10.05.2016

Last days in Peru

Hmmm... My już jesteśmy w Ekwadorze, zanim jednak opowiem Wam co tu ciekawego wyrabiamy jeszcze wrócę na chwilę myślami do Peru i pięknego zakończenia wizyty w Cuzco. Bo jak się okazało ostatnia noc w tym uroczym mieście okazała się być nocą jednak przedostatnią. A wszystko przez Michaela, Peruwiańczyka rodem z Cuenci, poznanego przez nas podczas feralnej przygody w Uyuni, i jego propozycję wycieczki samochodem przez Świętą Dolinę (Valle Sacrado). 

English version at the bottom


Za zwykłych okoliczności (czyli finansowego ograniczenia) na podobny luksus nie chcieliśmy sobie pozwolić – bo i bilet turystyczny gwarantujący wejście do wszystkich miejsc kupić trzeba i jakiś transport kosztujący wiele ogarnąć należałoby. A człowiek już trochę zmęczony i nie chce się mu ciąglę o ceny wykłócać. Więc Michael spadł nam z nieba z propozycją podczas spotkania na porannej kawie dnia – jak myśleliśmy – ostatniego. I tak się powoziliśmy po Dolinie, Michael robił przystanki na focie, opowiadał i zawiózł na kosztowanie lokalnych speciałów (frutillada – czicza z truskawkami, smakuje jak sfermentowane truskawki z kwasnym mlekiem, nie poleca się :D). 
Z bliska przyjrzeliśmy się z nim dwóm miejscom wyróżniającym się spośród innych w tej pełnej historycznych pozostałości dolinie. Zamiast oglądać kolejne ruiny inkaskie postanowiliśmy zajrzeć na przeogromne pola solenisk malowniczo położone na zboczu wąwozu oraz do przytułku dla uratowanych zwierząt. Nie muszę Wam oczywiście pisać, że drugie z miejsc mnie oczarowało, bo za smutną historią szmuglowanych i wykorzystywanych zwierząt kryje się historia dobrych i wrażliwych lokalsów (na czele z szamanem), którzy za „co łaska“ zwierzęta ratują i tym, które już do swego środowiska wrócić nie mogą tworzą zastępczy dom. Który można odwiedzać. W momencie naszych odwiedzin w przytułku znajdowały się dwa jaguary (nie zostaną wypuszczone, bo spiłowano im pazury i kły, gdy były wykorzystywane do walk w klubach), mały miś (musi podrosnąć), dwa ogroooomne kondory (wiedzieliście, że pan kondor popełni samobójstwo jeśli pani kondorowa mu umrze?), ogromna ilość papug (podcięte skrzydła...), małpki. I wszędzie wokół pasą się lamy i alpaki. Ach, ach, gdybym wcześniej wiedziała, że można tu przyjechać na krótki wolontariat... A tak, trzeba było ruszać dalej. Na północ.
Tam wzywały nas ruiny przedinkaskiego miasta Chan Chan. Aby się do niego dostać najpierw należało dostać się do miasteczka Trujillo. Jazda z Cuenci tam rozpoczęła nasz trzydniowy maraton spania w autobusie. Przyznaję, może to i oszczędne, ale szalenie niewygodne :) Z racji braku bezpośrednich przejazdów najpierw trzeba było dostać się do stolicy. Zwiedzanie Limy wykreślone było jednak z naszego programu o ile miasto hałaśliwe i gorąco a my tylko parę godzin tutaj. Zatem po spiesznym przejściu przez dość podejrzliwie wyglądającą część miasta, rzuceniu okiem na rynek z przyległościami i niemożności znalezienia lokalnej kawiarni z wifi utknęliśmy na jednej kawie w Starbuksie....
Następnego poranka Trujillo powitało nas deszczykiem i zamkniętymi knajpami. Uratował nas – wstyd się przyznać bo ledwie parę godzin minęło od pobytu w Starbucksie – McDonalds... Ech, no ale dobrze. Internet był, tak? I pan oferujący wycieczki do Chan-Chan nas tutaj znalazł zasępionych nad telefonami. I tak opowiadał, opowiadał, coraz to niższą cenę proponując, że się zgodziliśmy i w planie dziennym znalazły się nie tylko (na szczęście, ale o tym za chwilę) ruiny Chan Chan ale i oglądanie Huacas del Sol oraz Huacas de la Luna. Najpierw wyruszyliśmy małym vanikiem do destynacji numer dwa – a więc Piramid Słońca i Księżyca, pozostałości po przedinkaskiej kulturze Moche. Wydawać by się mogło, że nic niezwykłego gdyby nie fakt, że piramidy powstawały z gliny a więc pod wpływem warunków klimatycznych szybko „topniały“. Nie był to jednak problem dla ich twórców – gdy tylko zaczynało coś być nie tak, starą świątynię zabudowano i na niej stawiano nową. I pięknie zdobiono jej ściany. I tak wiemy dzisiaj że Piramida Księżyca kryje 5 świątyń „jedna na drugiej“, z czego tylko 3 poziomy zostały odsłonięte (reszty na razie nie planuje się odkopywać bo by się cała ta glina mogła zawalić :)) Miejsce wrażenie robi imponujące (przede wszystkim dzięki fantastycznie zachowanym malunkom i wysokości świątyń) czego nie można powiedzieć o zdecydowanie bardziej turystycznie obleganym miejscu (tak, tak bus z polskim turystami tu dotarł) – Chan Chan. Również gliniane miasto, pozostałość po przedinkaskiej kulturze Chimu dla odmiany i... mnóstwo odrestaurowanej przestrzeni... Ciekawostką była wiadomość iż poświęcanie dzieci w ofierze było w tej kulturze zaszczytem a króla gdy zmarł nie chowano samego ale z całą rodzinką (prócz najstrszego syna). Tak doedukowani o przedinkaskich kulturach ruszyliśmy ku granicy z Ekwadorem. Ach, trzeba jeszcze napisać, że z nieznanych mi przyczyn w wielu autobusach w Peru przed wejściem do wehikułu należy złożyć odcisk palca a w samym autobusie spojrzeć do kamery, którą pan kierowca dzierży w dłoni... Taka ciekawostka :) 

--------------------------------------
 So... We are already in Ecuador but before I will tell what we are doing here, let's finish our story with Peru and unexpected ending with Cuenca. As it turned out our last day there wasn't actually last one. Everything because of meeting Michael (Peruvian guy we've met with Urpi in Uyuni) and his generous proposal to make a car trip around Sacred Valley.
As similar trip in normal circumstances costs a lot we decided to skip it. But when Michael offer appeared we hesitated and decided to stay one day longer to look around and spent nice day with our friend. So we did. Trip was just perfect – sun was shining, valley was beautiful, Mike was making a lot of stops for photos and tasting local specialities (ok, we are not fans of frutillada – fermented chicha with strawberries). In the valley you can admire a lot of ruins conected with Inca culture but (as they are basicaly everywhere ;)) we decided to see impressing salinas (salt lakes?) situated on side of hill and shelter for rescued animals. I think you already know that the second place was the place for me as it had lamas and alpacas? But besides, place is new home for the animals which were saved from bad hands. Local community makes their best to heal them and if possible get them back to the wildness where they belong. Unfortunately for some of the animals it's impossible as their wings were cut (parrots), paws were damaged (jaguars), so many volunteers tries to rebuilt the place according to the demanding of animals. Yes, it's definitely worth to support them by visiting and donating. You can also go and help them if you have more time. We didn't as the north was calling us.
Night bus to Lima started our 3 day marathon sleeping in the bus. I must admit as much it is money saving it is also very painful for you back... But whatever. Visiting capital wasn't originally in our plans so we basicaly saw the main square, some strange street and then waited for the bus to Trujillo in Starbucks... Next morning welcomed us with rain and closed coffee places. Therefore we ended up in McDonalds using its internet facilities. There one trout guy found us and started to talk a lot about great trips agency can offer. As he was lowering constantly the prize finally we decided to get on ride with them. That's how we visited ruins of Chan Chan and Huacas del Sol and Huacas de la Luna. Especially destination number two was worth seeing it. Piramides of Sun and Moon build by Moche culture before Inca came to this lands turn out to be great. Temples build one on the other were huge and had colorful, detailed paiting on the walls what can be admired on 3 undercover layers (two of them are still waiting to be open but it takes time as the construction may be destroyed while opening). Really impressing view. Chan Chan place is more visited by tourists but it doesn't make such impression. Mainly because this pre-Inca city of Chimu culture was mostly destroyed and after discovery it was reconstructed a lot. So if you need to choose where to go we would recommend going to the Huacas rather then Chan Chan. Or visit both to have comparison :) And we – after leaving our fingerprints in bus company and being registered on camera – are heading to Ecuador!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz