I znowu z opóźnieniem
będzie... My to już o rosyjskie wizy się prosimy w Kazachstanie,
ale grzechem byłoby nie pozachwycać się na łamach tegoż bloga
małym, górzystym i niezwykłym Kirgistanie. Tak więc zapraszam na
podróż od tętniacego życiem bazaru w Osh, przez prowincjonalny
Biszkek aż po wody Issyk-Kula!
English version at the bottom

Z Chin do Kirgistanu
zdecydowaliśmy się przejechać przez Irkesztan Pass – taniej,
szybciej i jeszcze w hostelu znaleźliśmy parę która razem z nami
mogła dzielić koszty kolejnych taksówek. Bo tak ten transport
wygląda – taksówka do wejścia na granicę chińską, na granicy
taksówka do faktycznej granicy chińskiej, następnie taksówka
pomiędzy granicami i wreszcie taksówka do oddalonej wiele, wiele
kilometrów granicy kirgijskiej, skąd już tylko jeszcze jedna
taksówka do miejsca gdzie wbiją kirgiską pieczątkę i voila!
Jesteśmy w Kirgistanie! Osh okazuje się miastem cudownie leniwym
dla nas i wszystko w nim jakoś tak swojsko się toczy - nasz hostel
w związku z Ramadanem serwuje kolację zamiast śniadania, lody
sprzedawane na górze Sulejman-too są miłym zwieńczeniem spaceru w
palących promieniach słońca a bazar jest przeogromny, tani i
zachęca do kupowania coraz to ciekawszych produktów lokalnych i
nielokalnych. Leniwić się jednak za długo nie możemy bo Biszkek
wzywa – zaś o wizy kazachskie aplikować w Osh się nie da. Zatem
stopujemy na północ, ponoć trasa ta należy do jednych z
piękniejszych w Kirgistanie. Dzięki uprzejmości pana Kirgiza a później
tureckiej rodziny dostajemy się gdzieś w pół trasy, gdzie tak
pięknie zapada słońce nad ośnieżonymi szczytami, tyle tam jurt,
pasącego się dobytku i wolno hasających koni, że przy jednym z
potoków biwakujemy. By następnego dnia razem z panem tirowcem
zabrać się już do stolicy kraju.
Biszkek zaskakuje nas przede
wszystkim tym, że absolutnie nie wygląda jak stolica. Ba!
Niespecjalnie nawet jak duże miasto wygląda. Ot, schowane w cieniu
drzew postsowieckie budynki sennie spoglądają na przybyszów
maszerujących i wpatrzonych w ziemię, żeby w to w jaką dziurę
nie wpaść czy to chowających się przed czujnym wzrokiem tawarisza
Lenina. Niemniej niewielki Biszkek przypada mi do gustu, choć może
to bardziej zasługa przemiłej obsługi dobrze ukrytego hotelu i
bezproblemowowści w aplikowaniu tutaj o wizę kazachską. Nie na
tyle jednak by na cały tydzień ugrzęznąć tutaj w oczekiwaniu.
Nie, jedziemy nad jezioro Song-Kol. W Koczkorze orientujemy się w
cenach „agencyjnych“ i kolejnego dnia wywozimy się za okazyjną
cenę (pan i tak jedzie tam po turystów) na południowo-wschodnie
wybrzeże jeziora. Początkowy plan maszerowania wzdłuż brzegu
przez kolejne godziny upada gdy zbierają nam się nad głowami
ciemne chmurzyska. W jurcie położonej nieco dalej od turystycznego "jurtowego obozowiska" prosimy Aj Dżamal o schronienie. Przesympatyczna
kirgiska dziewczyna z uroczym dwuletnim chlopcem ma niewiele ponad
dwadzieścia lat, rosyjski zna „czut-czut“ i to chyba pierwsza
spotkana przez nas Kirgijka której uśmiech nie schodzi z twarzy.
Częstuje nas herbatą i specjalnie dla nas świeżo zrobionym
masłem. Ogromna ulewa decyduje się jednak ominąć jezioro więc na
wypożyczonych od Dżamali koniach ruszamy wraz z jej mężem do
ujścia potoku Jaram Echki. Tutaj perspektywa zimnej nocy przekonuje
nas do skorzystania z gościnności turystycznych jurt. Te do tanich
być może nie należą ale ze znajomością rosyjskiego, nie
oczekując śniadania czy kolacji można się utargować. Kolejny
dzień to przyjemna wędrówka w stronę rzeki (i takiej jakby miejscowości) Kilemche. Bez
przewodnika nie tak oczywista, ale dzięki temu trafiamy do nie tak
bardzo turystycznej jurty, gdzie przemiły pan oprwadza nas po
okolicy i przedstawia gospodarującej tam jego rodzinie. Słońce
świeci, widok na góry jest boski, rytm życia wyznacza tu
pasterski kalendarz... Co tu dużo mówić – zostajemy na noc.
Kolejnego dnia odprowadzeni przez pana rozpoczynamy piękny choć
mozolny i wyczerpujący marsz w stronę przesmyku Kyzart. Matej wiele
metrów przede mną by mojego sapania i narzekania nie słuchać. Do
dotarciu z powrotem do Koczkoru choć czas pozwala na dalsze
stopowanie, wygrywa perspektywa prysznica i nocy spędzonej w łóżku.
A następne dni upłyną nam
wokół jeziora Issyk Kul – drugiego największego, najwyżej
położonego jeziora na świecie (pierwsze to Titicaca). Jezioro jak
to jezioro, ale po drodze ciekawostek bez liku. Pierwszy przystanek
to słone jezioro leżące nieopodal. Dostopowanie tam okazuje się
przygodą samą w sobie, zwłaszcza ostatni odcinek. Po spojrzeniu na
wyboistą i kamienistą drogę, zbierające się gęste chmury i zero
aut na horyzoncie ruszamy z plecakami pieszo. O dziwo, tuż przed
oberwaniem chmury zatrzymuje nam się przepełniony samochód z
wesołą rosyjską rodzinką. I jeśli myślicie że w 5 osobowym
samochodzie nie zmieście się 8 osób to jesteście w błedzie. My
się pomieściliśmy, ale nie brak świeżego powietrza czy
ogłuszające okrzyki pijanej ciotki były problemem. Samochód
postanowił się popsuć – przejeżdżając z impetem przez drogę,
która wskutek ulewy zamieniała się momentami w rzekę podwozie
uderzyło w kilka kamieni i tak trochę się bak oderwał. Ale Johny
to mechanik więc problem niewielki, ot, tutaj postukamy, to
oderwiemy i wyrzucimy i można jechać dalej. Nad słonym jeziorem
Matej (a nawet i ja trochę) uprawia styl pływania „a la Morze
Martwe“ a potem opuszczamy wesołe rosyjskie towarzystwo i płuczemy
się w Issyk kolu, nieopodal stawiając namiot. Z naszymi
przyjaciółmi jednak się jeszcze zobaczymy – wbrew zdrowemu
rozsądkowi wjechali rozpadającym się autem na plażę i trochę
się w piasku zakopali. Próby wyciągnięcia, wypchania, podkopania
nie dają rezultatów więc co? Napijmy się wódki! Jak traktor
będzie wracał poprosi się o wyciągniecie. Problema niet.
Wydawało nam się, że
wydostanie się znad tej postradzieckiej atrakcji położonej daleko
od traktu będzie trudne. Zatrzymuje nam się bus wiozący –
przewodników i agentów turystycznych na wycieczkę rozeznawczą
przed sezonem! Młodzi i weseli proponują nam abyśmy jechali z nimi
nie tylko do drogi, ale tak po prostu na wycieczkę, na pomysł który dość
ochoczo przystajemy. I tak dostajemy się do miejsca gdzie są
petroglify (dobrze że wcześniej darowaliśmy sobie jazdę do nich –
aż nadto byśmy byli rozczarowani), miejsca z jakiegoś powodu
świętego (nie tłumaczą nam dlaczego), do Bajkowej Doliny (choć
nazwanie fallicznego kamienia podobizną słonia wydaje mi się
przesadą) i wreszcie do Barskoonu, gdzie po obiedzie u siostry pani
manager decydujemy się opuścić grupę i stopować w stronę Doliny
Barskoonu. Po drodze chowamy się prze ulewą na cmentarzu a pod
wieczór rosyjska, nie tak już trzeźwa para podwozi nas na
przepiękną łąkę w środku doliny. Tu rozbijamy namiot i
następnego dnia fotografujemy się z pomnikiem Gagarina, który tu
własnie wypoczywał, gdy już obleciał kosmosy. Recytujemy sobie
nauczony nas przez przewodników wierszyk „Jurij Gagarin, Charoshyj
parin, Pijot' moloko, Letyt vysoko“ i łapiemy stopa do wioski,
gdzie odwiedzamy pana wyrabiającego jurty. Na zwiedzaniu skupić się
mi trudno bo w międzyczasie przypominam sobie że moja obrączka
małżeńska została na jednym z kamieni w Dolinie... Ech, taksówką
wracamy i obrączka znowu ląduje u mnie na palcu.
Po takich to przygodach
dostajemy się do Karakolu. Tutaj czas zatrzymał się w miejscu o
czym świadczył choćby i nasz hostel. Przegięta tabliczka Yak
Tours przed drewnianym pochylonym i opuszczonym domkiem nie
wskazywała, abyśmy mieli jakieś szanse na nocleg. Jakież było
zdziwienie gdy otworzył nam pochylony wiekiem Sergiej i zaprowadził
do przeuroczej obwieszonej dywanami dwójki. Co więcej, nie byliśmy
tutaj jedynymi gośćmi i dzień następny spędziliśmy w miłym
towarzystwie czeskiej pary, Brazylijczyka oraz izraelskiej rodzinki.
A dzień ten (a właściwie dwa) minęły nam na wycieczce po
najgoszej drodze świata do ciepłych źródeł Ałtyn Arashanu. Stąd
mieliśmy trekować dalej w góry jednak pogoda pokrzyżowała nam
plany i skończyło się jedynie na rozmowach wewnątrz schroniska u
Walentina oraz kąpieli w strugach deszczu „w żabie“ z prawie
ciepłą wodą. A na drugi dzień pomaszerowaliśmy z powrotem do
wioski, gdzie nasza ekipa przy kawie powiększyła się jeszcze o
Polaka, Hiszpana i wspinaczkową parę z Iranu.
Z Karakolu wróciliśmy do
Biszkeku, odebraliśmy kazachskie wizy (po podejściu do okienka
nawet buzi nie otworzyliśmy a pan już nam podał paszporty) i ajde
– ostatnia wyprawa na bazar i jedziemy do Kazachstanu!
A Kirgistan? Cóż, to chyba
jeden z tych krajów do których się wraca... :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz