22.04.2016

Let's Turn 30!

W związku z tym, że wydarzenia ostatnich dni przyćmiły historię zatrucia pokarmowego oraz tym, że niekoniecznie chce mi się do tych nieszczególnie pięknych momentów wracać, o pierwszym mieście w Peru, do którego zawitaliśmy nie  dowiecie się wiele. Powiedzmy, że byliśmy w Puno, nie dotarliśmy na pływające wyspy Uros i zapamiętamy stąd nocleg na dworcowym hostelu oraz pana riksiarza, który chciał nas oszukać na pieniądzach. Reszta leczenia przebiegła nam już w drugim największym mieście Peru – Arequipie, w doborowym towarzystwie naszych couchsurfingowych gospodarzy – Henry'ego i Juana Carlosa. A potem to jeszcze fajniej było ;)

English version at the bottom
Gospodarze lojalnie uprzedzeni zostali, że my to tak trochę chorzy jesteśmy, ale nie zmieniło to ich odpowiedzi i w godzinach wieczornych odwieźliśmy się z dworca do sympatycznego małego mieszkania, jakieś pół godzinki pieszo od centrum. Po przybyciu na miejscu okazało się, że nasi gospodarze dopiero zaczynają przygodę z couchsurfingiem i są... hmmm... bardzo gościnni jak na te parenaście metrów kwadratowych. Pierwszego wieczoru była nas szóstka (francuska para, dwójka z Urugwaju oraz my), drugiego już siódemka (my, para z Urugwaju, dwójka z Argentyny oraz jedna Francuzko-Amerykanka Nathalie). Niemniej jakoś udało nam się wszystkim umościć sobie posłania, nagotować, najeść i umyć się. 
Drugiego dnia Henry przeszedł się z nami po centrum miasta, zwanego często Białym Miastem (kolor skał wulkanicznych, z których Hiszpanie je sobie zbudowali) lub Rzymem Ameryki Południowej (ogromne ilości klasztorów tutaj są i swego czasu prestiżem było, aby porządna i bogata rodzina jedną córkę poświęciła dla ich służby). Poza tym miasto piękne położone, z zapierającymi dech w piersiach widokami na trzy górujące wokół wulkany – El Misti, Chichani oraz Pichu Pichu (domyślacie się, że ostatni ze względu na nazwę podobał mi się najbardziej). W czasie spaceru z Henrym ogarnęliśmy nawet zachód słońca z dachu jednej z przyrynkowych restauracji. I tak właściwie na przechadzaniu się po mieście a nawet burżujskim wożeniu się taksówkami upłynęły nam tutaj dwa dni. A taksówkami woziliśmy się bo kosztowało nas to 3-4 sole (3-4 złote), co przy cenach paliwa w Peru do teraz pozostaje dla mnie zagadką. 
Z Arequipy postanowiliśmy udać się do miasta Nazca,  znanego z bycia najbardziej suchym miejscem w Peru oraz liniowych „malunków“ pustynnych, których przeznaczenie do dziś pozostaje dla naukowców tajemnicą (teoria Reiche o kalendarzu upadła, gdy odkryto niedalekie linie Palpa). Sama Nazca miastem jest dość autentycznym, pomijając nagabujących cię wszędzie wycieczkowych naganiaczy i sfokusowane na turystów restauracje w centrum. My zdecydowanie (pomimo zatrucia) pozostajemy fanami jedzenia przydrożnego i (po raz pierwszy napotkanych w Nazca) stoisk kanapkowo-kawowych gdzie za 5 soli najesz się człowieku a najesz. Hotelik też dość przyjemny udało nam się wynaleźć – w centrum, z flegmatycznym panem o ciepłym spojrzeniu. To u niego zamówiliśmy też dwie wycieczki o ile  przemieszczanie się samemu po wcześniejszym rozeznaniu terenu okazało się nie mieć sensu. Oczywiście opcja dotycząca obejrzenia samych rysunków i linii związana jest najczęściej z przelotem nad nimi co w moim wypadku odpadało nie tylko ze względu na szaloną cenę. 
Alternatywą były natomiast dwie wieże widokowe, które w zasięgu wzroku kilka figur posiadały – z pierwszej podziwialiśmy ręce, drzewo oraz kawałek jaszczurki (kawałek, bo reszta zajeżdżona została przez ciężarówki kiedy o obrazkach mało kto wiedział i się nimi przejmował), z drugiej zaś udało się dostrzec rysunki rodziny oraz szamana (ale to już część figur Palpa). Linie doprawdy są imponujące i nie sądzę aby wrażenie z powietrze mogło być lepsze, tym bardziej że na pokładzie samolotu ani nie dostaniesz wyjaśnienia ani nie możesz podejść i z bliska poprzyglądać się jak rysunki mogły powstać.
Ciekawą opcją wycieczkową z Nazca okazał się również cmentarz Chauchilla. Miejsce reklamowane jako zrabowane cmentarzysko, odkurzone przez archeologów i wystawione na widok publiczny z rewelacyjnie  zmumifikowanymi ciałami sprzed kilkunastu stuleci. My już znamy takie bajery mumia w liczbie mnogiej oznacza zapewne jedej ubogi szkielet obwarowany szkłem i sporo bajerowania przewodnika. Dlatego wyobraźcie sobie nasze zdziwienie, gdy po dotarciu na miejsce zobaczyliśmy kilkanaście odkopanych rowów-grobów, gdzie ze stoickim spokojem odpoczywa sobie kilkanaście postaci skulonych w pozie embrionalnej... Doświadczenie trochę creepy – choć jak słyszymy od przewodnika co poniektórzy mądrzejsi wskakują do grobów i z taką mumią robią sobie selfie... Hmmm... takie zachowanie to ja milczeniem może pominę. Tym bardziej, że o miejsce to władze nieszczególnie dbają (raz na tydzień ktoś wejdzie do grobów śmieci pozbierać). Wydawać by się mogło, że takie odkrycie to super gratka archeologiczna. Nie w Peru – tu mumi sporo już odkopali, a że inne w lepszym stanie niż te z Chauchilli i można je skanować, prześwietlać to reszcie tak specjalnej uwagi i ochrony się nie poświęca. No cóż, co kraj to obyczaj, prawda? 
Z Nazca udajemy się do Cuzco, swego czasu najważniejszego ośrodka kultury inkaskiej w Peru i Ameryce Południowej. Po co tu przyjechaliśmy jest chyba oczywiste. Bo może i o Inkach, ich kulturze i osiągnięciach czy samym mieście Cuzco i jego historii niewiele umiemy powiedzieć, jeden obrazek z Peru u każdego z nas w głowie siedzi – ruiny potężnego miasta Machu Pichu, do kŧórego konkwisdatorom hiszpańskim nie udało się dotrzeć a więc i – w myśl chrześcijańskiej krucjaty – zniszczyć. Wiele udało im się natomiast zniszczyć w samym mieście Cuzco, o czym przekonywała nas już pierwszego dnia TOTALNIE rozemocjonowana pani z Free Walking Tour (słowo totalnie pojawiało się często dukrotnie w jednym zdaniu a pani miała dość piskliwy głosik:)))  Biję się w piersi za to co za chwilę napiszę, bo wiecie – miasto przepiękne, cudowna architektura, ślady domów budowanych przez Inków, kolorowe panie na ulicach, tyle historii wokół – a co mnie podobało się najbardziej?? No jasne, że odwiedziny podwórka z lamami i alpakami... Na swoje usprawiedliwienie mogę tylko dodać, że teraz to już umieć je rozróżniać (nie, że lamę od alpaki, ale lamę od lamy i alpakę od alpaki;)) Moją ulubienicą została zaś alpaka z dredami. 
Wracając jednak do historii miasta – ta krzyczy do ciebie zza każdego rogu, jest w każdej wąskiej uliczce, w każdym z kamiennych murów. Historia i historie... Patrzysz na imponujący kościół dominikanów i wiesz, że aby powstał równie imponujący pałac inkaski, stojący w tym miejscu musiał zostać wczesniej wyburzony, przechodzisz chodnikiem i drepcesz po kamieniach układanych tu przed stuleciami rękami fantastycznych naukowców, którym para deszczowa nakazała pośrodku ulic umieszczać kanał, w katedrze oglądasz obraz wieczerzy pańskiej, gdzie lokalny artysta na środku stołu umieścił  specjał kuchni peruwiańskiej – pieczoną świnkę morską... Muzea są tu na każdym rogu, turyści ciągną sznurkami jeden za drugim, nagabujący sprzedawacze wszystkiego czają się wszędzie, kolorowo ubrane panie zachęcają do zdjęć z alpakami/lamami, inne oferują godzinne masaże za jedyne 20 soli... Ale i tak spacer krętymi i wąskim uliczkami, raz w góre, raz w dół sprawia ci przyjemność. Przynajmniej nam sprawiał. Ba! Po mieście włóczyliśmy się całe 3 dni zanim udaliśmy się tam, gdzie udają się wszyscy, którzy na swej mapie podróży umieścili Peru. W samym mieście zachowywaliśmy się dość leniwie, po prostu po nim chodząc i je obserwując. I smakując. Poszukiwania Muzeum Ziemniaka nie powiodły się, wejście na wzgórze oczekiwało zbyt wiele pieniędzy, a pogoda zachęciła nas jedynie do kontemplacji w Muzeum Machu Pichu, gdzie udaliśmy się dnia następnego.
Szybko obliczamy, że wycieczka na Machu Picchu zrobiona samodzielnie nie wyjdzie nas specjalnie taniej niż ta organizowana z najtańszego hostelu na świecie (albo przynajmniej w Cuzco), jaki tu ogarnęliśmy (10 soli za noc).  W hostelu towarzystwo trochę hippie, wyluzowane i chce pomóc (płacę cały bilet, ale dostaję obietnicę, ze jeśli zaakceptują na miejscu moją legitymację studencką to zwrócą mi pieniądze). Do tego pan lubi Polaków, bo ponoć sporo dziewcząt tu przyjeżdża, dzięki którym przekonany jest, że w Polsce wszyscy świetnie mówimy po hiszpańsku ( w końcu jakiś pozytyw o Polakach;)).  I tak z samego rana spod hostelu Let's go Bananas ruszamy do Aquas Calientes (zwanych też wioską Machu Picchu) by już przed świtem dostać się TAM.  

Kochani, może uznacie to za śmieszne, ale normalnie łzy szczęścia/wzruszenia stanęły mi w oczach, gdy weszliśmy na szczyt. Wejście na Machu Picchu było jednym z marzeń dzieciństwa. Jeszcze z czasów, gdy podróżowanie tak daleko wydawało się nieosiągalne i za poznawanie świata służyć miały obrazki z „nagród ksiązkowych“ otrzymywanych w szkole... I w końcu i ja byłam na tym obrazku z dzieciństwa. Do tego wyjście kiedy – w trzydziestą rocznicę urodzin... Takich urodzin to ja chyba nie zapomnę nie? ;) Trochę kiczowate, ale moje własne i jakby wymarzone. A samo Machu Picchu? Nie będę oryginalna – wspaniałe i niemal nie do opisania słowami.  
Bo choć o turystów możecie się tu potknąć, to ruiny same w sobie są imponujące – od techniki budowania do samego ich umiejscowania (na wzgórzu, w środku dżungli). Przechadzać się pomiędzy kamiennymi ruinami świątyń, domów, pałąców inkaskich czy niegdysiejszymi polami uprawnymi można by godzinami. W kontemplowaniu miejsca przeszkadzają jedynie...inni :) Ale warto pocierpieć i poczekać aż pani w różowym sweterku zrobi sobie 5 selfie na tle każdego kamienia i w końcu zejdzie ci z oczu i na te 10 sekund będziesz jedynie ty, wioska i przepiękne góry wokół.  Myślę, że nawet w deszczu i mgle musi tu być niezwykle. Nie wiem na pewno, ponieważ pomimo pory deszczów (dzień wczesniej i nocą lało jak z cebra) dzień moich urodzin okazał się dniem wypełnionym słońcem i ciepłem. 
I na koniec tak byście byli kompletnie na bieżąco – Kacwin zawsze chciał mieć tatuaż i dzięki prezentowi od najwspanialszego męża na świecie (który podobnych praktyk okaleczania nie pochwala) oraz studio Mistical Tattoos od dziś nad kostką prawej nogi widnieje u niej... lama! :) O procesie w jakim bólu i cierpieniu powstała nie będę się rozpisywać, zdjęcie niech mówi samo za siebie.

PS. Wszystkim, Wszystkim – baaaaaardzo dziękuję za wspaniałe życienia urodzinowe. Czuję się cudownie mając świadomość, że o mnie pamiętacie i będę naprawdę najszczęśliwą osobą na świecie jeśli choć ułamek waszych życzeń się spełni. Specjalne podziękowania kieruję do Was kochani Stachowiczanie (z rodzinami;)) – zdjęcie mnie rozczuliło. Sentymentalny się człowiek najwyraźniej robi po trzydziestce...;) Kocham i tęsknie! 

----------------------------------------------
As recent events are much more interesting than telling you the food poison story I decided to skip it. About our visit in first Peruvian city - Puno, I can tell you – we've spent there night in hostel on bus station, we didn't go to flying islands of Uros and we've met one riksha guy who wanted to cheat us with money. The healing process was continued in the second largest city of Peru – Arequipa and we've been hosted there by very nice guys – Henry and Juan Carlos.
Despite knowing that we are little bit of sick they've decided to receive us and took care of us. After arrival to their sweet cosy apartment we discovered that actually that they are just starting their adventure with couchsurfing and are... hmmm... very generous in accepting requests considering space they posses. So first night we stayed there together with French couple and two Uruguyans, second night there was us, Uruguayan couple, two Argentinians and French-American girl Nathalie... Somehow we managed to have nice sleeping arrangements, eat and get shower. Next day Henry took us for a short walk in the city which is sometimes called White City (colour of the rock they used to build the buildings in the center) or Rome of the South America (there is a lot of churches and orders here, in colonial times it was prestige for a noble family to have at least one daugher as the noun). City itself has really nice location – in the valley, surrounded by three vulcano mountains – El Misti, Chichiani and Pichu Pichu (you can imagine I liked the name of the last one the most). All those we could admire by walking trough the little streets with Henry. He also took us to one spot in the main square – restaurant on the roof – from where we watched nice sunset ower cathedral and the city. That is what we basically do all the time there – walked or (like a kind of burgoise people) going by cabs. And we used taxis as the prize was unreasonably low. Especially when you see the prizes of the fuel on gas stations. Yeap, this part will be mystery for us.
From Arequipa we decided to go the the city of Nazca, famous because of being the driest place in Peru and (even more) because of the lines „paited“ on miles of the desert, presenting different figures which meaning is still discussed by scientisc (Reiche's works presenting it as a kind of calendar have many points to discuss especially after discovery of similar lines in Palpa). Nazca as a city presents a real nice inside of life in Pervian city. Of course you need to eliminate from your impressions a lot of touts trying to sell you excursions and very tourist restaurants in the city center. Because we still think (despite having food posison) that the best option is menu of the day in local reaturant or (first seen in Nazca) sitting on the provisoric table on the street where you can choose sandwiches and drink coffee. Hostel we found here also was really friendly – with flegmatic but very nice old man. After getting information we decided to buy some excursion directly from the place we stayed (it was cheap and much more easier than trying to reach any of places by ourselves). You need to know that they advertise everywhere short fly over the lines which suppose to be the best way to appreciate them. Well, in my case flying was off the table option and not because of the insane prize ;) Instead we choose trip to the two towers which give you a glimpse of what actually was made by old civilization on the desert. And actually it was totally worth it – from Nazca lines we saw preetty clear and close „hands“, „tree“ and little part of „lizard“ and from Palpa lines „family“ and the „shaman“. What's more our guide was quite educated in the topic and explained us exactly what we wanted to know.
Other interesting trip option from Nazca was excursion to Chauchilla cementary. Robbed cementery adverstised as place with a nice mummies promised to be kind a creppy so we went for that. Althought we were sceptical at the beginning as we were expecting (as always after such advertisments) almost empty place with maybe one or two mumified bodies over the glass window. After arriving on site we were very suprised as many discovered wholes-graves had inside one or more resting in peace bodies. What's more this archeological site isn't so good protected – there is garbage in the graves (ones a week somebody cleans it up) and absence of the guard encourege some people to get inside the grave for nice selfie photo... I will not even comment it. Obviously in a country such as Peru where mumified bodies were discovered in many places in much more better shape this is the only way you can protect it.
From Nazca we went to Cuzco – in a time the most imprtant city of Inca imperium. Why we came here it's quite obvious. Because you may not know Inca history neither history of Cuzco but for sure you are familiar with the beautifull ruins of Machu Picchu – Inca city on the top of the mountain which was not discoverd by the Spaniards and so also not destroyed. If they destroyed something here, it was city of Cuzco. Short history of the city with knowing the difference in Spaniard and Inca architecture was presented to us by TOTALLY sweet girl from Free Walking Tours (she used word totally at least two times in sentence and it was totally funny:)) But what I liked the most in the tour? Amazing architecture style – this unique Spaniard-Inca mixture? Colourful and full of life streets? Stories about Inca rulers? No... I feel ashame but the thing I enjoyed the most was visiting the garden with alpacas and lamas... And it as in the city where the history screams to you from each corner! For instance you see beautifull dominican church and you know that on this place before was standing huge and majestic Inca palace or temple, you walk the side and admire the knowlegde of Inca building little coridors for water, in catedral you see paiting of Last Supper but you spot guinea pig in the midlle of the table... Museums are on each street, tourist surround you the same as the sellers trying to convince you to buy something, colourfully dressed ladies ask you to take a picture with lama and the younger ones offer you a massges for ridiculous small amount. But it's still worth just to lost yourself on the small streets, going up and down... At least we enjoyed it much. How much, you can judge by hearing that we spent here 4 days and we only saw one musem and went inside one church... But we like observing the life going on here and we were looking for the cheapist option to go to Machu Picchu.
We counted really fast that going there independetly would cost as preetty much the same as the cheapiest tour we found in the cheapiest hostel in the world (or at least in Cuzco) which we found here (10 sole per night!). Hostel had really nice kind of hippie atmosphere and they were very helphulll. And the owner liked Polish peole and thought all of us speak perfect Spanish (as he has some travelers and they always suprised him with the knowlegde). So in the very morning with a nice company with other travelers we go to Aquas Calientes. It's raining and is cold.
Dears, I know it may sound ridiculous but I had tears in my eyes when finally reached the next day top of the mountain and saw „the view“. Climbing Machu Picchu was one of the dreams from childhood, from the times when traveling so far seemed to be impossible and you could know the world only by staring the pictures in the books (yeah, books not internet). And now I was in the middle of the picture admired so many years. And when it happened? On the day of my thirty birthday. It's kind of birthday I may never forget isn't it? I couldn't picture it better. And Machu Picchu itself? I will not be original – breathtaking...
Despite hundreds of tourists when coming in the very monirng you can enjoy majestatic mountains, virgin nature and well preserved ruins. Walking around the temples, palaces, gardens may take you hours. You just need to have patience sometimes. Like when the lady in a nice pink sweather takes milion of selfies. Finally she goes away and you can contemplate the view - for a moment it's just you, mountains and the ruins. I think even in rain and fog it's mistical experience. But I am not sure as the birtday welcomed me with sun and warm weather :)))
And at the end, just to keep you informed – I always dreamt to have a tattoo and thanks to the best husband in the world and Mistical Tattoos studio dream come true in a shape of...lama on the right leg. I suffered but was worth it.
And at the very end I want to thank you all for all your wishes you sent me that day. Special thanks for my best friends and amazing photo-gift! I love you guys and miss you!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz