26.07.2016

Kazakhstan Experience

Drodzy... Melduję, że rosyjskie wizy tranzytowe otrzymaliśmy, przez Kazachstan się przeprawiliśmy i właściwie to jeszcze chwilka i już będę mogła na urocze polskie realia narzekać :) Ale to za chwilę, póki co – historie kazachskie Was czekają. Tych być może sporo nie będzie i nie tak już ekscytujące, ale po tylu dniach w drodze energia jakoś z nas uszła i postanowiliśmy się polenić. A najlepszą wymówką do lenistwa może być właśnie wpomniany ,czas oczekiwania na wizę.

English version at the bottom

Wizy rosyjskie jak wielu z Was wie, do łatwych nie należą, jeśli nie zdecydujecie się na płatną pomoc agencji pośredniczącej. My oczywiście sami rozkminiamy jakby taki pięciodniowy (co najmniej) tranzyt przez Rasiję dostać tak, żeby dało się jeszcze ciut-ciut coś zobaczyć. Składając papiery dowiadujemy się, że jeden bilet na pociąg wyjeżdżający z Rosji nam nie wystarczy – pan konsul bierze papiery i ostrzega „rozpatrujemy, ale w dniu odbioru macie mi przynieść bilety na całą trasę“. Hmmm... To chyba musimy cały ten Kazachstan jakoś zaplanować? Tak też się dzieje. Gruby plik z wszelkiego rodzaju biletami po Kazachstanie i Rosji kosztuje nas, bagatela, 360 euro i naprawdę modlimy się, żeby wniosek o wizę rozpatrzony był pozytywnie a późniejsze pociągi w nefralgicznych momentach się nie spóźniły... Po tygodniu zaglądamy w okienko pana konsula, który uważnie sprawdza nasz pakiecik i po chwili wręcza nasze paszporty z pięknymi, świeżymi 5dniowymi wizami. (uwaga dla składających w Almaty – teoretycznie możliwe jest dostanie wizy tranzytowej do 10-ciu dni, w praktyce pan konsul zawsze lojalnie ostrzega składających, że dostaną najdłużej na dni 5). Nasze szanse przybycia wkrótce do Europy rosną z każdą minutą ;)
Ale jeszcze jedna uwaga apropos biletów, bo teoretycznie te po Kazachstanie moglibyśmy kupić tuż przed odjazdem i niespecjalnie zatem planować trasę. Cóż, być może jest to możliwe poza sezonem, w sezonie nasza konwersacja przy okienku kasowym na dworcu w Almaty przebiegła mniej więcej tak:
- Dwa bilety na dziś do Astany 

- Na dziś nic nie ma 
- A do Karagandy na dziś? 
- Też nic 
- A może do Shymkentu? 
- Też nie 
- Hmm, a w ogóle na dziś w jakimkolwiek kierunku? 
- Na dziś nie mam żadnych biletów 
- Ok, w takim razie jutro do Astany 
- Na jutro też nic nie ma....
I tak dalej. Siezon naczałsia. Nie pozostało nic innego jak usiąść, zdecydować, że w okolicy Almaty spędzimy ten tydzień oczekiwania na wizę a potem dzień po dniu planujemy gdzie pojedziemy i z karteczką pełną dat i godzin Matej dzielnie staje w „kolejce“ do kas. Kolejka to zaś w przypadku kazachskich dworców to pojęcie umowne – kupa ludzi okupująca okolice okołookienkowe, do której co chwilę podchodzi ktoś pytając o ostatniego w kolece, zajmując sobie miejsce i odchodząc. Do tego przepychanki, niemiłe słowa i nieprzyjazne spojrzenia. Gdy dodamy do tego upał, moja irytacja i wkurw sięgają zenitu i to Matej ogarnia pertraktacje z panią przy okienku. Chwała mu za to!
No ale dość o technicznej stronie wyjazdu – Almaty, miasto w którym w Kazachstanie spędziliśmy zdecydowanie najwięcej czasu i jednocześnie miasto, w którym nie zobaczyliśmy prawie nic :))) Nie żeby jakoś specjalnie wiele można było tam zobaczyć – muzea, parki, do cyrku mogliśmy pójść... Nam jednak tak spodobał się nasz Amigo hostel i współtowarzyszący nam goście, że po prostu zapadliśmy tam w letarg, przerywany smażeniem naleśników (Fancuzi smażyli więc oczywiście nie były to naleśniki, ale francuskie crepes – jak uporczywie dowodzili), urodzinową niespodziankę dla siostry pani recepcjonistki czy oglądanie Kung fu Panda 3 i pyszne niefiltrowane kazachskie piwko... By jednak nie wyjśc na totalnych leniów i ignorantów byliśmy raz na spacerze po mieście, sporo pospacerowaliśmu w stronę rosyjskiego konsulatu a ja to nawet do muzeum instrumentów trafiłam przez nieuwagę! ;) A jedną noc to nawet z poznanymi jeszcze w Chinach – San i Reece'em, spędziliśmy pod namiotem w Kanionie Sharyn nieopodal dawnej stolicy.
Wynegocjowana taksówka dowiozła naszą czwórkę do zakrętu gdzie asfalt zamieniał się w udeptaną dróżkę, którą kilkanaście kilometrów maszerowaliśmy, aby wreszcie móc cieszyć oko małym kazachskim kanionem Kolorado. I mówię to bez przekąsu – choć miejsce na pierwszy rzut oka nie wygląda imponująco, przy przechadzce można nabrać pewnych wyobrażeń a na zdjęciach miejsce wygląda wręcz bajkowo. Do tego rwąca rzeka, gra w Osadników z Catanu i zimne piwko nastrajają pozytywnie, jedyny problem to nie wiedzieć skąd tu wzięte komary, które tną niemiłosiernie. No i stopowanie z powrotem do Almaty nie jest tak proste. Ogólnie, w związku z kazachskim założeniem, że każdy samochód równa się taksówka, stopowanie może być doprawdy irytujące. Ale idźmy (jedźmy) dalej – Karaganda.
Tam nie zagrzaliśmy miejsca a od razu hop-siup Matej zarządził marszrutkę do Dolinki, bo tu to właśnie kiedyś jeden z największych w Związku Radzieckim gułagów się znajdował. W latach jego największej „świetności“ przebywało tu nawet milion politycznie niepoprawnych. To im wioska i okolice (m.in. Karaganda) zawdzięczają rozbudowany system irygacyjny i tysiące posadzonych na stepie drzew. Do dziś w wiosce Dolinka zachowało się kilka budynków zaś w budynku niegdysiejszej administracji Karlagu urządzono muzeum. Przez smutną historię miejsca przeprowadziła nas przesympatyczna pani w zaawansowanej ciąży, która zupełnie niespodziewanie okazała się prowadzić zwiedzanie w języku angielskim. Na koniec jeszcze odpowiedziała na pytania Mateja i załatwiła mu kontakt na syna jednego z więzniów łagru. Po nocy spędzonej w namioce, rozbitym na przywioskowej łące wróciliśmy do Karagandy, by tam na maleńkim bazarze spotkać pana sprzedającego warzywa, który owym synem więźnia był. Popokazywał Matejowi zdjęcia, dokumenty a na koniec otrzymaliśmy w prezencie siatkę z ogórkami. Tak wyposażeni odwieźliśmy się pooglądać cuda stolicy Kazachstanu – Astany, prężnie budującej image miasta nowoczesnego i gotowego na Expo 2017.
W Astanie już się nie leniliśmy, ale intensywnie chodziliśmy. Pierwszego dnia ogarnęliśmy nowoczesno-kiczowato-przestrzenne centrum, weszliśmy do budynku-jajka, gdzie rękę odcisnął prezydent, Matej pojeździł na gokartach a ja oglądałam rekiny – uwaga – w Centrum Rozrywki „DUMAN“ (dla niewtajemniczonych: od niedawna połowa mojego nazwiska tak właśnie brzmi). Drugi dzień przeznaczyliśmy na poznanie historii pierwszego prezydenta Kazachstanu udając się do Muzeum Pierwszego Prezydenta Kazachstanu. Choć wydaje się, że właściwie każde muzeum tutaj mogłoby nosić podobne imię o ile niemal każde zawiera w sobie ekspozycję z peanem na cześć prezydenta nie wyłączając Muzeum Gułagu i Ofiar Stalinizmu (ekspozycja o prezydencie i jego wkładzie w budowę Astany ?!) Nusultan Nazarbajew – pierwszy i od ponad dwudziestu lat jedyny prezydent Kazachstanu. Kochany przez lud, który to lud co kilka lat wyraża swą wolę i nie pozwala mu odejść. Zresztą, co im się dziwić wystarczy telewizję pooglądać: problem jest powiedzmy w resorcie zdrowia, prezydent na specjalnej konferencji zaniepokojony, z poważną miną przepytuje ministra zdrowia i poucza ojcowskim twardym głosem co należy naprawić ergo prezydent dobry, mądry i troskliwy to ci minitrowie jacyś tacy nieporadni. Ale tak jakoś sobie trwają, bo lud kocha prezydenta a prezydent lud też więc i ministrów nie wyrzuca za bardzo na bruk i sam nie odchodzi coby chaos w państwie nie zapanował. A ci, co to psioczą na prezydenta, że niby dyktator, prawo łamie, korupcję wspiera, bogaci stolicę kosztem małych miast – ci, to nie wiedzą co mówią... Cóż...
Z Astany wsiadamy w pociąg do Szymkentu i po 23 godzinach w warunkach, o których chcę zapomnieć docieramy na miejsce, by tylko odetchnąć chwilę i od razu zbiec do Turkestanu. Tam – piękno prawdziwe – Mauzoleum Yasaui, miejsce pochówku dwunastowiecznego sufickiego nauczyciela i mistycznego poety Kozha Ahmeda Yasauiego. I sam Turkistan miasto z wielką historią o ile między XVI a XVIII wiekiem był stolicą kazachskich chanów i jednym z ważnych ośrodków handlowych, leżących na Jedwabnym Szlaku. Dziś to miasteczko przyciągające pielgrzymów z całego Kazachstanu, chcących odetchąć choćby tylko powietrzem swego mistrza, szeptających wersety Koranu przy jego grobowcu a wieczorem gwarnie wylegających na place i ulice, by odpocząć po dziennym upale. Miasto naprawdę warte zobaczenia, jeśli nie dla niego samego czy jego mieszkańców to mozaikowa budowa w promieniach zachodzącego słońca stanowi jeden z niezapomnianych widowków.
O niezapomnianych widokach, choć już z innym ładunkiem estetycznym, można mówić w przypadku Aralska, gdzie trafiliśmy na wyraźne życzenie mojego męża. No bo to przecież super pojechać do miasta, gdzie kiedyś było morze, a teraz go tam nie ma, jest natomiast rozpadający się port, muzeum ze starymi łódkami, cmentarz statków (choć to rozbierane przez zbieraczy wkrótce zniknie zapewne całkowicie) i samo morze kilkadziesiąt kilometrów jazdy jeepem dalej. Kto by się oparł pokusie wyjechania w step przy tak upalnej pogodzie? No na pewno nie my... Ech, ostatecznie jednak nie było tak strasznie jak oczekiwałam – pogoda nam postanowiła pomóc i się zachmurzyło i trochę zbawczych kropli deszczu nawet spadło. A my dzięki uprzejmności napotkanego Francuza dołączyliśmy do opłaconego jeepa a dzięki uprzejmości przewodnika na noc okupowaliśmy podłogę u miejscowej rodziny w miejscowości Żalanasz, od Morza Aralskiego oddalonej już tylko około 10 kilometrów. Matej dość się zaprzyjaźnił z miejscowymi a ja cieszyłam oko wielbładami, które po wsi kręciły się i ryczały, co stanowiło o dość zwyczajno-niezwyczajnym aspekcie tego miejsca.
A potem już trochę nuda – z Aralska miliony godzin jedziemy do Atyrau (jednego z dwóch miast na świecie położonego na dwu kontynentach), gdzie robimy sobie zdjęcie w Europie i wsiadamy na kolejne godziny do pociągu, który zawozi nas na wschodnio-południowe rubieże Federacji Rosyjskiej... Pozdrawiamy z kontynentu europejskiego i do zobaczenia niedługo!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz