Tadam! Jesteśmy w Chile!
Wprawdzie teraz będziemy tu często i na przemian z Argentyną, ale
– jak wiadomo – pierwsze wrażenie jest najważniejsze. I na to
pierwsze wrażenie nie mogliśmy sobie wybrać lepszego miejsca niż
miasteczko Puerto Natales i Park Narodowy Torres del Paine. Ale po
kolei.
English version below
Więc kiedy wreczcie docieramy na granicę z Chile i pan zostawia
nas w budynku straży granicznej, gdzie jest sklep, w którym mają
zupki chińskie a strażnicy pozwalają czekać wydaje nam się, że
znaleźliśmy się w miejscu idealnym do stopowania (po prostu
każdego wchodzącego będziemy pytać czy nas nie zgarnie). Problem
w tym, że wieje. Powiecie co z tego. Ano to z tego, że jeśli wiatr
jest zbyt silny to prom przez cieśninę Magellana nie kursuje. A
więc i niespecjalnie auta się garną w naszą stronę. Było
niebyło Matej uprasza jeden z dwóch samochodów aby nas zabrał i
po dwóch godzinach stoimy już w kolejce do promu. Wieje mniej i
prom już pływa. W znanym nam już miejscu przy skrzyżowaniu Punta
Delgada, mocując się z wiatrem majstrujemy nasz namiot i następnego
dnia dwoma stopami (jeden z nich to autobus) dostajemy się do Puerto
Natales. Drugi z panów kierowców doradza nam hostel i tak spotykamy
Pana właściciela Shakana, którego radami kierować się będziemy
przez trzy kolejne dni.
Te upłyną nam na miłym 4
dniowym trekinguw Parku Narodowym Torres del Paine, który – w
przeciwieństwie do okolic Ushuai – oferuje nam mnóstwo tras. Choć
początkowo – patrząc na mapę jedynie – stwierdzam, że
przecież damy radę w te 4 dni zrobić popularną trasę „W“,
ostatecznie wyglądać to będzie inaczej dla obojga z nas.
Pierwszego dnia dostajemy się
do campingu Chileno, który o 2,5 godziny jest oddalony od głównej
atrakcji okolicy a więc tytułowych wież Torres del Paine, które
ajlepiej ponoć wyglądają o wschodzie słońca. Jak o wschodzie,
tak o wschodzie – o 3 nad ranem ruszamy ciemnym lasem, zaopatrzeni
(w sensie Matej na moje pojękiwania zaopatrzony) w duży kij na
wypadek spotkania z pumą ;) Na szczycie jesteśmy chwilę przed
świtem choć na zachwycający widok czekamy jeszcze ponad godzinę.
Zimno i wieje, nawet pod dwoma śpiworami to czuję, ale ten widok...
Pogoda jest rewelacyjna – już nie pada, świeci słońce a wieże
oświetlone promieniami wychodzącego słońca wyglądają po prostu
nieziemsko i mistycznie. Gdyby nie to zimno i wiatr to można by
siedzieć i siedzieć. Ale wieje tak, że nawet śniadanie na miejscu
jest wątpliwą przyjemnością a więc zbiegamy z powrotem do
namiotu.
Pakujemy się i tu następuje
pełne dramaturgii rozstanie...
Mówimy sobie cześć i każde
rusza inną drogą – Matej pieszo, w górę, wzdłuż jeziora,
kilkanaście kilometrów, ja w dół na łódkę po tymże samym
jeziorze. Spotkać się mamy w kolejnym campingu po drugiej stronie
jeziora. I choć początkowo martwię się, że to Matej będzie miał
problem z dostaniem się tutaj przed północą, odkrywam, że to ja
mogę być osobą z problemami o ile autobus do przystani odjeżdża
późno i kto wie czy zdąże na ostatni prom... Ech, zatem
szybciutko do głównej drogi podjeżdżam miniautobusem a stąd wraz
z kilkoma innymi szczęściarzami stawiam się na posterunek
stopowania. Zaskakująco szybko wszyscy pięcoro trafiamy na pakę
jednego z większych samochodów. Co więcej, okazuje się, że jest
wczesniejszy prom i się na niego łąpię. I tak sobie przepływam
wzdłuż linii brzegowej, gdzie mój biedny mąż pewnie zdyszany, z
ogromnym plecakiem mieszczącym nasz namiot powoli stąpa. Widoki na
szczyty są bajeczne, jedynie niektóre z nich przesłonione są
niegroźnie wyglądającymi chmurami a więc martwię się trochę
mniej. Jakież jest moje zaskoczenie, gdy w kawiarni przy campingu,
gdy popijam kawę z plastikowego kubeczka po jakiejś godzinie
dołącza do mnie Matej...
Kolejny dzień spędzamy na
drodze tam i z powrotem nad jezioro Grey, gdzie z oddali podziwiamy
lodowiec o tejże samej nazwie. Pada i wieje, ale niespecjalnie to
przeszkadza. Na szczęście w ciągu nocy deszcz przechodzi i możemy
ruszać z powrotem – wzdłuż jeziora Pehoe i rzeki Grey, do
centrum administracji parku, gdzie miałby być nasz autobus. Wieje
tak, że momentami Matej musi mnie przytrzymywać bo dość łatwo
tracę równowagę a niespecjalnie chciałabym się stoczyć po
skałach w dół! Nie zwiewa i lądujemy z powrotem w Puerto Natales,
gdzie pierzemy rzeczy (oj smierdzimy, śmierdzimy) i zmiatając
jedną ze skrytek w okolicach „prehistorycznego niedźwiedzia“
(lub cokolwiek pomnik przedstawia) stopujemy – a jakże – z
powrotem do Argentyny!
PS. Tolkienowskie odniesienie do
Dwóch Wież jest jak najbardziej na miejscu ponieważ do tej pory
jakoś zapomniałam Wam opowiedzieć historię z pierścieniem i
Torres del Paine nadaje się w sam raz aby ją przywołać. Otóż,
wydarzyło się to w Puerto Madryn, gdy wybraliśmy się wypić piwko
z naszymi znajomymi na plażę. Problemem okazał się być brak
otwieracza. Na moje protesty by nie robić tego zębami mój mąż
postanowił przetestować czy historia jednego z kolegów o użykowym
znaczeniu obrączke ślubnych jako świetnych otwieraczy jest
prawdziwa... Hmm... cóż, może i w przypadku kolegi jest, nasze
srebrne i delikatne obrączki podobnej próby nie mogły wytrzymać i
obrączka Mateja od owego dnia szczyci się przecięciem
przypominającym oko Saurona ;)
-------------------------------------------------------
Tadam! We are in Chile! We will
cross the border with Argentina couple more times but as you may know
first impression is very important. And as it turn out we couldn't
choose better place for great first experience than Puerto Natales
and National Park of Torres del Paine.
First we needed to get out of
the city of Ushuaia which wasn't so easy as it was raining and in the
very spot we were waiting, one not-so-good-looking man also decided
to hitchhike. Well, finally we managed to get to the car with the guy
to took us to the middle of nowhere (as he were turning for some lake
for fishing) and from there with one couple who took us near Tolhuin
where was already other people hitchhiking. In some way we reached
Rio Grande where the wind was so strong that we barely stand straight
on the feet! So, when we reached the Argentinian-Chilean border we
were more than happy as this spot was ideal for waiting and asking
people at migration point where are they heading. In the meantime we
could eat some hot chinese soup. And inside was no wind. The problem
was the wind was outside and it was problem as the ferry didn't go in
too windy days... So, as you can imagine, border was empty... However
after while some lovely couple took us and we waited with them for
the ferry. After a night in the tent near the road we hotchiked to
Puerto Natales and advised by our driver found nice cosy hostel
Shakana. Owner gave us some advises about trails and things worth to
visit and the next day we leave some stuff there and went for 4 days
trek in Torres del Paine.
First day we hike to the camp
Chileno which is only 2,5 hours way long from the main atraction of
the Park – Torres el Paine. As Shakana told us it is the best to go
there to watch sunrise, next day we wake up at 3 AM and head to the
viewpoint. We arrive like an hour before the sunrise and I am
freezing out in my sleeping bag... But then... Sun reaches the edge
of the mountains and the picture is just breathtaking. If tnot this
cold and wind we could stay there for a long hours just looking and
looking... Instead we're going down to the camp and here we split...
Matej decides to walk the trail
around the Pehoe Lake crossing the famous French Vallley and I go
down to take ferry on the same lake. We agree to meet in the next
campsite on the other side of the lake. I must admit that all the
time I was wrried he will not make it before sunset as the distance
was long and I expected trail to be difficult. When I came down it
turn out it is me who might have a problem with getting the camp on
time as the bus nessesary to reach the ferry already left... But why
not to try to hitchhike? After 30 minuts I'm already on the back of
one of the cars with 4 other desparate people. I get the ferry and
after a while I'm enjoying cup of cofee while reading the book in the
campsite. How great is my suprise when after not even hour my husband
joins me... He's just amazing.
Next day, we're going for the
whloe day trip to the Grey Lake where is possible to admire Glaciar
with the same name. It is raining and it'is little bit of windy but
we don't mind as all our stuff are safe in the tent. Fortunately it
stops raining ower the night and we can finish our trek with the last
trail down to the Park Administration. However wind is so strong all
the day and in some passages Matej needs to hold ma as it's easy to
fall down. In Puerto Natales we manage to wash our things which
already has really nice smell and we're ready to go back to
Argentina!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz