6.10.2011

dzień, w którym zgasło słońce...

Do szeregu moich wielu talentów zdecydowanie nie możemy zaliczyć czynności szumnie zwanej "pakowaniem się". A jeśli już cała sprawa wiąże się z totalną wyprowadzką z mieszkania, z przewiezieniem wszystkich swoich skarbów do rodzinnego gniazdka i wybraniem spośród nich tego, co należy zabrać ze sobą na roczną wyprawę do Winnicy (Ukraina) - można spodziewać się jakiejś masakry. Dzień ten musiał jednak nadejść....
Słowa mojego współlokatora - "Kacwinku, czy przez pokój przeszedł huragan?" chyba najlepiej oddają charakter zniszczeń jakie nastąpiły ostatnimi dniami w moim małym Kacwinlandzie. Czarna dziura, w której dematerializowały się do tej pory wszystkie rzeczy skrzętnie zwożone do mieszkania postanowiła ukazać swą prawdziwą naturę i oczom  ukazały się rzeczy niezwykłe...

 Jak  można się domyślić, wszystkie one, pomimo iż nie widziane od szeregu miesięcy okazały się być niezbędnymi do zabrania ze sobą za wschodnią granicę. Płacz  zgrzytanie zębów oraz wino pite "ku pokrzepieniu serca" zrobiły jednak swoje i  ukazał się w końcu jakże oczekiwany widok spakowanego dobytku. 

Przez najbliższe miesiące zapraszam do śledzenia moich ukraińskich perypetii zarówno na tym blogu dotyczącym wolontariatu (o którym więcej napiszę w następnym poście) oraz blogu z wycieczek, eskapad w znane/nieznane miejsca Ukrainy www.ukraina-nieznana.blogspot.com

2 komentarze:

  1. no no, całkiem zgrabnie Ci poszło :D tylko jak Ty się z tym wszystkim zabierzesz do pociągu? ^^'

    OdpowiedzUsuń