| Jestem tukanem! |
Dziś piszę do Was z Foz de
Iquacu, które od Rio oddalone jest o bardzo dużo kilometrów
(mogłabym sprawdzić, ale internety nie działają tak szybko jakby
człowiek sobie życzył więc sami sprawdźcie;)) Podróż tutaj
była na tyle interesująca i obfitująca w moc przeżyć, że zanim
opowiem Wam jak pięknie jest tuż przy granicy z Argentyną, najpierw
kilka słów o tym, gdzie w Brazylii było pięknie do tej pory. Niezainteresowanym polecam obejrzenie zdjec ponizej:)
English version – at the very
bottom
| Ulice Paraty |
Zachęconi opisem wioski Paraty
w przewodniku Lonely Planet postanowiliśmy, że i my chcemy
pospacerować jego brukowanymi, nierównymi uliczkami pomiędzy
uroczymi domkami pamiętającymi czasy kolonialne. Jak okazało się
na miejscu, na podobny pomysł wpadło chyba z milion miejscowych
turystów, dla których styczeń to miesiąc wakacji. Choć w
momencie przyjazdu nie rzucali się aż tak w oczy (ale kto by się
rzucał przy takiej temperaturze;)), wieczorem wylegli na place i ulice
cieszyć się życiem. My również cieszyliśmy się życiem choć
bardziej pochłaniało nas kradnięcie internetów, by zaplanować co
dalej. Do tej pory nauczyliśmy się, że jazda autobusem - bez względu
czy na długich czy krótkich dystansach, do tanich nie należy.
Należało więc szukać alternatywy, co skrupulatnie robiliśmy.
| W oczekiwaniu... |
I
choć blablacar nie jest w Brazylii zbyt popularny udało nam się
znaleźć chłopca jadącego z Santosu do Kurytyby. Lekkim problemem
było, że nie jesteśmy w Santos, ale w okolicy – jakieś 8 godzin
jazdy wzdłuż wybrzeża (przepraszam wszystkich, ale ja nie operuje kilometrami).
![]() |
| To my! Nadal w Paraty! |
Cena autobusu z Paraty odstrasza
nas więc stwierdzamy, że poczekamy do 2 w nocy, "gdzieś tutaj" i
podjedziemy tylko do Sao Sebastiao a stąd na pewno nie będzie
problemem złapanie stopa. Wymordowani czuwaniem-nawpółspaniem przy
plecakach dowlekamy się do autobusu i w okolicy bardzo rannej
stoimy już w niezłej miejscówce na stopa.
| plaża, dzika plaża... |
Niestety... Sao Sebastiao to nie
tylko nazwa miasta, ale całej okolicy wzdłuż wybrzeża oceanu,
gdzie rozciągają się długie, piaszczyste plaże... Więc
oczywiście turystów i aut sporo, problem w tym, że są albo pełne
albo jadą tylko na najbliższą plażę. Ci nas nie zabierają.
Bardziej wyrozumiali okazują się miejscowi, którzy choć angielski
im obcy jakoś ogarniają nasze na wpół hiszpańsko-portugalskie
wygibasy i stopniowo podwożą w stronę celu. W chwili gdy już za
moment będzie lało jak z cebra, przejazd oferuje nam para wracająca
z wypoczynku na wyspie Ilhabella. Fantastyczni ludzie! Zbaczają
nawet z trasy i szukają dla nas campingu, gdzie negocjują dla nas
niższą cenę.
Trochę bez sensu pada i musimy
przetestować naszą umiejętność szybkiego rozkładania namiotu w
czasie deszczu. Udaje się - przemoczeni i zmęczeni zasypiamy wśród
burzy szalejącej nad oceanem. Musialam być bardzo zmęczona skoro
nawet myśl o błyskawicach i grzmotach nie była w stanie
przeszkodzić mi w zaśnięciu...
| Santos |
Następnego dnia ogarniamy busa
i lądujemy w mieście o dźwięcznej nazwie Santos. Miasto położone
na wyspie okazuje się być miastem niemal wymarłym. Jest niedziela
– wszystko jest zamknięte. W końcu, odnajdujemy bar z specyficzną
klientelą (ulica pełna jest pań lekkich obyczajów;)) i ku naszemu zdziwieniu oferuje on wi-fi. Ku jeszcze
większemu zdziwieniu – wifi działa. W związku z tym, że to
jednak tak głupio tylko siedzieć popijając colę, po 2 godzinach
postanawiamy w końcu ruszyć tyłki i sprawdzić czy turystyczna
atrakcja w postaci starego tramwaju działa. Działa.
Mili dziadkowie
usadzają nas na miejscach i snują opowieści o czasach, gdy
podobne tramwaje były w Santos głównym środkiem transportu.
Przejażdżka bardzo edukacyjna choć momentmi trudno zrozumięc co
też pani chciała nam po angielsku powiedzieć. Dodajmy – wśród
50 turystów jesteśmy jedynymi spoza obszaru portugalsko-języcznego.
| Pan |
Przypuszczamy, że tak wiele się tu nie angliczy i dlatego wielki
szacun dla pani, że wytrwale przez 40 minut próbowała.
Blablacarem podjeżdża po nas
David i dowozi nas pod sam dom Eulalii i Gresiona na obrzeżach
Kurytyby. Jest już grubo po pierwszej w nocy i biedacy pewnie
śpią...
| Nasi gospodarze :) |
Podchodzimy do domofonu a tam naklejona karteczka pod jaki
numer mamy zadzwonić. Brazileiros... Oboje są bardziej niż pomocni
i gościnni. Nawet udają, że nie nie czują naszego dość już
wyczuwalnego „zapachu“ ;) Troskliwie się nami zajmują, pozwalają wysuszyć namiot na lodówce w kuchni i radzą, jak zwiedzić ich miasto w jeden dzień.
I na koniec, po powrocie do mieszkania, jeszcze większe
zaskoczenie – Eulalia, w związku z ogromną ulewą nie puszcza nas
busem na dworzec, ale organizuje dla nas koleżankę z autem.
Szkoda, że tylko jeden dzień
mogliśmy spędzić z tymi fantastycznymi ludźmi...
Ale jesteśmy w Foz! Zatem
hip-hip hurra idziemy oglądać te cudne wodospady. Uzbrojeni w
porady od naszego gospodarza Fabio (małomównego pół-Japończyka z szelmowskim uśmiechem), decydujemy się na jednodniową wycieczką na stronę argentyńską
(ze strony brazylijskiej widać całość wodospadów, ale z argentyńskiej
bliżej i więcej spacerowych i widokowych możliwości). Na zewnątrz
jest przyjemnych 38 stopni, jedzie tam milion turystów, kolejki są
wszędzie, absurdalnie drogo...
| ot, tak sobie - ostronosy |
Czy warto? - pytam sama siebie...
Cóż, nie będę oryginalna.
Widoki zapierają dech w piersiach. I nie idzie mi jedynie o te tony
wody, z hukiem przecinające zielone połacie lasów. Sama przyroda
jest czarująca i niezwykła dla nieprzywykłego do niej oka
Europejczyka. Nie muszę Wam chyba pisać, że najbardziej cieszyłam
się na wyciągnięcie ręki mając przechadzające się ogromne
tupinambisy (duże jaszurki), ryjące w ziemi ostronosy, latające
ponad głowami tukany, papugi, ogromne i przekolorowe motyle...
Zresztą, nie będę się rozpisywać. Spójrzcie na zdjęcia
poniżej...
| I am a parrot! |
Today I'm writing to you from
Foz de Iguazu which is like a lot of kilometres from Rio (I could
check and write exact distance but internet conection is to slow,
so... check it by yourself;)) Before I will tell you how awesome is
here I will write how we get here and how awesome was till now.
Advised by Lonely Planet guide
we decided that we also want to walk on streets of this colonial
city. Only on place we discovered that this was the thing probably
thousands of Brazilians and tourists thought. On the moment of
arrival we didn't feel it so much, they started to appear on the
little streets and markets only when the day was about to end. They
looked like thay are here to celebrate life. Well, we were also
celebrating our life but more focused on stealing internet from
places we've visited before – as we needed to have some plans for
next days. Till now we figured out that ride with buses isn't cheap
and we need to find some other solution. Despite blablacar isn't very
popular here we managed to find a guy going from Santos to Curitibe.
The only problem was we were not in Santos.
| On the streets of Paraty |
As the prize of the direct bus
Paraty-Santos didn't convinced us, we decided to wait till 2AM and
get the bus to Sao Sebastiao (which is closer). From there it suppose
to be easy to hitchike to Santos. Extremely tired by being both - up and
halfsleeping near bags we grab the bus and at very morning we've been
on very good spot to hitchhike!
Unfortunately Sao Sebastiao
isn't only the name of that particular city but the whole part near
the ocean, where you can find long sandy beaches. So, of course,
there was a lot of tourists and cars but they're usually full and
aiming to nearest beaches. Fortunately there are the locals! Our
kind-of-spanish-portugese-english talks do the job and we've landed
somewhere closer to our destination. On the moment it was about to
rain really nice couple coming back from island Ihlabella saves us
and offers not only the ride but a lot of help. They change their
road and help us to find a camp, negotiate the prize and give
advises...
In the camp it's raining - like
a lot raining - and we're testing our skills in putting the tent as
fast as possible. Wet, tired but succeded we're going to sleep. And I
sleep like a baby – I do not care about the storm outside...
Next day we're catching the bus
to city of Santos. It appears to be dead. Ok, we realize, it's
Sunday. After searching we find some strange bar with specyfic
clients but as it offers wi-fi we're locating there. We rest and send
some couchrequests and we're ready to explore the place. The
attraction of the city is to take a ride around historic part in an
old tram and the line is working on Sundays! The old tram conductor
appears at the beginnig of the trip and in nice Portugese says
something about the times when he was driving the tram when it used
to be a public transport. Later is little bit better as the
lady-guide tries to translate – just for us two! - what we're
seeing on the way. From around 50 people in the tram we were the only
non-Brazilians. So, big respect for the lady!
Blablacar with lovely David take
us to our hosts in Curitibe – Eulalia and Greison. It's already
after 1AM and they'e probably sleeping... How suprised we are when we
see te note on the bell „Matej please ring the bell when you come!“
Brazileros.. They're both so warm and helfull that we cannot believe
it...
Curitibe it's for sure really
interesting place. Huge buildings, sofisticated communication system,
bus stopes in the shape of tube, clean streets, no favelas (like in
Rio), John Paul II Park, Cafe „Cracovia“ and... a lot of walking.
Beacuse we failed with figuring out the way how to actually move
within the city by buses. And the walkings starts to be visible... on
my nose! It's red-red and the face is only red :)
Unfortunately we're in hurry to
get to the bus to Foz de Iguacu and we cannot spend more time here
with this nice couple. Again it's raining and Eulalia organise her
friend to take us to the bus station. I just have no words to
describe how gratefull we are for both of them!
Finally we reched the Foz! Yeay!
We're going to check out those amazing waterfalls. Outside there is
around nice 38 degrees, there are milion of tourists aiming there,
there are lines everywhere, it's expensive... I'm really hoping it's
worth it. Armed with the tips from our next host Fabio we'll going to
check falls from Argentinian side.
Well, I'll not say anything
original after seeing one of the new seven wonders of the world...
The place is just breath-taking. You need to see it to beleive. Not
only the watefalls itself, the whole nature (and all those animals!)
around! But no more words – just look into the pictures above...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz