8.07.2016

In Just Perfect Country

I znowu z opóźnieniem będzie... My to już o rosyjskie wizy się prosimy w Kazachstanie, ale grzechem byłoby nie pozachwycać się na łamach tegoż bloga małym, górzystym i niezwykłym Kirgistanie. Tak więc zapraszam na podróż od tętniacego życiem bazaru w Osh, przez prowincjonalny Biszkek aż po wody Issyk-Kula!

English version at the bottom

Z Chin do Kirgistanu zdecydowaliśmy się przejechać przez Irkesztan Pass – taniej, szybciej i jeszcze w hostelu znaleźliśmy parę która razem z nami mogła dzielić koszty kolejnych taksówek. Bo tak ten transport wygląda – taksówka do wejścia na granicę chińską, na granicy taksówka do faktycznej granicy chińskiej, następnie taksówka pomiędzy granicami i wreszcie taksówka do oddalonej wiele, wiele kilometrów granicy kirgijskiej, skąd już tylko jeszcze jedna taksówka do miejsca gdzie wbiją kirgiską pieczątkę i voila! Jesteśmy w Kirgistanie! Osh okazuje się miastem cudownie leniwym dla nas i wszystko w nim jakoś tak swojsko się toczy - nasz hostel w związku z Ramadanem serwuje kolację zamiast śniadania, lody sprzedawane na górze Sulejman-too są miłym zwieńczeniem spaceru w palących promieniach słońca a bazar jest przeogromny, tani i zachęca do kupowania coraz to ciekawszych produktów lokalnych i nielokalnych. Leniwić się jednak za długo nie możemy bo Biszkek wzywa – zaś o wizy kazachskie aplikować w Osh się nie da. Zatem stopujemy na północ, ponoć trasa ta należy do jednych z piękniejszych w Kirgistanie. Dzięki uprzejmości pana Kirgiza a później tureckiej rodziny dostajemy się gdzieś w pół trasy, gdzie tak pięknie zapada słońce nad ośnieżonymi szczytami, tyle tam jurt, pasącego się dobytku i wolno hasających koni, że przy jednym z potoków biwakujemy. By następnego dnia razem z panem tirowcem zabrać się już do stolicy kraju.
Biszkek zaskakuje nas przede wszystkim tym, że absolutnie nie wygląda jak stolica. Ba! Niespecjalnie nawet jak duże miasto wygląda. Ot, schowane w cieniu drzew postsowieckie budynki sennie spoglądają na przybyszów maszerujących i wpatrzonych w ziemię, żeby w to w jaką dziurę nie wpaść czy to chowających się przed czujnym wzrokiem tawarisza Lenina. Niemniej niewielki Biszkek przypada mi do gustu, choć może to bardziej zasługa przemiłej obsługi dobrze ukrytego hotelu i bezproblemowowści w aplikowaniu tutaj o wizę kazachską. Nie na tyle jednak by na cały tydzień ugrzęznąć tutaj w oczekiwaniu. Nie, jedziemy nad jezioro Song-Kol. W Koczkorze orientujemy się w cenach „agencyjnych“ i kolejnego dnia wywozimy się za okazyjną cenę (pan i tak jedzie tam po turystów) na południowo-wschodnie wybrzeże jeziora. Początkowy plan maszerowania wzdłuż brzegu przez kolejne godziny upada gdy zbierają nam się nad głowami ciemne chmurzyska. W jurcie położonej nieco dalej od turystycznego "jurtowego obozowiska" prosimy Aj Dżamal o schronienie. Przesympatyczna kirgiska dziewczyna z uroczym dwuletnim chlopcem ma niewiele ponad dwadzieścia lat, rosyjski zna „czut-czut“ i to chyba pierwsza spotkana przez nas Kirgijka której uśmiech nie schodzi z twarzy. Częstuje nas herbatą i specjalnie dla nas świeżo zrobionym masłem. Ogromna ulewa decyduje się jednak ominąć jezioro więc na wypożyczonych od Dżamali koniach ruszamy wraz z jej mężem do ujścia potoku Jaram Echki. Tutaj perspektywa zimnej nocy przekonuje nas do skorzystania z gościnności turystycznych jurt. Te do tanich być może nie należą ale ze znajomością rosyjskiego, nie oczekując śniadania czy kolacji można się utargować. Kolejny dzień to przyjemna wędrówka w stronę rzeki (i takiej jakby miejscowości) Kilemche. Bez przewodnika nie tak oczywista, ale dzięki temu trafiamy do nie tak bardzo turystycznej jurty, gdzie przemiły pan oprwadza nas po okolicy i przedstawia gospodarującej tam jego rodzinie. Słońce świeci, widok na góry jest boski, rytm życia wyznacza tu pasterski kalendarz... Co tu dużo mówić – zostajemy na noc. Kolejnego dnia odprowadzeni przez pana rozpoczynamy piękny choć mozolny i wyczerpujący marsz w stronę przesmyku Kyzart. Matej wiele metrów przede mną by mojego sapania i narzekania nie słuchać. Do dotarciu z powrotem do Koczkoru choć czas pozwala na dalsze stopowanie, wygrywa perspektywa prysznica i nocy spędzonej w łóżku. 
A następne dni upłyną nam wokół jeziora Issyk Kul – drugiego największego, najwyżej położonego jeziora na świecie (pierwsze to Titicaca). Jezioro jak to jezioro, ale po drodze ciekawostek bez liku. Pierwszy przystanek to słone jezioro leżące nieopodal. Dostopowanie tam okazuje się przygodą samą w sobie, zwłaszcza ostatni odcinek. Po spojrzeniu na wyboistą i kamienistą drogę, zbierające się gęste chmury i zero aut na horyzoncie ruszamy z plecakami pieszo. O dziwo, tuż przed oberwaniem chmury zatrzymuje nam się przepełniony samochód z wesołą rosyjską rodzinką. I jeśli myślicie że w 5 osobowym samochodzie nie zmieście się 8 osób to jesteście w błedzie. My się pomieściliśmy, ale nie brak świeżego powietrza czy ogłuszające okrzyki pijanej ciotki były problemem. Samochód postanowił się popsuć – przejeżdżając z impetem przez drogę, która wskutek ulewy zamieniała się momentami w rzekę podwozie uderzyło w kilka kamieni i tak trochę się bak oderwał. Ale Johny to mechanik więc problem niewielki, ot, tutaj postukamy, to oderwiemy i wyrzucimy i można jechać dalej. Nad słonym jeziorem Matej (a nawet i ja trochę) uprawia styl pływania „a la Morze Martwe“ a potem opuszczamy wesołe rosyjskie towarzystwo i płuczemy się w Issyk kolu, nieopodal stawiając namiot. Z naszymi przyjaciółmi jednak się jeszcze zobaczymy – wbrew zdrowemu rozsądkowi wjechali rozpadającym się autem na plażę i trochę się w piasku zakopali. Próby wyciągnięcia, wypchania, podkopania nie dają rezultatów więc co? Napijmy się wódki! Jak traktor będzie wracał poprosi się o wyciągniecie. Problema niet.
Wydawało nam się, że wydostanie się znad tej postradzieckiej atrakcji położonej daleko od traktu będzie trudne. Zatrzymuje nam się bus wiozący – przewodników i agentów turystycznych na wycieczkę rozeznawczą przed sezonem! Młodzi i weseli proponują nam abyśmy jechali z nimi nie tylko do drogi, ale tak po prostu na wycieczkę, na pomysł który dość ochoczo przystajemy. I tak dostajemy się do miejsca gdzie są petroglify (dobrze że wcześniej darowaliśmy sobie jazdę do nich – aż nadto byśmy byli rozczarowani), miejsca z jakiegoś powodu świętego (nie tłumaczą nam dlaczego), do Bajkowej Doliny (choć nazwanie fallicznego kamienia podobizną słonia wydaje mi się przesadą) i wreszcie do Barskoonu, gdzie po obiedzie u siostry pani manager decydujemy się opuścić grupę i stopować w stronę Doliny Barskoonu. Po drodze chowamy się prze ulewą na cmentarzu a pod wieczór rosyjska, nie tak już trzeźwa para podwozi nas na przepiękną łąkę w środku doliny. Tu rozbijamy namiot i następnego dnia fotografujemy się z pomnikiem Gagarina, który tu własnie wypoczywał, gdy już obleciał kosmosy. Recytujemy sobie nauczony nas przez przewodników wierszyk „Jurij Gagarin, Charoshyj parin, Pijot' moloko, Letyt vysoko“ i łapiemy stopa do wioski, gdzie odwiedzamy pana wyrabiającego jurty. Na zwiedzaniu skupić się mi trudno bo w międzyczasie przypominam sobie że moja obrączka małżeńska została na jednym z kamieni w Dolinie... Ech, taksówką wracamy i obrączka znowu ląduje u mnie na palcu.
Po takich to przygodach dostajemy się do Karakolu. Tutaj czas zatrzymał się w miejscu o czym świadczył choćby i nasz hostel. Przegięta tabliczka Yak Tours przed drewnianym pochylonym i opuszczonym domkiem nie wskazywała, abyśmy mieli jakieś szanse na nocleg. Jakież było zdziwienie gdy otworzył nam pochylony wiekiem Sergiej i zaprowadził do przeuroczej obwieszonej dywanami dwójki. Co więcej, nie byliśmy tutaj jedynymi gośćmi i dzień następny spędziliśmy w miłym towarzystwie czeskiej pary, Brazylijczyka oraz izraelskiej rodzinki. A dzień ten (a właściwie dwa) minęły nam na wycieczce po najgoszej drodze świata do ciepłych źródeł Ałtyn Arashanu. Stąd mieliśmy trekować dalej w góry jednak pogoda pokrzyżowała nam plany i skończyło się jedynie na rozmowach wewnątrz schroniska u Walentina oraz kąpieli w strugach deszczu „w żabie“ z prawie ciepłą wodą. A na drugi dzień pomaszerowaliśmy z powrotem do wioski, gdzie nasza ekipa przy kawie powiększyła się jeszcze o Polaka, Hiszpana i wspinaczkową parę z Iranu.
Z Karakolu wróciliśmy do Biszkeku, odebraliśmy kazachskie wizy (po podejściu do okienka nawet buzi nie otworzyliśmy a pan już nam podał paszporty) i ajde – ostatnia wyprawa na bazar i jedziemy do Kazachstanu! 
A Kirgistan? Cóż, to chyba jeden z tych krajów do których się wraca... :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz