22.06.2016

In The Country Where YOU Are The Tourist Attraction

Chiny. A więc totalna zmiana w porównaniu z Ameryką Południową. Inny klimat, inne zachowania, inny język... Już pierwsze dni zapowiadały, że może to być niezły ubaw. Do tego jak dla mnie kulinarny raj – pałeczkowe jedzenie uliczne jest numerem jeden we Wszechświecie. Nic tylko podpatrywać co, jak i z czym i może wkrótce uda mi się w końcu  przyrządzić nie tylko sushi. A tak poza tym przygotujcie się na długaśnego posta... My już w Kirgistanie więc chińskie opowieści dostajecie rzutem na taśmę w całości. Enjoy!

English version at the very, very bottom :)
 
Przygodę z Chinami rozpoczęliśmy w Szanghaju, który – ku mojemu zaskoczeniu – nie przytłoczył nas swym ogromem, zanieczyszczeniem powietrza czy tłumami Chińczyków spieszących do/z pracy. Choć pewnie niemała w tym zasługa naszej couchsurferki Ling, której pomoc w naszych pierwszych i nieporadnych krokach po mieście była nieoceniona. Samo miasto turystycznie nie ma zbyt wiele do zaoferowania, no chyba że lubi się wielkomiejskie (metropoliowe) klimaty. I choć spojrzenie na szanghajski Manhattan robi wrażenie poza nim nie odnaleźliśmy tu miejsca dla siebie – Szanghaj był tylko przystanekim aklimatyzacyjnym do nowej rzeczywistości, w której nic nie rozumiemy i do której ogarnięcia potrzebujemy narzędzi, które komunikację mogły by nam jednak ułatwić (chińska karta do telefonu, apka na tłumaczenia, chiński whatsup zwany we-chatem, apka na vpn żeby jednak do poczty i fb się dostać...) Jak wspomniałam – pomoc Ling nieoceniona.
Tak odpocząwszy po locie z Kolumbii ruszyliśmy na południe, do Taipingu, gdzie to nasz kolega Miszo okazał się mieć przyjaciela Sunniego, który za naukę angielskiego mógł nas przenocować w swoim hotelu. A że miejsce nieopodal Żółtych Gór to i tam Sunny mógł nas podwieźć. Na miejscu okazało się, że w istocie to Sunny nie bardzo ma czas na angielski a i obecny kształt  angielszczyzny był zasługą bardziej komórkowego translatora niż wysiłku umysłowego naszego przyjaciela. Co jednak nie wiedział po angielsku nadrabiał super uprzejmością, uśmiechem i chęcią pomocy we wszystkim. Równie uśmiechnięta i pełna pomocy była jego dziewczyna. To ona zabrała nas na plantację herbaty swojej rodziny i tak łamanym czingliszem oraz translatorem coś nieco i opowiedziała. A kolejnego dnia Sunny podwiózł nas pod bramę wejściową skąd zaczęliśmy maszerować po górę... Pod górę... I dalej pod górę. Nikt inny pod górę nie szedł. Pewnie dlatego, że padało. I pewnie dlatego że pod górę to się wszyscy kolejkami wywożą. Podniesione w górę kciuki wesoło zbiegających po schodach Chińczyków po 2 godzinach człapania w przeciwnym kierunku wcale nas jakoś nie pocieszały. Po dotarciu na miejsce przed baaardzo drogim hotelem iluś-gwiazdkowym, na boisku do koszykówki zaczęliśmy rozkładać nasz namiot (za przyzwoleniem pana strażnika). Nie byłoby w tym nic osobliwego gdyby nie fakt, że niemal od momentu naszego pojawienia się na boisku zjawił się na nim tłumek gapiów, który wraz z kolejnymi etapami stawiania namiotu zmieniał się w coraz większy fotografujący nas tłum, który znajdował się coraz bliżej i bliżej... I gdy namiot już stał i rzeczy były w nim ułożone kilka osób tak sobie podeszło podotykać (na szczeście namiot, nie nas) i zajrzeć do środka.
Rano wstajemy na wschód słońca – ponoć morze chmur o tej godzinie jest niewiarygodne. Hmmm... tu uwierzymy na słowo, bo my ewidentnie trafiliśmy chyba w środek morza, gdzie ani słońca, ani nieba, ani nawet ziemi nie widać było. Ale paskudna poranna pogoda nie zniechęciła nas i szybciutko, by uniknąć tłumów turystów, pomaszerowaliśmy w stronę wielkiego zachodniego kanionu (West Grand Canion). Ufff... no co Wam będę opowiadać, spójrzcie na zdjęcia – widok nieziemski choć może ja bardziej doceniłam go już po powrocie o ile przy skalnej ścianie raczej skupiałam się na tym, żeby nie patrzeć w dół i żeby się nie rozpłakać. A później to już pozostawało się modlić o cierpliwość, żeby na trasie powrotnej kilku najbardziej wrzeszczących z tłumu nie zepchnąć w przepaść. Ale to tylko momentami – przy kolejce linowej najczęściej tłum topniał i powoli można było schod za schodem iść w dół, i w dół, i w dół... A w mieście i właściwie nawet po drodze jeszcze parę miłych niespodzianek nas czekało. Po pierwsze pierwszy stop w Chinach nie jechał tam gdzie my, ale pan po paru kilometrach zatrzymał się, kazał nam poczekać i za moment przyjechał inny samochód a pan z usmiechem na twarzy rzekł „Welcome to China“. I jeszcze „Taxi. City. No money. Go!“. A wycieczka uliczkami miasta zaoowocowało wizytą w dwóch herbaciarniach (oczywiście, że nikt nie chciał pieniędzy tylko zdjęcie z nami i rozmowę telefon-telefon) oraz w największej okolicznej fabryce herbaty. A! I jeszcze jedna z pań obsługujących otrzymała w prezencie godzinę mej pracy i kolorowego wrapsa na włosach.
W Xianie czekała na nas kolejna dość nowa couchsurfingowa przygoda, bo couchsurfingowaliśmy w hostelu. Ot, jak poinformowała nas Isou, właściciel jeśli ma wolne miejsca chętnie pomaga tym dłużej podróżującym i pięknie można się wyspać, pograć w gry czy pooglądać telewizję. Ale przecież nie po to się przyjeżdża do Xianu. Miasto samo w sobie posiada miejsca urocze i pamiętające czasy starych chińskich dynastii – mury okalające stare miasto, pagody, świątynie, najstarszy meczet w Chinach. Rewelacyjnym miejscem na zabłakanie się i zjedzenie obiadu jest dzielnica muzułmańska, gdzie wśród zapachów i nie-zapachów, wiszących mięs, pieczonych pit, krzyczących sprzedawców robisz uniki przed jeżdżącymi nieustannie rikszami, motorami, samochodami. Ale bynajmniej nie to przyciąga tu turystów z całego świata. Motorem napędzającym turystyczny biznes Xianu jest relatywnie niedawno odkopana Armia Terakotowa – tysiące kamiennych posągów wojowników strzegących spokoju duszy pierwszego cesarza Chin. Ba! Żeby tylko wojowników! Wszystko tam jest – generałowie, strzelcy, artyści, tancerze, konie, wozy, świnie, psy, kozy... Choć oczywiście kilkutysięczna armia robi największe wrażenie. Zdecydowanie najlepsza Armia Terakotowa jaką w życiu widziałam ;)
Nocnym pociągiem przesuwamy się do Chengdu (naprawdę Matejowi świetnie idzie kupowanie biletów bez znajomości języka – ukłony dla google translatora wielkie) gdzie jak możecie się domyślić Kacwin chce zobaczyć pandy. I pandy widzi. I jest zachwycona. I w głowie rośnie jej już pomysł na drugi tatuaż.... ;) No bo jak tu nie kochać tych czarno białych nieporadnych stworków i nie patrzeć na nie godzinami jak żują te swoje bambusy? A jak nie żują to śpią. Ewentualnie (to bardzo powoli i rzadko, niemniej udało nam się i ten moment uchwycić) wspinają się po drzewach. Sama radość po prostu, której nawet strugi deszczu nie zepsują. W związku z tym że żółw Enrique dokończył żywota w Szanghaju (odjechał w autobusie w nieznane), od miasta Chengdu zaczyna się era podróży z zakupioną tutaj pluszową pandą, która ochrzczona została Panda Lu (skrót od Lucyny). Poza tym w Chengdu czuliśmy się świetnie dzięki naszej fantastycznej couchsurferce Dianie, która starała nam się pomóc najlepiej jak umiała, przedstawiła nas chyba połowie grona pedagogicznego ze szkoły, której uczy, zaprosiła na obejrzenie zabawnej młodzieżowej wersji musicalu Greece (z uczniami jej szkoły w rolach głównych) i zabrała na seczuańskie (a więc pikantne), grillowane, wegetariańskie barbeque. Jej mieszkanie stanowiło naszą bazę wypadową nie tylko  do pand, ale i do Leszanu, gdzie wyciosany w klifie spogląda na rzeczny krajobraz największy Budda na świecie. Wow! Aż trudno wyrazić słowami intensywność emocji, gdy tak stoisz i spoglądasz czy to na jego siedmiometrowe ucho (z góry) czy spod stóp zadzierasz głowę i zastanawiasz się jak by go zmieścić w obiektywie.
W związku z tym, że nasz plan podróży nie przewidywał odwiedzin Tybetu (zbyt wiele zachodu, kasy a i tak wrzucą cię do wycieczki) postanowiliśmy choć trochę się do niego zbliżyć i postopować trochę w zachodniej części prowincji Seczuan, która kiedyś częścią Tybetu była. Zatrzymało się nam chyba pierwsze auto i dzięki naszej nieznajomości języka dostaliśmy się gdzieś w pół naszej drogi a pan powiedział, że w tutjeszych jurtach możemy spać. Okazało się, że to taka miejscowa atrakcja turystyczna, gdzie się człowiek prześpi, popatrzy na step, przejedzie na koniu, zrobi zdjęcie na jaku, pani mu zatańczy i on jest szczęśliwy. My ostatecznie przystaliśmy na nocleg bo założyliśmy że już spożywana przez nas kolacja (mięso z jaka serwowali między innymi) jest częścią ceny. Ostatecznie i śniadanie nas czekało i trochę podpatrzeć panie gotujące mi się udało więc przystanek dość interesujący. Choć dodam, że takich ogrodzonych jurt turystycznych spacerując wzdłuż drogi próbując chwycić stopa następnego poranka zobaczyliśmy jeszcze sporo. I sporo autobusów pełnych turystów, którzy faktycznie jazdę na koniu przytrzymywanym za uzdę przez pana sobie cenią... Ale co kto lubi, nie? I tak zgarnęła nas w końcu miła starsza para, z którą znowu język znaleźliśmy jedynie dzięki umiejętnościom google translatora. Langmusi, miejscowość do której pragnęliśmy się dostać, była jakoś 60 km dalej niż  destynacja wspomnianej pary. Dystans i bariera komunikacyjna nie przeszkodziły im jednak w podwiezieniu nas pod sam klasztor, który tam chcieliśmy obejrzeć.
O buddyjskich klasztorach (poczynając od tego na następnie opisywanych kończąc) trzeba powiedzieć, że „pachną“  masłem z jaka (zupełnie jakby mnisi zwrócili tam treści swych żołądków), dla niewtajemniczonego oka są do siebie nawzajem bardzo podobne, w większości były zniszone w czasie Rewolucji Kulturalnej i są zrekonstruowane, mimo wszystko są bardzo kolorowe i piękne a mieszkający wokół mnisi daleko odbiegają od naszych ich wyobrażeń (komórki, iphony, kamery, aparaty w dłoniach, głośne rozmowy, plucie resztkami słonecznika...). Langmusi taki klasztor właśnie na wzgórzu miało a Matej odwiedził nawet niedaleki wąwóz, gdzie uśmiechał się do mnichów a mnisi do niego a potem to nawet jabłko od nich dostał. A potem jak tak łapaliśmy stopa na drodze to samochód prowadzony przez mnicha nam się zatrzymał. Wprawdzie tylko parę kilometrów nas podrzucił, ale też sie liczy.
Kolejny pan otrzymał od nas informację, że chcemy jechać zobaczyć klasztor w Labrangu. My otrzymaliśmy informację, że jedzie gdzie indziej. Ostatecznie jednak przy skręcie gdzie powinniśmy się rozstać pan szybko skonsultował się z miejscowymi i postanowił do swojego miasta pojechać okrężną drogą tak, aby nas pod samiuteńki klasztor podwieźć... Serio. Bardzo panu dziękujemy i wpadamy zwiedzać jeden z najważniejszych klasztorów tybetańskich żółtych mnichów (nazwa od noszonych przez nich nakryć głowy). Kompleks jest ogromny bo składa się ze świątyń, drukarni, szkół i domów około dwóch tysiąca mnichów. Jeden z nich, nazwijmy go mnichem-Śmieszkiem zostaje naszym English-speaking przewodnikiem. Po angielsku mówi mniej więcej tak jak ja po czesku, do tego każde wypowiadane zdanie zdaje się go niezmiernie bawić. Śmiejemy się więc i my, bo jak tu się nie śmiać jak Śmieszek na pytanie co to za posąg odpowiada „nie wiem, jestem bardzo złym mnichem“ a przy odejściu gdy pytamy o drogę do drukarni macha ręką i bardziej zainteresowany jest kolegą zapraszającym go do gry w piłkę... O dziwo, absolutnie mnie to nie irytuje i z Matejem bawimy się wybornie. A do drukarni dostajemy się dzięki Gabrieli pracującej we włoskim konsulacie i znającej chiński. A! I jeszcze słyszymy tutaj kakofonię przedziwnych dętych dźwięków. Tak, mnisis w ramach nauki mają również lekcje gry na instrumentach. Po latach nauki nie wydają jednak z tych instrumentów dźwięków innych niż te słyszane z uczelnianego podwórka...
Do Lanzhou dostopowujemy już gdy jest ciemno i znalezienie noclegu okazuje się być wyzwaniem, bo po pierwsze większość hoteli jest poza naszym budżetem i po drugie – te mieszczące się w naszym limicie nie przyjmują obcokrajowców... Ostatecznie lituje się nam nami jakaś chcąca zarobić tych 40 złociszy pani i konspiracyjnie lądujemy w przedziwnym pokoiku. Noc okazauje się pełna przygód bo po naszym wypadzie na kolację pani już nie zastajemy i nie możemy się dostać do naszego pokoju. A gdy już ten problem zostaje rozwiązany dzięki uprzejmości jednego z „hotelowych“ sąsiadów pani daje nam burę (zakładam, bo chińskiego nadal nie rozumiem). W nocy zaś ktoś oświetlając nasz pokój latarką podgląda nas przez kraty w oknie. Jakby tego było mało pani budzi nas o niemiłosiernej siódmej godzinie rano i tyle mówi machając rękami, że rozumiemy że musimy szybko odejść.  
Tyle wrażeń że wsiadamy do autobusu jadącego do Zhangye. Po nieudanej próbie wystopowania z miasta (trochę ciężko jest wytłumaczyć Chińczykom o co chodzi z tym autostopem i tak pan zamiast na autostradę zawozi nas na autobus), zostajemy tu na noc by następnego dnia w niedalekiej miejscowości Mati Si obejrzeć Jaskinie Tysiąca Buddów. Cena taksówki zostaje wynegocjowana i nasze zwiedzanie dzielić będziemy z przemiłą parą holendersko-australijską – San i Reece'em. Pomimo iż przewodniki twierdzą, że poruszanie się po terenie udostępnionym do zwiedzania jest proste dzięki wszechobecnym drogowskazom, dla nas okazuje się to wyzwaniem. Po pierwsze znaki nie zawsze są po angielsku, po drugie brak na nich odległości czy czasu i wreszcie gdy już idziesz za znakiem dochodzisz do następnego skrzyżowania i znaku do „twojej“ destynacji już nie ma... Ale nie jest gorąco, widok na góry odsłonięty, miliona turystów brak (jeszcze nie sezon! Hurra!) więc spacerujemy by obejrzeć wielką skałę rozszczepioną na dwie połowy i dość z daleka wodospad. A z daleka dlatego, że uświadamiamy sobie, że wg planu to jaskinie są po drugiej stronie parku i musimy szybciutko tam iść jeśli chcemy złapać ostatniego busa do Zhangye. Zatem zbiegamy by być totalnie pod wrażeniem małych świątyń wyrzeźbionych w sklanej ścianie i wykończonych drewnem na zewnątrz. Uczucie spokoju i harmonii... W drodze powrotnej pan taksówkarz powiadamia busik żeby poczekał na nas na skrzyżowaniu i trafiamy z powrotem do miasta gdzie przed wyruszeniem na stopa oglądamy jeszcze drewnianą świątynię z ogromnym śpiącym Buddą.
Tego dnia nie udaje nam się jednak wydostać z miasta o ile zatrzymujące się samochody jadą w kompletnie innym kierunku... Dopiero następnego dnia na innym już wjeździe zgarniają nas vanem wesołe chłopaki, które (jeśli dobrze zrozumieliśmy) jadą gdzieś na jakiś festyn gotować. Zostawiają nas w połowie drogi na stacji benzynowej. Słońce pali, my stoimy, aut niewiele, sytuacja daleka od ideału. Po dłuższej chwili zatrzymuje nam się samochód z dwoma panami, którzy nie wiadomo co chcą – pytają co robimy, gdzie jedziemy, chcą widzieć paszporty a na nasze pytanie „zabierzecie nas kawałek?“ trochę niezrozumiale na siebie spoglądają. Biorą nas a podczas tłumaczonej googlem rozmowy dowiadujemy się, że są policjantami i wracają ze służby :))) To by wiele wyjaśniało.   
Jiayuguan – to kolejna miejscowość gdzie się dostajemy i nasza ostatnia szansa by jednak zobaczyć Wielki Mur Chiński. Wprawdzie już nam migał przez kilkadziesiąt kilometrów jazdy wzdłuż drogi, ale to co innego. Poza tym bilety tutaj nie tak drogie jak na te części przy Pekinie więc czemu nie podjechać się odfocić nie?;) No i moi mili teraz będzie najlepsza część a mianowicie opis jak odwiedzić tę część muru wydając na wszystko złotówkę (tak, tak – złotówka za całość). Po pierwsze należy darować sobie kupowanie biletu przy „odrestaurowanym“ forcie i generalnie jego wizytę, bo po pierwsze restaurowanie  oznacza postawienie od nowa a do muru i tak musicie dojechać taksówką. Więc autobusem podjeżdżacie jedynie do wejścia i zaczynacie maszerować, stopując w kierunku samego muru (jakieś 7-8 km). Nas zgarniają panowie robotnicy pod samo wejście. I tu haczyk bo są tu dwie części muru. Ta dalej od miasta ma więcej turystów i jest w cenie biletu do fortu a ta bliżej miasta kosztuje 30 juanów i ma... dziurę w murze, którą skręcając w boczną drogę bez trudu zobaczycie i spokojnie się do niej dostaniecie... Do tego jeśli macie szczęście to akurat ta część muru w sezonie mniej turystycznym będzie zamknięta i tak pospacerujecie i pofocicie się na Wielkim Murze Chińskim kompletnie sami... :D Niewarygodne, ale prawdziwe. Z powrotem też stopujecie do miasta. Nas zabiera najpierw do skrzyżowania pan na motoro-wózku (jedziemy zamknięci w takiej klatce dla owiec lub konia a pan się uśmiecha) a potem  sympatyczna para turystów, którzy oczywiście ani słowa po angielsku nie umieją powiedzieć. Jeszcze raz powtórzę za całą przygodę płacimy złotówkę i jeden uśmiech. Do tego Mur Chiński jest pierwszym miejscem w Chinach gdzie nie jesteśmy z żadnym innym turystą! :D
Trochę mniej szczęścia mamy jeśli idzie o turystyczne możliwości kolejnego miasta Donhuangu i jego atrakcji w postaci jaskiń Mogoa. Już samo dotarcie tam było wyzwaniem o ile informacje na wikitravel były dość nieprecyzyjnie. Później niesmak wzbudziła w nas cena biletu – 220 juanów za osobę, tabuny i rzesze turystów oraz pierwsze spojrzenie na wejście do jaskiń – ewidentnie bardzo, bardzo niedawno dobudowane... Po takim wstępie trudno oczekiwać pewnie entuzjastycznej recenzji? I tu się mylicie, jaskinie pomimo całej tej otoczki warte są obejrzenia... Ich wykuwanie w skale ropoczęło się w V wieku naszej ery i rozrastało się wraz ze wzrostem znaczenia Donhuangu jako ważnego ośrodka handlu na Jedwabnym Szlaku. Wszystko zresztą pięknie obejrzycie na dwóch zaprezentowanych wam wcześniej filmach – historię Jedwabnego Szlaku, samego miasta, początków buddyzmu na tych terenach. Drugi film prezentowany w 3D pokaże Wam najmniejsze detale samych jaskiń o ile do części z nich nie można się dostać – światło i wilgoć niszczą kolorystykę mozaik i posągów. A potem wraz z panią przewodnik, która posiada magiczne klucze otwierające drzwi do wybranych grot, możecie zdumieni i zachwyceni przyglądać się artystycznym majstersztykom sprzed stuleci.
I tak powoli kończymy nasze podróżowanie po Chinach w ich zachodniej bardziej ujgurskiej a więc i muzułmańskiej części – najpier Turpan skąd wyceczkujemy się do Tuyuku i na zakończenie Kaszgar skąd już tylko parędziesiąt kilometrów dzieli nas od Kirgistanu. Doświadczenie obu miejsc totalnie inne niż pozostałych miejsc odwiedzonych w Chinach. Właściwie gdyby nie chińskie jedzenie i chińskie znaki gdzieniegdzie spokojnie można by powiedzieć, że jesteśmy gdzieś pomiędzy Grecją a Turcją. Meczety, bardziej ozdobna architektura, dywany, leniwa i niespieszna atmosfera... W Turpanie dowiadujemy się co nieco o historii okolic w darmowym i dobrze zangliczonym muzeum a White Camel hostel daje nam tak upragniony w tej temperaturze cień i wentylator. Jako tako da się dogadać po angielsku i wynegocjować nieco tańszą wycieczkę do Tuyuku i Płomiennej Góry. O ile ta druga niespecjalnie płonie (bardziej oblegana jest turystycznie dzięki roli jaką odegrała w jakimś chińskim filmie) tak muzułmańska wioska Tuyuk prezentuje się o wiele lepiej niż oczekujemy. Błąkamy się wśród starych domostw, chłoniemy atmosferę miejsca i generalnie topimy się z gorąca :)
Na podróż do Kaszgaru spuszczę zasłonę milczenia o ile mimo posiadania kilku godzin czasu spóźniamy się na nasz pociąg i nasze wspaniałe miejsca sypialne (podróż trwa 18 godzin) zamienić musimy na twarde siedzenia w zatłoczonym wszystkimi i wszystkim przedziale pociągu zwykłego... Senna i leniwa atmosfera miasta Kaszgar łagodzi jednak moje nerwy. Szkoda, że tylko jeden dzień możemy się cieszyć jej urokiem. Cóż, dalsze krainy wzywają a i wiza się kończy. Zanim jednak skończę tego posta kilka słów reflekji post-chińskiej.
Od Państwa Środka nie oczekiwałam wiele, stąd może i moje miłe zaskoczenie. Przede wszystkim – przesympatyczni i pomocni ludzie. Bariera językowa dzięki telefonom i translatorom nie jest aż tak wielkim wyzwaniem a czasem zwykły uśmiech wystarczy by przełamać lody. Chińczycy lubią cudzoziemców i zewsząd słychać tutaj przeróżne odmiany „heloł“ zachęcające do zatrzymania się i zrobienia sobie z helołującym osobnikiem zdjęcia. Poza tym Chiny to miejsce gdzie możecie zapomnieć o łyżce czy widelcu i wcinacie chińszczyznę pałeczkami (hmmm... pychota!). Do tego za śmieszne pieniądze jeśli nie boicie się night marketów i jedzenia ulicznego (tak jak my). Co zabawne jak na Chiny, sos sojowy nie stoi tu na każdym stole a to co tak wygląda okazuje się przedziwnym mixem sosu sojowego, octu i czegoś jeszcze co niekoniecznie nadaje potrawom smak taki jak pamiętacie „od Chinczyka“. Moi kulinarni ulubieńcy to: podsmażany makaron ryżowy z krewetkami, wypełnione warzywami robione na parze pierogi, pikantne szaszłyki warzywne po seczuańsku (czyli pikantne) oraz naleśnik o smaku pikantnej pizzy. Wszystko oczywiście ma chińską nazwę, której absolutnie nie pamiętam :) Do tego dodajmy, że jesteśmy jednak w kraju gdzie produkuje i pije się namiętnie herbatę czyli Matej jest szczęśliwy. Ach i nie dajcie sobie wmówić że wegetarianom jest cieżko się wyżywić w Chinach. Matej przeżył i nawet się najadał (tylko sobie słowniczek trzeba przygotować „nie jem mięsa, ryb i owoców morza“, „lekko pikantne poproszę“ choć to drugie zdanie i mnie się przydaje :))
Ale jest też jednak zła strona mocy jeśli idzie o Chiny i bynajmniej nie jest to zanieczyszczenie powietrza o którym się tak trąbi wokół (serio, nie czułam się gorzej niż wychodząc na spacer w Krakowie ;)) Do niektórych zwyczajów Chińczyków zwyknąć się nie da. Przynajmniej ja nie potrafię. Bo tak jak krzyczenie do telefonu, gapienie się na nas czy ciągłe robienie nam zdjęć może na dłuższą mete co najwyżej irytować to już plucie wszędzie budzi poczucie wstrętu i odruchu wymiotnego. Bo plucie pluciem ale dźwięk wydawany przed splunięciem który świadczy że pan/pani sobie wszystko z płuc, nosa i wszelkich wnętrzności innych odcharknęli za każdym razem sprawia, że żoładek mi się wywraca a na samą myśl o tej czynności wzdrygam. Udało mi się przetrwać, ale w związku z tym uroczym zwyczajem myślę, że nigdy do Chin się nie przeprowadzę :)) 
  I na koniec jeszcze, żeby Wam dzień osłodzić - gifko z pandami :)
 

------------------
So guys, China... I didn't have any expactations when arriving to the country and after seeing it a bit (we're actually in Kyrgystan already) I can say, I really have enjoy it, but after almost one month being in the country when you don't understand anything, I was pretty much happy when we left it :) 
Polish version of the post is significantly longer as I wrote it partially on the way and I was to lazy to translate it in the same time. I thought I will do it when posting but... yeah, I'm still lazy ;) So if you want details-details and some more funny stories from China you can try google translate it (then for sure they will be more funny and you will get the point how confusing it was for us using google translator as comunication source with Chinese) and here I will just give you some general thoughts and impressions.
We started in Shanghai couchsurfing with Ling who helped us a lot with so many stuff that we will be grateful forever. Shanghai itself was pleasent city. Maybe not so worth visit if you're not much into big cities but good place to start travelling. Then we've moved to Thajping, small town near Yellow Mountains where our friend's friend lives and he was so wonderful that he agreed to host us in his hotel. Together with his girlfriend and friends they were really nice company to stay with. And Thajping presented itself as a city with very open and hospitable people who really like foreigners (we were invited to drink tea in tea places and one girl took us for a trip to the tea plantation and tea factory). And our friend Sunny gave us the ride to the entrance of Yellow Mountain Park – place as much nice as many tourist it has :) And tourist are mainly from China and they use cable cars. We didn't. We walked all the way up, up and up and the next day all the way down, down, down. We also put a tent in front of the nice 3-4star hotel (on the basketball field) collecting a lot of attention from those other staying in hotel (picture time!). Although we were not able to see „sea of clouds“ neither the sunrise place is beautiful expecially when you walk in the very very morning. Later it gets crowded. After small hitchhiking experience we move by train to Xian where we have another great host – Isou, Jeff and the other people from this crazy, cozy and nice hostel. In Xian we appreciated the most muslim quarter, old city walls and I quess also Teracota Army ;) No, but seriously, the best Teracota Army I've ever seen ;) Impressive. In next city – Chengdu we spent fantastic time with our beautiful host Diana and yes! We went to visit pandas there! So cute. I could stay there forever and watch how they eat those bamboo... Near there, in Leshan there is Giant Cliff Buddha so went there also and were amazed by it. Then we moved some more distance to get to the Gansu province which is part of China litlle more close (geographically and culturallly) to Tibet so you can imagine we saw quite few buddhist temples, buddist monks and buddhist caves (towns: Langmusi, Labrang, Mati Si). And then again we completely changed the surroundings as we went to Xinjang province which is inhabited mostly by Uighurs so you have muslims and mosques there and you feel yourself somewhere in halfway beetween Greece and Turkey not like China at all (Turpan, Tuyuk or Kashgar). In those two provinces we hitchhiked a bit and experience was very positive. Despite not knowing languages people were so friendly and helpful that you cannot imagine. Even if they were not going to the direction we wanted they changed the route or they just went 60 km more to take us there... Also policeman after duty took us bit. Oh, and we cannot forget that in city of Donhuang we went to one of oldest parts of Great Wall of China and the total cost of it was around 0.30 dolar! (spent for the public bus ticket; most road we hitchhiked and then found whole in one part of the wall and enter without ticket only to found out that actually this part is closed. So we've been alone there. On the Great Wall of China... :D) Awesome! And now we are in Kyrgystan so happy that we can communicate here. And China? Well, as said at the beginning very interesting, firendly country with helphul people and jummy, cheap food. Althougt quite challenging as you need to get used to their not so nice habits as very loud phone talking, pushing, not keeping distance, taking picture of you/with you without even asking (yes, obviously YOU are the tourist atraction), very loud eating and most disgusting – spiting everywhere... But in general – really worth visit! 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz