15.01.2016

Don´t go jumping waterfalls


Jestem tukanem!
Dziś piszę do Was z Foz de Iquacu, które od Rio oddalone jest o bardzo dużo kilometrów (mogłabym sprawdzić, ale internety nie działają tak szybko jakby człowiek sobie życzył więc sami sprawdźcie;)) Podróż tutaj była na tyle interesująca i obfitująca w moc przeżyć, że zanim opowiem Wam jak pięknie jest tuż przy granicy z Argentyną, najpierw kilka słów o tym, gdzie w Brazylii było pięknie do tej pory. Niezainteresowanym polecam obejrzenie zdjec ponizej:)

English version – at the very bottom




Ulice Paraty
Zachęconi opisem wioski Paraty w przewodniku Lonely Planet postanowiliśmy, że i my chcemy pospacerować jego brukowanymi, nierównymi uliczkami pomiędzy uroczymi domkami pamiętającymi czasy kolonialne. Jak okazało się na miejscu, na podobny pomysł wpadło chyba z milion miejscowych turystów, dla których styczeń to miesiąc wakacji. Choć w momencie przyjazdu nie rzucali się aż tak w oczy (ale kto by się rzucał przy takiej temperaturze;)), wieczorem wylegli na place i ulice cieszyć się życiem. My również cieszyliśmy się życiem choć bardziej pochłaniało nas kradnięcie internetów, by zaplanować co dalej. Do tej pory nauczyliśmy się, że jazda autobusem - bez względu czy na długich czy krótkich dystansach, do tanich nie należy. Należało więc szukać alternatywy, co skrupulatnie robiliśmy. 
W oczekiwaniu...
I choć blablacar nie jest w Brazylii zbyt popularny udało nam się znaleźć chłopca jadącego z Santosu do Kurytyby. Lekkim problemem było, że nie jesteśmy w Santos, ale w okolicy – jakieś 8 godzin jazdy wzdłuż wybrzeża (przepraszam wszystkich, ale ja nie operuje kilometrami).
To my! Nadal w Paraty!
Cena autobusu z Paraty odstrasza nas więc stwierdzamy, że poczekamy do 2 w nocy, "gdzieś tutaj" i podjedziemy tylko do Sao Sebastiao a stąd na pewno nie będzie problemem złapanie stopa. Wymordowani czuwaniem-nawpółspaniem przy plecakach dowlekamy się do autobusu i w okolicy bardzo rannej stoimy już w niezłej miejscówce na stopa.
plaża, dzika plaża...
Niestety... Sao Sebastiao to nie tylko nazwa miasta, ale całej okolicy wzdłuż wybrzeża oceanu, gdzie rozciągają się długie, piaszczyste plaże... Więc oczywiście turystów i aut sporo, problem w tym, że są albo pełne albo jadą tylko na najbliższą plażę. Ci nas nie zabierają. Bardziej wyrozumiali okazują się miejscowi, którzy choć angielski im obcy jakoś ogarniają nasze na wpół hiszpańsko-portugalskie wygibasy i stopniowo podwożą w stronę celu. W chwili gdy już za moment będzie lało jak z cebra, przejazd oferuje nam para wracająca z wypoczynku na wyspie Ilhabella. Fantastyczni ludzie! Zbaczają nawet z trasy i szukają dla nas campingu, gdzie negocjują dla nas niższą cenę.


Trochę bez sensu pada i musimy przetestować naszą umiejętność szybkiego rozkładania namiotu w czasie deszczu. Udaje się - przemoczeni i zmęczeni zasypiamy wśród burzy szalejącej nad oceanem. Musialam być bardzo zmęczona skoro nawet myśl o błyskawicach i grzmotach nie była w stanie przeszkodzić mi w zaśnięciu...


Santos
Następnego dnia ogarniamy busa i lądujemy w mieście o dźwięcznej nazwie Santos. Miasto położone na wyspie okazuje się być miastem niemal wymarłym. Jest niedziela – wszystko jest zamknięte. W końcu, odnajdujemy bar z specyficzną klientelą (ulica pełna jest pań lekkich obyczajów;)) i ku naszemu zdziwieniu oferuje on wi-fi. Ku jeszcze większemu zdziwieniu – wifi działa. W związku z tym, że to jednak tak głupio tylko siedzieć popijając colę, po 2 godzinach postanawiamy w końcu ruszyć tyłki i sprawdzić czy turystyczna atrakcja w postaci starego tramwaju działa. Działa. 
Mili dziadkowie usadzają nas na miejscach i snują opowieści o czasach, gdy podobne tramwaje były w Santos głównym środkiem transportu. Przejażdżka bardzo edukacyjna choć momentmi trudno zrozumięc co też pani chciała nam po angielsku powiedzieć. Dodajmy – wśród 50 turystów jesteśmy jedynymi spoza obszaru portugalsko-języcznego. 
Pan
Przypuszczamy, że tak wiele się tu nie angliczy i dlatego wielki szacun dla pani, że wytrwale przez 40 minut próbowała.
Blablacarem podjeżdża po nas David i dowozi nas pod sam dom Eulalii i Gresiona na obrzeżach Kurytyby. Jest już grubo po pierwszej w nocy i biedacy pewnie śpią...
Nasi gospodarze :)
Podchodzimy do domofonu a tam naklejona karteczka pod jaki numer mamy zadzwonić. Brazileiros... Oboje są bardziej niż pomocni i gościnni. Nawet udają, że nie nie czują naszego dość już wyczuwalnego „zapachu“ ;) Troskliwie się nami zajmują, pozwalają wysuszyć namiot na lodówce w kuchni i radzą, jak zwiedzić ich miasto w jeden dzień.


Kurytyba to zaiste ciekawe miasto, jak okazuje się następnego dnia. Ogromne wieżowce, przedziwny system komunikacji miejskiej, przystanki autobusowe w kształcie tuby, porządek na ulicach, park Jana Pawła II, Kawiarnia Krakowiak i... mnóstwo chodzenia. Bo trochę nie ogarnęliśmy jednak jazd autobusem - a to ulica jednokierunkowa i nie wiadomo, gdzie wsiąść w drugą stronę, a to jedziemy złym numerem... Chodzenie jest dużo bardziej bezieczne ale odbija się na mojej buzi – nos zdecydowanie różni się już barwą od pozostałej części twarzy.

I na koniec, po powrocie do mieszkania, jeszcze większe zaskoczenie – Eulalia, w związku z ogromną ulewą nie puszcza nas busem na dworzec, ale organizuje dla nas koleżankę z autem.

Szkoda, że tylko jeden dzień mogliśmy spędzić z tymi fantastycznymi ludźmi...


Ale jesteśmy w Foz! Zatem hip-hip hurra idziemy oglądać te cudne wodospady. Uzbrojeni w porady od naszego gospodarza Fabio (małomównego pół-Japończyka z szelmowskim uśmiechem), decydujemy się na jednodniową wycieczką na stronę argentyńską (ze strony brazylijskiej widać całość wodospadów, ale z argentyńskiej bliżej i więcej spacerowych i widokowych możliwości). Na zewnątrz jest przyjemnych 38 stopni, jedzie tam milion turystów, kolejki są wszędzie, absurdalnie drogo... 
ot, tak sobie - ostronosy
Czy warto? - pytam sama siebie...
Cóż, nie będę oryginalna. Widoki zapierają dech w piersiach. I nie idzie mi jedynie o te tony wody, z hukiem przecinające zielone połacie lasów. Sama przyroda jest czarująca i niezwykła dla nieprzywykłego do niej oka Europejczyka. Nie muszę Wam chyba pisać, że najbardziej cieszyłam się na wyciągnięcie ręki mając przechadzające się ogromne tupinambisy (duże jaszurki), ryjące w ziemi ostronosy, latające ponad głowami tukany, papugi, ogromne i przekolorowe motyle... Zresztą, nie będę się rozpisywać. Spójrzcie na zdjęcia poniżej... 




I am a parrot!
Today I'm writing to you from Foz de Iguazu which is like a lot of kilometres from Rio (I could check and write exact distance but internet conection is to slow, so... check it by yourself;)) Before I will tell you how awesome is here I will write how we get here and how awesome was till now.

Advised by Lonely Planet guide we decided that we also want to walk on streets of this colonial city. Only on place we discovered that this was the thing probably thousands of Brazilians and tourists thought. On the moment of arrival we didn't feel it so much, they started to appear on the little streets and markets only when the day was about to end. They looked like thay are here to celebrate life. Well, we were also celebrating our life but more focused on stealing internet from places we've visited before – as we needed to have some plans for next days. Till now we figured out that ride with buses isn't cheap and we need to find some other solution. Despite blablacar isn't very popular here we managed to find a guy going from Santos to Curitibe. The only problem was we were not in Santos.

On the streets of Paraty
As the prize of the direct bus Paraty-Santos didn't convinced us, we decided to wait till 2AM and get the bus to Sao Sebastiao (which is closer). From there it suppose to be easy to hitchike to Santos. Extremely tired by being both - up and halfsleeping near bags we grab the bus and at very morning we've been on very good spot to hitchhike!

Unfortunately Sao Sebastiao isn't only the name of that particular city but the whole part near the ocean, where you can find long sandy beaches. So, of course, there was a lot of tourists and cars but they're usually full and aiming to nearest beaches. Fortunately there are the locals! Our kind-of-spanish-portugese-english talks do the job and we've landed somewhere closer to our destination. On the moment it was about to rain really nice couple coming back from island Ihlabella saves us and offers not only the ride but a lot of help. They change their road and help us to find a camp, negotiate the prize and give advises...

In the camp it's raining - like a lot raining - and we're testing our skills in putting the tent as fast as possible. Wet, tired but succeded we're going to sleep. And I sleep like a baby – I do not care about the storm outside...

Next day we're catching the bus to city of Santos. It appears to be dead. Ok, we realize, it's Sunday. After searching we find some strange bar with specyfic clients but as it offers wi-fi we're locating there. We rest and send some couchrequests and we're ready to explore the place. The attraction of the city is to take a ride around historic part in an old tram and the line is working on Sundays! The old tram conductor appears at the beginnig of the trip and in nice Portugese says something about the times when he was driving the tram when it used to be a public transport. Later is little bit better as the lady-guide tries to translate – just for us two! - what we're seeing on the way. From around 50 people in the tram we were the only non-Brazilians. So, big respect for the lady!

Blablacar with lovely David take us to our hosts in Curitibe – Eulalia and Greison. It's already after 1AM and they'e probably sleeping... How suprised we are when we see te note on the bell „Matej please ring the bell when you come!“ Brazileros.. They're both so warm and helfull that we cannot believe it...

Curitibe it's for sure really interesting place. Huge buildings, sofisticated communication system, bus stopes in the shape of tube, clean streets, no favelas (like in Rio), John Paul II Park, Cafe „Cracovia“ and... a lot of walking. Beacuse we failed with figuring out the way how to actually move within the city by buses. And the walkings starts to be visible... on my nose! It's red-red and the face is only red :)
Unfortunately we're in hurry to get to the bus to Foz de Iguacu and we cannot spend more time here with this nice couple. Again it's raining and Eulalia organise her friend to take us to the bus station. I just have no words to describe how gratefull we are for both of them!

Finally we reched the Foz! Yeay! We're going to check out those amazing waterfalls. Outside there is around nice 38 degrees, there are milion of tourists aiming there, there are lines everywhere, it's expensive... I'm really hoping it's worth it. Armed with the tips from our next host Fabio we'll going to check falls from Argentinian side.

Well, I'll not say anything original after seeing one of the new seven wonders of the world... The place is just breath-taking. You need to see it to beleive. Not only the watefalls itself, the whole nature (and all those animals!) around! But no more words – just look into the pictures above...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz