15.02.2016

At the edge of the world


Ushuaia. Fin del mundo. Koniec świata. A może nie taki i koniec świata, ale najbardziej wysunięte miasto na południe na półkuli ziemskiej. A właściwie to nie bardzo – prężnie rozwijające się Puerto Williams na stronie chilijskiej powinno nosić ten tytuł. Więc co? Może koniec trasy numer 3? W każdym razie koniec świata czy nie koniec, tyle o tym mówią, że przyjechaliśmy sprawdzić jak ta Ziemia Ognista (nazwę zadzięczająca jak pamiętacie z geografii Magellanowi, rok 1520 się kłania) naprawdę wygląda.

English version at the bottom
Do promu przy cieśninie Magellana było naprawdę prosto się dostać. Najpierw tirami do Comodoro Rivadavia, gdzie spędziliśmy noc w namiocie przy stacji benzynowej. Rano zaczął się deszcz, ale jeden z panów spotkanych na stacji podwiózł nas do Caleta Olivia, gdzie straaaasznie wiało. Tutaj jeden z miejscowych podwiózł nas do miejsca na końcu miasta, gdzie stała ogromna kolejka aut. Hmm... no, tak. Jesteśmy na trasie, gdzie Argentyńczycy od momentu wyboru nowego prezydenta protestują. A właściwie nie od momentu wyboru, ale od momentu, kiedy Macri zwolnił z naciąganych posad administracyjnych około 30 tysięcy osób. Więc od wtedy ci protestują blokując jedną z dwóch głównych dróg Argentyny – trasę nr 3. I nie spodziewajcie się jakichś ogromnych blokad. O nie – postawi się kilka osób na drodze, zapalą jedną oponę i stoją. A auta, tiry czekają na te 15 minut kiedy po kilku godzinach stania protestujący zdecydują się ich puścić. Oprócz tirów YFP, które przewożą jeśli dobrze zrozumiałam benzynę... Argentinian style. Bo wyobraźcie sobie taki prostest w Polsce – myślicie, że nasi rodacy wykazaliby się podobną cierpliwością wobec protestujących? ;)
Niemniej dzięki spacerowi wzdłuż kolejki aut, z jednego z tirów wysunęła się w pewnym momencie przyjazna twarz młodego człowieka, który zapytał gdzie zmierzamy. I tak dostaliśmy się do pierwszego chilijskiego tira, który podwiózł nas do chilijskiego rozdroża nieopodal Punta Delgada. Z racji nocy musieliśmy przy tymże rozdrożu postawić namiot i dopiero z samego rana ruszyliśmy stopować dalej.
Tak właśnie dostaliśmy się na prom przez Cieśninę Magellana. Na promie Matej znalazł nam Cacha, który ofiarował się nas podwieźć do Rio Grande, gdzie mieliśmy nocleg. Tak jakoś nam się dobrze z nim rozmawiało w naszym rewelacyjnym już niemal narzeczu hiszpańskiego, że zdało nam się, że pan zaoferował nam podwiezienie do Ushuai następnego dnia. W związku z ty, że samo Rio Grande nie jest samo w sobie zbyt interesującycm miastem, utrzymującym się raczej z fabryk składających elektornikę niż z turystów, przejdę od razu do dnia drugiego. Grożący nam podwiezieniem 200 km dalej Cacho rzecywiście pojawił się rano w kawiarni z uśmiechem ogłaszając, że najpierw pojedziemy napić się mate nad jezioro w pobliżu miasteczka Tolhuin a później to podwiezie nas do Ushuai. To przynajmniej ja zrozumiałam. Matej zrozumiał, że pan nas bierze tylko nad jezioro a potem zostawi nas do stopowania gdzieś po drodze. 
Pogoda była przepiękna, towarzystwo Cacho wyborne a jezioro tak spokojne i czyste, że nic tylko by się wykąpać. Co mój mąż nie omieszkał zrobić, ku wyraźnemu niezdowoleniu Cacho, który nie mógł przeboleć, że nie odczuwamy tego słynnego zimna Tierra del Fuego, ale brykamy w wodzie niczym w Mar del Plata. No cóż, przyjdzie czas i na marznięcie.
Ushuaia (tak, Cacho podwozi nas i tam – miałam rację) przywitała nas zamkniętym biurem turystycznym (no dobra pani zamykając wcisnęła nam mapę parku, dodając że w mieście nie ma campingu). Cacho po raz enty tego dnia okazał się niesamowicie dobrym człowiekiem i podwiózł nas pod samo wejście do parku, oddalone o kilkanaście kilometrów od miasta. Wejście o tej godzinie – a jakże – również zamknięte. Oznaczało to ni mniej ni więcej, że nie płacimy za wstęp oszczędzając jakichć 25 euro ;) Co jak się okazało w ciągu dwóch następnych dni cieszyło nas jeszcze bardziej, gdy okazało się, że ten koniec świata to taki trochę wymyślony chwyt marketingowy Argentyńczyków. 
Bo na dobrą sprawę, w tym osławionym parku Fin del Mundo nie ma nic interesującego. Miliony turystów, którzy przywożą się tutaj autobusami do dwóch żelaznych punktów wycieczek: Ishla Redonda i tutejsza poczta „Koniec świata“ (ponoć geograficzny środek Argentyny, jesli weźmie się pod uwagę Argentyńską część Antarktydy) oraz parking, gdzie jest tabliczka, że tutaj kończy się trasa nr 3... Do tego interesujące nas widoki są daleko od nas, za wodą, po stronie chilijskiej... 
Ech, naciągany ten koniec świata. Robimy jednodniową wycieczkę wzdłuż wybrzeża (chyba jedyny szlak, gdzie nie jeżdżą autobusy) i relaksujemy się w namiocie w campingu, gdzie mnóstwo okolicznych namiotów urządza sobie parillę. Przed odejściem z parku Matej postanawia jeszcze wbiec na pobliską, widoczną z namiotu górę, skąd oczekuje przynajmniej ładnego widoku. Problem w tym, że nie wiedzie tam żaden szlak, trzeba przejść przez mokradła, naruszyć przepisy nie tylko parku ale i nielegalnie przekroczyć granicę z Chile...
Niespecjalnie przekonana zgadzam się tylko pod warunkiem, że wróci do wyznaczonej godziny, a jeśli pogoda się popsuje to nawet wcześniej. Wraca usatysfakcjonowany i łapiemy stopa z parku do miasta (niemal od razu!) , gdzie w ramach oszczędzania każde z nas idzie do innego muzeum – Matej do Muzeum Yamaha a ja do Muzeum Marynarki i Ziemi Ognistej (mającego siedzibę w byłym budynku więzienia, wokół którego wyrosło tak naprawdę miasto Ushuaia). 
Następnego dnia po nocy, spędzonej w lesie na okraju miasta ruszamy stopować by ucieć z tego drogiego i pełnego turystów miasteczka. Na koniec robimy sobie jeszcze tylko zdjęcie z tytułu „must have“ i dość zawiedzeni opuszczamy koniec świata, a właściwie to nawet Argentynę. Stopujemy do granicy z Chile i do miasteczka Puerto Natales. 










--------------------------------------------
Ushuaia. Fin del mundo. End of the world. Or maybe not so much te end of it but the southest city on Ertth. Or not – because there is small but vital Puerto Williams southest on Chilean side. So what? Maybe the end of the road number 3 makes the place special? Well, nevertheless, end of world or not, we've come to check out the place everybody is telling us is amazing. We will see how this Tierra del Fuego named after fires visible from the island by Magellan in 1520, really looks like.
Way to the ferry near Magellan passage was quite easy. First we took trucks to Comodoro Rivadavia, where we put the tent near gas station. In the morning was raininng and one guy offered us ride to Caleta Olivia where other local guy drop us to the big line of cars... Yeap, this was the protest of the people who were fired by newly elected president Macri and since then were blockposting one of the two main Argentinian roads. Do you want to know how the blockpost looks like? Well, it's couple of people standing on the road not letting cars to pass and the cars standing in the line waiting for the people to move... Argentinian style. I just can't imagine Polish people protsting in the same way...
But thanks to the walk near the line with cars we've been noticed by one of the truck drivers who took us a lot of kilometres south and we ended having the tent near Punta Delgada crossroad. Next time we managed to get to the ferry where we met Cacho who offered us the ride to the Rio Grande where we had couch for the night.
As we managed to make some kind of connection during the ride with him (he appeared to be radio presenter) he propose that we could go next day with him to drink mate near the lake spreading from Tolhuin till Ushuaia. Well, well – what a nice idea: ride 200 kilometres to drink mate! Of course we're going! The lake district was amazing – sun was shining, lake was surrounded by beautifull mountains and it's water just called you to swim. However it was cold Matej decided to swim there. Cacho wasn't happy as he thought Tierra del Fuego is the place of the cold not the city near the sea you can enjoy like Mar del Plata. Don't worry Cacho – time for freezing will come!
Ushuaia (yes, Cacho drops us here as well) welcomes us with tourist office closed and information there is no open camping in the city. As the city itself is insanely expensive we decide to go directly to the park. Our dear friend once again helps us driving us few more kilometres to the entrance of the National Park Tierra del Fuego. As everything is closed we go inside without paying entrance fee for which we will be later gratefull as the park itself wasn't impressing at all... Full of buses and cruise tourists coming to see two places: parking where is the mark that here ends road number 3 and post office near Ishla Redonda where is geographical centre of the Argentina... Little bit dissapointed we took in park the trail near the cost where were no buses and then Matej decided to brake some of the laws of the park and go to the nearest mountain we saw from our tent (no trail there, no passage and it was on Chilean side of the park...) After that we hitchhiked from the park to the city where to save some money (;)) each of us visited different museum – Matej look closer into indigenous culture and way of life of Yamaha people and I look around former prison building which is now museum of marine and history of the city.
At the end we took the „must have“ picture „at the end of the world“ and with hope that on Chilean side will be better we're going to hitchike!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz