Drodzy... Melduję, że
rosyjskie wizy tranzytowe otrzymaliśmy, przez Kazachstan się
przeprawiliśmy i właściwie to jeszcze chwilka i już będę mogła
na urocze polskie realia narzekać :) Ale to za chwilę, póki co –
historie kazachskie Was czekają. Tych być może sporo nie będzie i
nie tak już ekscytujące, ale po tylu dniach w drodze energia jakoś
z nas uszła i postanowiliśmy się polenić. A najlepszą wymówką
do lenistwa może być właśnie wpomniany ,czas oczekiwania na wizę.
English version at the bottom
Wizy rosyjskie jak wielu z Was
wie, do łatwych nie należą, jeśli nie zdecydujecie się na płatną
pomoc agencji pośredniczącej. My oczywiście sami rozkminiamy jakby
taki pięciodniowy (co najmniej) tranzyt przez Rasiję dostać tak,
żeby dało się jeszcze ciut-ciut coś zobaczyć. Składając
papiery dowiadujemy się, że jeden bilet na pociąg wyjeżdżający
z Rosji nam nie wystarczy – pan konsul bierze papiery i ostrzega
„rozpatrujemy, ale w dniu odbioru macie mi przynieść bilety na
całą trasę“. Hmmm... To chyba musimy cały ten Kazachstan jakoś
zaplanować? Tak też się dzieje. Gruby plik z wszelkiego rodzaju
biletami po Kazachstanie i Rosji kosztuje nas, bagatela, 360 euro i
naprawdę modlimy się, żeby wniosek o wizę rozpatrzony był
pozytywnie a późniejsze pociągi w nefralgicznych momentach się
nie spóźniły... Po tygodniu zaglądamy w okienko pana konsula,
który uważnie sprawdza nasz pakiecik i po chwili wręcza nasze
paszporty z pięknymi, świeżymi 5dniowymi wizami. (uwaga dla
składających w Almaty – teoretycznie możliwe jest dostanie wizy
tranzytowej do 10-ciu dni, w praktyce pan konsul zawsze lojalnie
ostrzega składających, że dostaną najdłużej na dni 5). Nasze
szanse przybycia wkrótce do Europy rosną z każdą minutą ;)
Ale
jeszcze jedna uwaga apropos biletów, bo teoretycznie te po
Kazachstanie moglibyśmy kupić tuż przed odjazdem i niespecjalnie
zatem planować trasę. Cóż, być może jest to możliwe poza
sezonem, w sezonie nasza konwersacja przy okienku kasowym na dworcu w
Almaty przebiegła mniej więcej tak:
- Dwa
bilety na dziś do Astany
- Na
dziś nic nie ma
- A
do Karagandy na dziś?
- Też nic
- A może do Shymkentu?
- Też nie
- Hmm, a w ogóle na dziś w
jakimkolwiek kierunku?
- Na dziś nie mam żadnych
biletów
- Ok, w takim razie jutro do
Astany
- Na jutro też nic nie ma....
I tak dalej. Siezon
naczałsia. Nie pozostało nic innego jak usiąść, zdecydować,
że w okolicy Almaty spędzimy ten tydzień oczekiwania na wizę a
potem dzień po dniu planujemy gdzie pojedziemy i z karteczką pełną
dat i godzin Matej dzielnie staje w „kolejce“ do kas. Kolejka to
zaś w przypadku kazachskich dworców to pojęcie umowne – kupa
ludzi okupująca okolice okołookienkowe, do której co chwilę
podchodzi ktoś pytając o ostatniego w kolece, zajmując sobie
miejsce i odchodząc. Do tego przepychanki, niemiłe słowa i
nieprzyjazne spojrzenia. Gdy dodamy do tego upał, moja irytacja i
wkurw sięgają zenitu i to Matej ogarnia pertraktacje z panią przy
okienku. Chwała mu za to!
No ale dość o technicznej
stronie wyjazdu – Almaty, miasto w którym w Kazachstanie
spędziliśmy zdecydowanie najwięcej czasu i jednocześnie miasto, w
którym nie zobaczyliśmy prawie nic :))) Nie żeby jakoś specjalnie
wiele można było tam zobaczyć – muzea, parki, do cyrku mogliśmy
pójść... Nam jednak tak spodobał się nasz Amigo hostel i
współtowarzyszący nam goście, że po prostu zapadliśmy tam w
letarg, przerywany smażeniem naleśników (Fancuzi smażyli więc
oczywiście nie były to naleśniki, ale francuskie crepes –
jak uporczywie dowodzili), urodzinową niespodziankę dla siostry
pani recepcjonistki czy oglądanie Kung fu Panda 3 i pyszne
niefiltrowane kazachskie piwko... By jednak nie wyjśc na totalnych
leniów i ignorantów byliśmy raz na spacerze po mieście, sporo
pospacerowaliśmu w stronę rosyjskiego konsulatu a ja to nawet do
muzeum instrumentów trafiłam przez nieuwagę! ;) A jedną noc to
nawet z poznanymi jeszcze w Chinach – San i Reece'em, spędziliśmy
pod namiotem w Kanionie Sharyn nieopodal dawnej stolicy.
Wynegocjowana taksówka dowiozła
naszą czwórkę do zakrętu gdzie asfalt zamieniał się w udeptaną
dróżkę, którą kilkanaście kilometrów maszerowaliśmy, aby
wreszcie móc cieszyć oko małym kazachskim kanionem Kolorado. I
mówię to bez przekąsu – choć miejsce na pierwszy rzut oka nie
wygląda imponująco, przy przechadzce można nabrać pewnych
wyobrażeń a na zdjęciach miejsce wygląda wręcz bajkowo. Do tego
rwąca rzeka, gra w Osadników z Catanu i zimne piwko
nastrajają pozytywnie, jedyny problem to nie wiedzieć skąd tu
wzięte komary, które tną niemiłosiernie. No i stopowanie z
powrotem do Almaty nie jest tak proste. Ogólnie, w związku z
kazachskim założeniem, że każdy samochód równa się taksówka,
stopowanie może być doprawdy irytujące. Ale idźmy (jedźmy) dalej
– Karaganda.
Tam nie zagrzaliśmy miejsca a
od razu hop-siup Matej zarządził marszrutkę do Dolinki, bo tu to
właśnie kiedyś jeden z największych w Związku Radzieckim gułagów
się znajdował. W latach jego największej „świetności“
przebywało tu nawet milion politycznie niepoprawnych. To im wioska i
okolice (m.in. Karaganda) zawdzięczają rozbudowany system
irygacyjny i tysiące posadzonych na stepie drzew. Do dziś w wiosce
Dolinka zachowało się kilka budynków zaś w budynku niegdysiejszej
administracji Karlagu urządzono muzeum. Przez smutną historię
miejsca przeprowadziła nas przesympatyczna pani w zaawansowanej
ciąży, która zupełnie niespodziewanie okazała się prowadzić
zwiedzanie w języku angielskim. Na koniec jeszcze odpowiedziała na
pytania Mateja i załatwiła mu kontakt na syna jednego z więzniów
łagru. Po nocy spędzonej w namioce, rozbitym na przywioskowej łące
wróciliśmy do Karagandy, by tam na maleńkim bazarze spotkać pana
sprzedającego warzywa, który owym synem więźnia był. Popokazywał
Matejowi zdjęcia, dokumenty a na koniec otrzymaliśmy w prezencie
siatkę z ogórkami. Tak wyposażeni odwieźliśmy się pooglądać
cuda stolicy Kazachstanu – Astany, prężnie budującej image
miasta nowoczesnego i gotowego na Expo 2017.
W Astanie już się nie
leniliśmy, ale intensywnie chodziliśmy. Pierwszego dnia ogarnęliśmy
nowoczesno-kiczowato-przestrzenne centrum, weszliśmy do
budynku-jajka, gdzie rękę odcisnął prezydent, Matej pojeździł
na gokartach a ja oglądałam rekiny – uwaga – w Centrum Rozrywki
„DUMAN“ (dla niewtajemniczonych: od niedawna połowa mojego
nazwiska tak właśnie brzmi). Drugi dzień przeznaczyliśmy na
poznanie historii pierwszego prezydenta Kazachstanu udając się do
Muzeum Pierwszego Prezydenta Kazachstanu. Choć wydaje się, że
właściwie każde muzeum tutaj mogłoby nosić podobne imię o ile
niemal każde zawiera w sobie ekspozycję z peanem na cześć
prezydenta nie wyłączając Muzeum Gułagu i Ofiar Stalinizmu
(ekspozycja o prezydencie i jego wkładzie w budowę Astany ?!)
Nusultan Nazarbajew – pierwszy i od ponad dwudziestu lat jedyny
prezydent Kazachstanu. Kochany przez lud, który to lud co kilka lat
wyraża swą wolę i nie pozwala mu odejść. Zresztą, co im się
dziwić wystarczy telewizję pooglądać: problem jest powiedzmy w
resorcie zdrowia, prezydent na specjalnej konferencji zaniepokojony,
z poważną miną przepytuje ministra zdrowia i poucza ojcowskim
twardym głosem co należy naprawić ergo prezydent dobry, mądry i
troskliwy to ci minitrowie jacyś tacy nieporadni. Ale tak jakoś
sobie trwają, bo lud kocha prezydenta a prezydent lud też więc i
ministrów nie wyrzuca za bardzo na bruk i sam nie odchodzi coby
chaos w państwie nie zapanował. A ci, co to psioczą na prezydenta,
że niby dyktator, prawo łamie, korupcję wspiera, bogaci stolicę
kosztem małych miast – ci, to nie wiedzą co mówią... Cóż...
Z Astany wsiadamy w pociąg do
Szymkentu i po 23 godzinach w warunkach, o których chcę zapomnieć
docieramy na miejsce, by tylko odetchnąć chwilę i od razu zbiec do
Turkestanu. Tam – piękno prawdziwe – Mauzoleum Yasaui, miejsce
pochówku dwunastowiecznego sufickiego nauczyciela i mistycznego
poety Kozha Ahmeda Yasauiego. I sam Turkistan miasto z wielką
historią o ile między XVI a XVIII wiekiem był stolicą kazachskich
chanów i jednym z ważnych ośrodków handlowych, leżących na
Jedwabnym Szlaku. Dziś to miasteczko przyciągające pielgrzymów z
całego Kazachstanu, chcących odetchąć choćby tylko powietrzem
swego mistrza, szeptających wersety Koranu przy jego grobowcu a
wieczorem gwarnie wylegających na place i ulice, by odpocząć po
dziennym upale. Miasto naprawdę warte zobaczenia, jeśli nie dla
niego samego czy jego mieszkańców to mozaikowa budowa w promieniach
zachodzącego słońca stanowi jeden z niezapomnianych widowków.
O niezapomnianych widokach, choć
już z innym ładunkiem estetycznym, można mówić w przypadku
Aralska, gdzie trafiliśmy na wyraźne życzenie mojego męża. No bo
to przecież super pojechać do miasta, gdzie kiedyś było morze, a
teraz go tam nie ma, jest natomiast rozpadający się port, muzeum ze
starymi łódkami, cmentarz statków (choć to rozbierane przez
zbieraczy wkrótce zniknie zapewne całkowicie) i samo morze
kilkadziesiąt kilometrów jazdy jeepem dalej. Kto by się oparł
pokusie wyjechania w step przy tak upalnej pogodzie? No na pewno nie
my... Ech, ostatecznie jednak nie było tak strasznie jak oczekiwałam
– pogoda nam postanowiła pomóc i się zachmurzyło i trochę
zbawczych kropli deszczu nawet spadło. A my dzięki uprzejmności
napotkanego Francuza dołączyliśmy do opłaconego jeepa a dzięki
uprzejmości przewodnika na noc okupowaliśmy podłogę u miejscowej
rodziny w miejscowości Żalanasz, od Morza Aralskiego oddalonej już
tylko około 10 kilometrów. Matej dość się zaprzyjaźnił z
miejscowymi a ja cieszyłam oko wielbładami, które po wsi kręciły
się i ryczały, co stanowiło o dość zwyczajno-niezwyczajnym
aspekcie tego miejsca.
A potem już trochę nuda – z
Aralska miliony godzin jedziemy do Atyrau (jednego z dwóch miast na
świecie położonego na dwu kontynentach), gdzie robimy sobie
zdjęcie w Europie i wsiadamy na kolejne godziny do pociągu, który
zawozi nas na wschodnio-południowe rubieże Federacji Rosyjskiej...
Pozdrawiamy z kontynentu europejskiego i do zobaczenia niedługo!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz