11.05.2016

Ecuadorians

Ekwador a więc państwo, którego odwiedzenia początkowo nie mieliśmy w planach. A szkoda. Bo naprawdę warto. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że wizyta jedynie w tym jednym kraju da Wam przekrój tego, co w Ameryce Południowej zobaczyć można. Bo kraj maleńki a spotkacie tu wszystkie południowoamerykańskie krajobrazy – piękne wybrzeże, wysokie Andy, wulkany, jeziora, dżungla... Do tego jesteście w kraju położonym na równiku i odwiedzić możecie miejsce zwane Środkiem Świata (Mitad del Mundo). A i Ekwadorczycy przyjaznymi ludźmi są. Czegóż chcieć więcej? Ale od początku.

English version at the bottom. 



Wizyty w Ekwadorze nie zaczęliśmy najfortunniej, bo od wizyty w Guyaquil – dużym, zatłoczonym, pachnącym spalinami mieście. O pozytywnym aspekcie odwiedzin możemy mówić jedynie poprzez pryzmat trzech kwestii. Po pierwsze – park z iguanami. Chyba nie muszę rozpisywać się w temacie – Kacwin uwielbia zwierzęta a spotkanie oko w oko z miniaturami smoków przeżyciem jest wyjątkowym. Po drugie – to tutaj w konsulacie chińskim otrzymaliśmy wizę do Chin. Jej otrzymanie poprzedzone było wprawdzie zarwaną nocą z racji niemożności kupienia bletów lotniczych i ostateczną blokadą karty płatniczej, ale te chwile odeszły w zapomnienie, gdy następnego dnia po złożeniu aplikacji czekał na nas paszport gwarantujący nam wjazd na kontynent azjatycki. Nic to, że będę umierać w ciągu dziewiętnastogodzinnego lotu z Meksyku z Szanghaju... I wreszcie trzecia kwestia to nasza fantastyczna couchsurfurka Lissette, która wraz z mamą gościła nas przez te kilka dni w Guyaquil. Ta szalona dziewczyna zaczęła naszą serię spotkań z równie wspaniałymi Ekwadorczykami. I to głównie o nich będzie dalej.
Wraz z Lisą udaliśmy się do pięknego miasta Cuenca, gdzie zarówno ona jak i my zażyliśmy tuż po przyjeździe nocną przygodę. My trochę wystawieni przez naszego couchsurfera, stojąc pośrodku pustej ulicy, ratowaliśmy się pisaniem wiadomości do innego z nich – Juana, który na szczęście zdążył ją przeczytać i poinstruować nas o dojeździe do swojego lokum. Tak nas uratował i okazał się bezproblemowym studentem, przygotowującym się do obrony magisterium. Mimo natłoku pracy przedstawił nas nocnemu życiu Cuenci i zostawił do użytku swoje mieszkanie. 
Lissette miała mniej szczęścia (o czym dowiedzieliśmy się kolejnego dnia) – jej przyjaciel za jazdę po alkoholu zamknięty został w więzieniu a ona spędziła noc u nieznajomego, podpitego i zalecającego się do niej kolesia. Jakby tego było mało następnego dnia musiała wraz z przyjacielem raczej bocznymi uliczkami przechadzać się o ile ten postanowił w nocy z więzenia uciec. Takie ot przygody w pięknym i pięknie położonym mieście Cuenca. Po leniwym zwiedzaniu miasta zdecydowaliśmy się na podążanie szlakiem autostopowym w północną-wschodnią stronę. Wybrzeże z plażami niekoniecznie nas pociągało, tym bardziej że na wycieczkę na Galapagos to nas bardzo, ale to bardzo nie stać :D
Chordelec powitał nas już zakończonym targiem więc nie zawracaliśmy sobie głowy dłuższym pobytem, ale stopowaliśmy dalej – naszym celem było leżące w okolicy Macasu – Rio Blanco. Co warte odnotowania na marginsie – jak na razie Ekwador przoduje w ilości osób znających język angielski. Zarówno nasi poprzedni gospodarze – Juan i Lissette, jak i biorący nas kierowcy znali język Szekspira co oznacza, że my nie musieliśmy kaleczyć języka Cervantesa.
W Rio Blanco zatrzymaliśmy się u fantastycznej rodziny psychoterapeutów Natali oraz Hugo, którzy w tutejszej dżungli postanowili realizować swój projekt alternatywnego nauczania i życia w komunicie zakładającej wymianę dóbr i towarów (zamiast pieniędzy). W drewnianym domku pośrodku dżungli i plantacji bananów tak sobie spędziliśmy noce, w dzień pomagając-rozmawiając i gotując (tak, tak moje zdolności lepienia pierogów ruskich są coraz lepsze). A jedynymi ich gośćmi nie byliśmy – od kilku miesięcy pomagał im Argentyńczyk Mathias (notabene to on zaakceptował nasze zapytanie na couchsurfingu) a i wolontariuszki z Meksyku dane nam było uchwycić w czasie pierwszego wieczoru. Czas upłynął nam tu dość szybko i naprawdę z ciężkim sercem opuszczaliśmy tych niesamowicie radosnych i ciepłych ludzi...
Nasza kolejna couchsurferka Leslie z miejscowości Puyo również wpisuje się w ranking osób pozytywnie zakręconych. Mimo iż standardem dla dziewcząt w Ekwadorze (zwłaszcza w małych miejscowościach) jest posiadanie rodziny w wieku lat nastu, ona 26 letnia dzielnie stoi na stanowisku: najpierw doktorat z studiów nad insektami, później dwa lata na podróż a później myśli o rodzinie i pracy. Póki co przyjmuje gości i z uśmiechem nie schodzącym z twarzy wozi ich do zacisznej rodzinnej finci (domku) w dżungli, nad wodospad El Triunfo, opowiada o insektach wszelakich, zabiera na kosztowanie lokalnych specjałów i nawet stopuje z nimi (nami;)) do Misahualli, gdzie małpki wesoło skaczą po drzewach i gdzie przywykli do turystów Indianie ze znudzonymi twarzami odtańcowują za dolary swe tańce i do fotografii za dolary też się pozują. Dzięki obecności Leslie trochę jednak bardziej rozmowni są i nawet zainteresowanie nami okazują. Ach, no i zapomnieć nie możemy o zdolnościach negocjacyjnych Leslie – turystom każe się tu płacić 30 dolarów za transport łodzią, z Leslie kosztuje to dolarów dziesięć za osób trzy.
Sami powiedzcie, czy nie wspaniali ci Ekwadorczycy? :) 




------------------------- 

Ecuador originally wasn't on our list of countries we planed to visit. Our bad as the country is really worth seeing it. That country may be even called little South America as you can meet here almost every type of nature – cost, jungle, Andes. Not even mentioning that you are in the Middle of the World! And people are so friendly here... Can you imagine more perfect country to visit?
So our visiting Ecuador we started in Guayaquil – noisy, hot and not so welcoming city. But there were positives staying here 4 days. First of all Park full of iguanas – as a real admirer of animals I couldn't be more delight with passing it. Secondly, in Chinese consulate here we were able to get very easily our visa. Well, at least receiving them was easy. Night spent on buying fly tickets which resulted with blocked payment card wasn't easy. But finally we get it! Yeah, we're going to Asia. I will probably die during nineteen hours fly from Mexico to Shanghai... And last but not least we spent time in Guayaquil with Lissette and her lovely mum. They are starting our list with great Ecuadorians we've so far met.
With Lissette we went to beautiful city of Cuenca where each of us had night adventure. Me and Matej landed in a dark street with no presence of our couchsurfer host. Fortunately we were able to sent message to Juan (also from cs) who, noticed last minute, instructed us how to get to his place and later introduced us to night life of Cuenca. Thank you for that! Less luck had Lissette whose friend was arrested and she spent night with not so polite stranger. Next day when we've met she was again with friend...who decided to escape from prison and they were both kind of hiding from police. Yeah, life in Cuenca must be amazing. We walked a little bit of its streets and, amazed, went north-east as the west cost didn't seem to be any different from others we saw and Galapagos trip was far away from our budget.
So we decided to hitchhike and from the very beginning we were impressed as most of the people we've met spoke English and we were not forced to hurt anymore language of Cervantes. Crossing mountains we've arrived to small village Rio Blanco, near city of Macas. We were again in the jungle. And again with lovely family. This time it was couple of psychotherapists Natali and Hugo who decided to move from capital and start here their project of alternative school for children and creating community not based on exchanging money but products. With them, their children, Argentinian volunteer and (for one night) two Mexican girls we talked, laughed and cooked spending precious moments we will not forget. It was really difficult to say goodbye and go for our next couchsurfer in Puyo...
But the same situation repeated there. Leslie appeared to be very positive girl with big smile always on her face. Very special also, as she's planning her life very carefully and in opposite to plans other girls here have – studies, travels and then family. So far she just started her adventure with cs and is very generous with sharing her family house, food and stories. She took us for small trips to small house her family has in the jungle, to the waterfalls, she introduced us to local delicious food and accompanied us to the village with indigenous community in Misahualli. Not even mentioning her bargain skills!
Ecuadorians, aren't they amazing? 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz