powoli stąpa. Widoki na szczyty są bajeczne, jedynie niektóre z nich przesłonione są niegroźnie wyglądającymi chmurami a więc martwię się trochę mniej. Jakież jest moje zaskoczenie, gdy w kawiarni przy campingu, gdy popijam kawę z plastikowego kubeczka po jakiejś godzinie dołącza do mnie Matej...
Kolejny dzień spędzamy na drodze tam i z powrotem nad jezioro Grey, gdzie z oddali podziwiamy lodowiec o tejże samej nazwie. Pada i wieje, ale niespecjalnie to przeszkadza. Na szczęście w ciągu nocy deszcz przechodzi i możemy ruszać z powrotem – wzdłuż jeziora Pehoe i rzeki Grey, do centrum administracji parku, gdzie miałby być nasz autobus. Wieje tak, że momentami Matej musi mnie przytrzymywać bo dość łatwo tracę równowagę a niespecjalnie chciałabym się stoczyć po skałach w dół! Nie zwiewa i lądujemy z powrotem w Puerto Natales, gdzie pierzemy rzeczy (oj smierdzimy, śmierdzimy) i zmiatając jedną ze skrytek w okolicach „prehistorycznego niedźwiedzia“ (lub cokolwiek pomnik przedstawia) stopujemy – a jakże – z powrotem do Argentyny!


PS. Tolkienowskie odniesienie do Dwóch Wież jest jak najbardziej na miejscu ponieważ do tej pory jakoś zapomniałam Wam opowiedzieć historię z pierścieniem i Torres del Paine nadaje się w sam raz aby ją przywołać. Otóż, wydarzyło się to w Puerto Madryn, gdy wybraliśmy się wypić piwko z naszymi znajomymi na plażę. Problemem okazał się być brak otwieracza. Na moje protesty by nie robić tego zębami mój mąż postanowił przetestować czy historia jednego z kolegów o użykowym znaczeniu obrączke ślubnych jako świetnych otwieraczy jest prawdziwa... Hmm... cóż, może i w przypadku kolegi jest, nasze srebrne i delikatne obrączki podobnej próby nie mogły wytrzymać i obrączka Mateja od owego dnia szczyci się przecięciem przypominającym oko Saurona ;) 







-------------------------------------------------------
Tadam! We are in Chile! We will cross the border with Argentina couple more times but as you may know first impression is very important. And as it turn out we couldn't choose better place for great first experience than Puerto Natales and National Park of Torres del Paine.
First we needed to get out of the city of Ushuaia which wasn't so easy as it was raining and in the very spot we were waiting, one not-so-good-looking man also decided to hitchhike. Well, finally we managed to get to the car with the guy to took us to the middle of nowhere (as he were turning for some lake for fishing) and from there with one couple who took us near Tolhuin where was already other people hitchhiking. In some way we reached Rio Grande where the wind was so strong that we barely stand straight on the feet! So, when we reached the Argentinian-Chilean border we were more than happy as this spot was ideal for waiting and asking people at migration point where are they heading. In the meantime we could eat some hot chinese soup. And inside was no wind. The problem was the wind was outside and it was problem as the ferry didn't go in too windy days... So, as you can imagine, border was empty... However after while some lovely couple took us and we waited with them for the ferry. After a night in the tent near the road we hotchiked to Puerto Natales and advised by our driver found nice cosy hostel Shakana. Owner gave us some advises about trails and things worth to visit and the next day we leave some stuff there and went for 4 days trek in Torres del Paine.
First day we hike to the camp Chileno which is only 2,5 hours way long from the main atraction of the Park – Torres el Paine. As Shakana told us it is the best to go there to watch sunrise, next day we wake up at 3 AM and head to the viewpoint. We arrive like an hour before the sunrise and I am freezing out in my sleeping bag... But then... Sun reaches the edge of the mountains and the picture is just breathtaking. If tnot this cold and wind we could stay there for a long hours just looking and looking... Instead we're going down to the camp and here we split...
Matej decides to walk the trail around the Pehoe Lake crossing the famous French Vallley and I go down to take ferry on the same lake. We agree to meet in the next campsite on the other side of the lake. I must admit that all the time I was wrried he will not make it before sunset as the distance was long and I expected trail to be difficult. When I came down it turn out it is me who might have a problem with getting the camp on time as the bus nessesary to reach the ferry already left... But why not to try to hitchhike? After 30 minuts I'm already on the back of one of the cars with 4 other desparate people. I get the ferry and after a while I'm enjoying cup of cofee while reading the book in the campsite. How great is my suprise when after not even hour my husband joins me... He's just amazing.
Next day, we're going for the whloe day trip to the Grey Lake where is possible to admire Glaciar with the same name. It is raining and it'is little bit of windy but we don't mind as all our stuff are safe in the tent. Fortunately it stops raining ower the night and we can finish our trek with the last trail down to the Park Administration. However wind is so strong all the day and in some passages Matej needs to hold ma as it's easy to fall down. In Puerto Natales we manage to wash our things which already has really nice smell and we're ready to go back to Argentina!
  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz