Hmmm... My już jesteśmy w
Ekwadorze, zanim jednak opowiem Wam co tu ciekawego wyrabiamy jeszcze
wrócę na chwilę myślami do Peru i pięknego zakończenia wizyty w
Cuzco. Bo jak się okazało ostatnia noc w tym uroczym mieście
okazała się być nocą jednak przedostatnią. A wszystko przez
Michaela, Peruwiańczyka rodem z Cuenci, poznanego przez nas podczas
feralnej przygody w Uyuni, i jego propozycję wycieczki samochodem
przez Świętą Dolinę (Valle Sacrado).
English version at the bottom
Za zwykłych okoliczności (czyli finansowego ograniczenia) na podobny luksus nie chcieliśmy
sobie pozwolić – bo i bilet turystyczny gwarantujący wejście do
wszystkich miejsc kupić trzeba i jakiś transport kosztujący wiele
ogarnąć należałoby. A człowiek już trochę zmęczony i nie chce
się mu ciąglę o ceny wykłócać. Więc Michael spadł nam z nieba
z propozycją podczas spotkania na porannej kawie dnia – jak
myśleliśmy – ostatniego. I tak się powoziliśmy po Dolinie,
Michael robił przystanki na focie, opowiadał i zawiózł na
kosztowanie lokalnych speciałów (frutillada – czicza z
truskawkami, smakuje jak sfermentowane truskawki z kwasnym mlekiem,
nie poleca się :D).
Z bliska przyjrzeliśmy się z nim dwóm
miejscom wyróżniającym się spośród innych w tej pełnej
historycznych pozostałości dolinie. Zamiast oglądać kolejne ruiny
inkaskie postanowiliśmy zajrzeć na przeogromne pola solenisk
malowniczo położone na zboczu wąwozu oraz do przytułku dla
uratowanych zwierząt. Nie muszę Wam oczywiście pisać, że drugie
z miejsc mnie oczarowało, bo za smutną historią szmuglowanych i
wykorzystywanych zwierząt kryje się historia dobrych i wrażliwych
lokalsów (na czele z szamanem), którzy za „co łaska“ zwierzęta
ratują i tym, które już do swego środowiska wrócić nie mogą
tworzą zastępczy dom. Który można odwiedzać. W momencie naszych
odwiedzin w przytułku znajdowały się dwa jaguary (nie zostaną
wypuszczone, bo spiłowano im pazury i kły, gdy były wykorzystywane
do walk w klubach), mały miś (musi podrosnąć), dwa ogroooomne
kondory (wiedzieliście, że pan kondor popełni samobójstwo jeśli
pani kondorowa mu umrze?), ogromna ilość papug (podcięte
skrzydła...), małpki. I wszędzie wokół pasą się lamy i alpaki.
Ach, ach, gdybym wcześniej wiedziała, że można tu przyjechać na
krótki wolontariat... A tak, trzeba było ruszać dalej. Na północ.
Tam wzywały nas ruiny
przedinkaskiego miasta Chan Chan. Aby się do niego dostać najpierw
należało dostać się do miasteczka Trujillo. Jazda z Cuenci tam
rozpoczęła nasz trzydniowy maraton spania w autobusie. Przyznaję,
może to i oszczędne, ale szalenie niewygodne :) Z racji braku
bezpośrednich przejazdów najpierw trzeba było dostać się do
stolicy. Zwiedzanie Limy wykreślone było jednak z naszego programu
o ile miasto hałaśliwe i gorąco a my tylko parę godzin tutaj.
Zatem po spiesznym przejściu przez dość podejrzliwie wyglądającą
część miasta, rzuceniu okiem na rynek z przyległościami i
niemożności znalezienia lokalnej kawiarni z wifi utknęliśmy na
jednej kawie w Starbuksie....
Następnego poranka Trujillo
powitało nas deszczykiem i zamkniętymi knajpami. Uratował nas –
wstyd się przyznać bo ledwie parę godzin minęło od pobytu w
Starbucksie – McDonalds... Ech, no ale dobrze. Internet był, tak? I
pan oferujący wycieczki do Chan-Chan nas tutaj znalazł zasępionych
nad telefonami. I tak opowiadał, opowiadał, coraz to niższą cenę
proponując, że się zgodziliśmy i w planie dziennym znalazły się
nie tylko (na szczęście, ale o tym za chwilę) ruiny Chan Chan ale
i oglądanie Huacas del Sol oraz Huacas de la Luna. Najpierw
wyruszyliśmy małym vanikiem do destynacji numer dwa – a więc
Piramid Słońca i Księżyca, pozostałości po przedinkaskiej
kulturze Moche. Wydawać by się mogło, że nic niezwykłego gdyby
nie fakt, że piramidy powstawały z gliny a więc pod wpływem
warunków klimatycznych szybko „topniały“. Nie był to jednak
problem dla ich twórców – gdy tylko zaczynało coś być nie tak,
starą świątynię zabudowano i na niej stawiano nową. I pięknie
zdobiono jej ściany. I tak wiemy dzisiaj że Piramida Księżyca
kryje 5 świątyń „jedna na drugiej“, z czego tylko 3 poziomy
zostały odsłonięte (reszty na razie nie planuje się odkopywać bo
by się cała ta glina mogła zawalić :)) Miejsce wrażenie robi
imponujące (przede wszystkim dzięki fantastycznie zachowanym
malunkom i wysokości świątyń) czego nie można powiedzieć o
zdecydowanie bardziej turystycznie obleganym miejscu (tak, tak bus z
polskim turystami tu dotarł) – Chan Chan. Również gliniane
miasto, pozostałość po przedinkaskiej kulturze Chimu dla odmiany
i... mnóstwo odrestaurowanej przestrzeni... Ciekawostką była
wiadomość iż poświęcanie dzieci w ofierze było w tej kulturze
zaszczytem a króla gdy zmarł nie chowano samego ale z całą
rodzinką (prócz najstrszego syna). Tak doedukowani o przedinkaskich
kulturach ruszyliśmy ku granicy z Ekwadorem. Ach, trzeba jeszcze
napisać, że z nieznanych mi przyczyn w wielu autobusach w Peru
przed wejściem do wehikułu należy złożyć odcisk palca a w samym
autobusie spojrzeć do kamery, którą pan kierowca dzierży w
dłoni... Taka ciekawostka :)















--------------------------------------
So... We are already in Ecuador but
before I will tell what we are doing here, let's finish our story
with Peru and unexpected ending with Cuenca. As it turned out our
last day there wasn't actually last one. Everything because of
meeting Michael (Peruvian guy we've met with Urpi in Uyuni) and his
generous proposal to make a car trip around Sacred Valley.
As similar trip in normal circumstances
costs a lot we decided to skip it. But when Michael offer appeared we
hesitated and decided to stay one day longer to look around and spent
nice day with our friend. So we did. Trip was just perfect – sun
was shining, valley was beautiful, Mike was making a lot of stops for
photos and tasting local specialities (ok, we are not fans of
frutillada – fermented chicha with strawberries). In the valley you
can admire a lot of ruins conected with Inca culture but (as they are
basicaly everywhere ;)) we decided to see impressing salinas (salt
lakes?) situated on side of hill and shelter for rescued animals. I
think you already know that the second place was the place for me as
it had lamas and alpacas? But besides, place is new home for the
animals which were saved from bad hands. Local community makes their
best to heal them and if possible get them back to the wildness where
they belong. Unfortunately for some of the animals it's impossible as
their wings were cut (parrots), paws were damaged (jaguars), so many
volunteers tries to rebuilt the place according to the demanding of
animals. Yes, it's definitely worth to support them by visiting and
donating. You can also go and help them if you have more time. We
didn't as the north was calling us.
Night bus to Lima started our 3 day
marathon sleeping in the bus. I must admit as much it is money saving
it is also very painful for you back... But whatever. Visiting
capital wasn't originally in our plans so we basicaly saw the main
square, some strange street and then waited for the bus to Trujillo
in Starbucks... Next morning welcomed us with rain and closed coffee
places. Therefore we ended up in McDonalds using its internet
facilities. There one trout guy found us and started to talk a lot
about great trips agency can offer. As he was lowering constantly the
prize finally we decided to get on ride with them. That's how we
visited ruins of Chan Chan and Huacas del Sol and Huacas de la Luna.
Especially destination number two was worth seeing it. Piramides of
Sun and Moon build by Moche culture before Inca came to this lands
turn out to be great. Temples build one on the other were huge and
had colorful, detailed paiting on the walls what can be admired on 3 undercover layers (two of them are still waiting to be open but it
takes time as the construction may be destroyed while opening). Really
impressing view. Chan Chan place is more visited by tourists but it
doesn't make such impression. Mainly because this pre-Inca city of
Chimu culture was mostly destroyed and after discovery it was
reconstructed a lot. So if you need to choose where to go we would recommend going to the Huacas rather then Chan Chan. Or visit both to
have comparison :) And we – after leaving our fingerprints in bus
company and being registered on camera – are heading to Ecuador!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz