14.04.2016

So... Let's Go Back To The Jungle!

Lenistwo i obserwowanie życia w Rurre nie mogło skończyć się inaczej... Gdy niespiesznie zbieraliśmy się na poszukiwanie motorowej taksówki na dworzec, z nieba spadła nam przecudowna para Boliwijczyków – Fabiola i Pablo... 

English version at the bottom
Choć oboje pochodzą z La Paz, poznali się w Rurrenbaque i to w tutejszej dżungli postanowili się osiedlić i prowadzić eco-farmę. I gdy mówię w dżungli nie mam na myśli domku w centrum miasta i plantacji z bananami, którą doglądają, dopływając tam motorówką. To miejscowi uciekają w ten sposób w większości z lasu, oni zaś postanowili, że 11 km od miasta, pośród palm, bananowców i drzew kakao postawią sobie domek a sąsiadami im będą miliony komarów, tarantule i kto tam wie co jeszcze. Gdy tak nam opowiadali o sobie w trakcie podwożenia nas na dworzec Matej nagle wpadł na pomysł zapytania ich czy nie potrzebują pomocy. Pablo z poważną miną poinformował nas, że jasne możemy z nimi jechać, ale musimy wziąć pod uwagę, że nie mają toalety, prysznica, jest bardzo gorąco i nie ma szans, aby komary nas nie pogryzły... No bardziej zareklamować się nie mógł jak się mozecie domyślić i po szybkich zakupach podskakiwaliśmy już po kamienistej drodze w nieznanym nam kierunku.

Na miejscu okazało się że drewniany domek jest uroczy, w czasie spania przed komarami chroni cię moskitiera, prysznic też da się wziąć a toaletę możesz sobie wykopać. Muszę przyznać, że jedynie korzystanie z toalety było wyzwaniem – komary naprawdę nic nie robiły sobie z repelentu i pogryziona zostałam w hmmm,,, najbardziej nieoczekiwanych miejscach ;) Ale cóż – warto było oj warto, bo Fabi z Pablem okazali się być z tej samej gliny ulepieni co i my – z poczuciem humoru, otwarci, pełni ciekawych historii (zakładając że sami siebie dobrze oceniamy;)). Uczciwie przyznajemy, że pomóc to my tam wiele im nie pomogliśmy – czas upłynął nam głównie na rozmowach, grze w kości, gotowaniu i od czasu do czasu zabiciu przypałętanego karalucha (a jest tu ich co najmniej kilkadziesiąt rodzajów). A na koniec zabrali jeszcze kajaki i razem z nimi wróciliśmy jeszcze raz na rzekę Beni. Tym razem jednak wycieczka nie popłynęła tak wysoko w górę rzeki jak wcześniej bo wszystko zależało od siły rąk Mateja. A że prąd wartki a my to pod prąd płynęliśmy te kilka zakrętów do łatwych nie należało (wierzę na słowo mężowi, bo ja nie wiosłowałam ;P). Spływ był jednak wspaniały – zobaczyliśmy jaskinię z nietoperzami, znaki węża wykute w skale i na jednym z plażowych przystanków dane nam było zażyć tropikalnej ulewy. Na koniec jeszcze przepyszny obiad w Rurre i możemy powiedzieć, że z całej naszej podróży (jak na razie) to Boliwia i Rurre sytuuje się na pierwszym miejscu. Fabi i Pablo – jeszcze raz bardzo dziękujemy. Jesteście bardziej niż mile widziani u nas! Rozstanie z dżunglą do łatwych nie należało choć nie ukrywam, że perspektywa normalnej temperatury i braku komarów ułatwiła decyzję.
Tak wróciliśmy do La Paz skąd niemal od razu przemieściliśmy się do Copacabany. Tej oryginalnej – od której pochodzi nazwa plaży w Rio de Janeiro. Miejscowość sama w sobie niczym specjalnym się nie wyróżnia jak na miejscowość turystyczną – mnóstwo agencji, busów, stoisk z pamiatkami, kawiarni... I jezioro Titicaca – największe i najwyżej położone na świecie (3800 m.n.p.m.) a na nim mnóstwo wysepek z najsłynniejszą Isla del Sol (Wyspa Słońca). Muszę przyznać, że po przeczytanej literaturze (zwłaszcza dotyczącej historii Inków i legend o składaniu ofiar z młodych kobiet na wyspie oraz narodzinach słońca i księżyca tamże) oczekiwałam, że jezioro i wyspa zrobią na mnie wrażenie. Niestety nawet posiadana wiedza i próby wyobrażenia sobie życia tutaj kilkaset lat temu nie zmieniły odczucia, że okolica przypomina właściwie wybrzeże i wysepki w Chorwacji. No dobra w Chorwacji nie mijają cię na ulicach lamy i alpaki, co trochę podnosi ocenę miejsca w moim osobistym rankingu, ale już drugi raz pewnie bym tu nie przyjechała. Co innego Rurre... Tam wracać się po prostu chce – mimo karaluchów, tarantul, węży i co tam inne chce cię zabić.
Ech, no dobra, nie będę tak zachwalać bo jeszcze tam pojedziecie i będzie tam jeszcze więcej turystów ;) Tak jednak skończyła się nasza przygoda z Boliwią – z Copacabany wyruszyliśmy do Puno – najbliższego miasta w Peru. I by tradycji stało się zadość – ostatniego dnia w Boliwii udało nam się nabawić zatrucia pokarmowego... Ale że objawy leczymy już w Peru, będzie to historia (albo i nie) do następnego posta. Trzymajcie się!
---------------------------------------------


Observing life of Rurre and just being lazy couldn't end in other way for us... When not-so-much-in-hurry we were going about to go and find some motor taxi to reach bus station heaven sent to us amazing Bolivian couple – Fabiola and Pablo...
Despite they are both from La Paz, they've met in Rurrenbaque and so it happen they've decided to move to the jungle and create some eco farm there. And when I'm saying about moving to the jungle I do not mean building nice lodge in the middle of th city and then just visiting your field with bananas by boat. It's what most of the local people do, trying to escape from living inside the forest. But not Fabi and Pablo – they bougth land 11 km outside the town and builded house actually inside the jungle - in neighberhood of palms, banana tres, mosquitos, tarantulas and whatever kind of animals which basically try to kill you. So when they offered us a ride to the bus station and talk all those above Matej just asked „Don't you need some help?“ And Pablo with a serious face ansewered „yes, but you need to know that we do not have a toilet, shower, it's hot and mosquitos may drive you crazy“. We didn't need more advertisment, we've been "in" and after buying some stuff we've jumped on bumpy road to the forest. When arrived on place we found out nice cozy wodden house, mosquito net was working, you could actually take some shower and the toilet could be dig out in the ground. So cool. Only the last thing was quite chalenging as mosquitos really didn't care about repelent and they bite me in most unexpected places ;) But was worth it as Fabi with Pablo appered to be so greeat personalities – smart, with respect to nature, brave (come on - they live in the jungle), full of interesting stories. To be honest we didn't help them much as we spent time mostly talking, playing games, cooking and from time to time killing some tarantula or cocrouch (and there is much more than one type of them in the jungle). On the last day they even took the kayaks and we had lovely raft on Beni river. Only this time we did a little part of the river as it was force of Matej's hands which allowed us to go anywhere (as I did just relaxing;)) On the raft we saw some snake made in rock by indigenous, bat cave and we experienced refreshing tropical storm. Great lunch finished our adventure with Rurre and we both agreed that this, so far, was our favorite place in the whole trip. Fabi, Pablo if you read this – thank you very much again! You are more than velcome in our home!
Leaving the jungle wasn't easy but I must admit that thought about reasonable temperature and lack of mosquitos helped to make decision.
And that's how we reached La Paz and almost directly headed to Capacabana. The original one – as the beach in Rio is named after this Bolivian city. And the city itselft doesn't have anything special. It's kind of similar to other tourist towns full of agencies offering trips, souvenir shops, restaurants and hostels. The main atraction is seeing Titicaca lake (the bigest lake on this high altitude – 3800 m above sea level) and swiming to Isla del Sol (where according to legends Incas made their sacrifieces from women and where the Sun was born). Well, to be honest I expected somethnig else after all readings I've made. On place I saw kind of big lake and island itself reminded me Croatian coast. What I really enjoyed however were llamas and alpakas. I do not regret visiting place but must probably I will not visit it again ;)
That's how our adventure with Bolivia ended – from Coapacabana we went to Puno which is our first Peruvian city. And to fullfill tourist tradition we get the food poison on our last day in Bolivia! But as we are curing ourselfes in Peru it's story for the next post.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz