Uff, ten post będzie takim szybkim skrótem z Kolumbii, gdzie to po ekwadorskich przygodach trafiliśmy. Szybkim bo jesteśmy już w Chinach! Po dwóch przesiadkach (3 starty, 3 lądowania, 10 godzin czekania i łącznie niemal 23 godziny w powietrzu); ci, którzy mnie znają są właśnie pełni podziwu, że nie zwariawałam, albo nie zeszłam na zawał w trakcie nawet pisania tego zdania). Szanghaj powitał nas deszczem i smogiem zatem powrót myślami do kilkunastu ostatnich dni na kontynencie południowoamerykańskim jest więcej niż przyjemnością. Tu tez chce sie usprawiedliwic za forme wizualna posta - niestety szyfrowane polaczenie vpn mamy tylko na telefonie i to stad plyna dosc pokracznie wygladajace wpisy.
Kolumbia... Wszyscy ostrzegali nas żeby uważać, że niebezpiecznie, że może lepiej nie a jesli już to hotele i destynacje ściśle turystyczne. Nasz pobyt w Kolumbii choć krótki bardzo był intensywny i nie tak bardzo gringo. Jeśli kiedyś wrócimy do Ameryki Południowej zdecydowanie to Kolumbia będzie krajem, do którego wrócić musimy.
Zaczęliśmy w Ipiales, gdzie na chwilę zbiegliśmy do fantastycznie położonego w wąwozie sankturaium Las Lachas. Widok faktycznie wart zachodu choć wizytę w muzeum można było sobie darować. Później ukierunkowani przez Asię (tutaj polecam jej rewelacyjny i inspirujący blog: Somos dos) postanowiliśmy znowu uciec w stronę bardziej dżungli niż wybrzeża by spotkać się z szamanem w Sibundoy i udać się (po raz kolejny) na koniec świata. Pierwsza część planu nam się nie udała o ile szaman był chory a inni w związku z jakąś fiestą miasta wylegli na ulice oglądać pochód tańczących w deszczu grup. Ale nic nie szkodzi; w Sibundoy znaleźliśmy genialną pizzerię, hotel za 6 dolarów (dwójka z prysznicem!) a i taneczny korowód w strugach deszczu ulicami miasta był na tyle unikatowy, że warto było spędzić tu chwilę. Koniec świata w Mocoa jednak wzywał. I tak rano pan załadował nas na najtańsze miejsca w samochodzie z przyczepą. Oczywiście najtańsze miejsca to te z tyłu; na dość oryginalnie przystosowanej do siedzenia przyczepie. Nie byłoby problemu gdyby nie fakt, że najbliższe 3 godziny podskakiwaliśmy na kamienistej drodze wijąc się po zakrętach to w dół to w górę, tak że błędnik momentami nie ogarniał. Pierwszego dnia w Mocoa spotkało nas jednak rozczarowanie bo ja bardzo, ale to bardzo chciałam zobaczyć leniwce w centrum Amazonico. To jednak postanowiło być otwarte jedynie w weekendy... Nie pozostało zatem nic innego niż udać się na koniec świata. A konkretnie w stronę wodospadu Fin del Mundo. Trochę dziwna wydawała nam się jego nazwa o ile jesteśmy nie tak daleko znowu od równika, w dżungli, do cywilizacji relatywnie blisko... skąd niby tu ten koniec świata? Ale Asia wyraźnie napisała, że jest przecudnie więc idziemy. Koniec szlaku wijący się pomiędzy mniejszymi i większymi wodospadzikami, zalewami doprowadził nas do wielkiego huku i miejsca, gdzie woda po prostu znikała z pola widzenia. Baaaaardzo ostrożnemu wychyleniu się w tym miejscu towarzyszył widok pionowej kilkudziesięciometrowej ściany skalnej; w tej przepaści znikała woda w postaci monumentalnego wodospadu. Prawdziwy koniec świata zaiste. Przepiękny. Nawet padający deszcz nic nie zmieniał w naszych odczuciach, a nawet dodawał uroku (że nie wspomnę o innych turystach, których z racji warunków pogodowych nie spokaliśy wielu).
"Hmmm... tutaj to nie, ale pod miastem, w Bruselas, tam mają sporo plantacji może tam zapytacie? Jest taki znany pan Javier San Juan i może on Wam coś pokaże?"; - zabrzmieała odpowiedź i po chwili zaprwadzeni zostaliśmy przez nią do autobusu zmierzający do Bruselas. Pan kierowca poinstruowany przez panią kogo i gdzie szukamy po dojechaniu do wioski dzielnie przepytywał miejscowych by w końcu zatrzymać się przed jednym z domów, wyjść z autobusu razem z nami, zadzwonić i powiedzieć mile uśmiechającej się pani, że przywiózł jej turystów. So far so good.
Tak trafiliśmy do domu i jednocześnie miejsca wyrobu kawy Javiera San Juana, który z nieukrywanym entuzjazmem i radością zgodził się nas oprowadzić po plantacji, fince i linii produkcyjnej. A właściwie zadanie to w więszkości zlecił rodzinie i pracownikom, bo sam -jak to prawdziwy czlowiek biznesu - dość zabiegany był. Ale nic nie szkodzi bo rodzina przesympatyczna (w związku z problemem komunikacyjnym nawet na noc nas zaprosiła do siebie) a i Javier ostatecznie też chwilę dla nas znalazł pospiesznie biegając wśród drzewek kawowych i w kapeluszu oraz ponczo pozując do zdjęć. Do tego zwiedzanie jego sklepów, mnóstwo opowieści, mnóstwo kawy i wizytę w turystycznie niezbyt obieganym Pitalito uznajemy za bardziej niż udaną.
Kolejne z naszych destynacji turystów powinno posiadać już więcej a to z racji znajdujących się wiekowych kamiennych posągów o przedziwnych antropo-zoomorficznych rysach, których przeznaczenia naukowcy do dziś się domyślają. Choć od razu dodam, że nie owe posągi nas tu przygnały. O nie, nie. San Augustin było właściwie ostatnią możlwiością dla Mateja, żeby spotkać się z szamanem i poddać się jakiemuś rytuałowi oczyszczającemu a, jak dowiedzieliśmy się od rodziny Javiera, w San Augustinie dwóch panów owym szamanowaniem się parało. I tak rano Matej wyruszył na poszukiwanie pana, ja zaś przypomniałam sobie jak to cudownie samej pałętać się po uliczkach małego miasta, gdzie mili panowie w sklepach przy zakupie dają ci rzeczy w prezencie (dwie bransoletki i kolczyki za jeden uśmiech), zapraszają na kawę (kwaśną i niedobrą ale co tam) czy wreszcie za darmo zupełnie podwożą na motorze do muzealnego wejścia, gdzie gdy brzydko i pada (mój przypadek pogodowy) w spokoju i ciszy można się poprzechadzać i podziwiać przeróżne kamienne stwory. Mój dzień w San Augustinie okazał się więc nieoczekiwanie super mega pozytywny, w przeciwieństwie do mojego męża, który z swej przygody powrócił cokolwiek markotny o ile jego szaman okazał się panem w bardziej kowbojskim niż szamańskim stroju, który w polu grzechotką wykrzyczał mu nad uchem jakieś hokus-pokus a potem poprosił o sporo pieniędzy. Czyli jeśli szaman to jednak warto poczekać aż wyzdrowieje ten w Sibundoy ;)
I wreszcie - Bogota. Na wizytę w stolicy kraju nie zostawiliśmy sobie sporo czasu bo zaledwie jeden dzień. Wszak stolica jak to stolica - co ciekawego nas tu może spotkać tym bardziej że jesteśmy w hostelu a ja żyję już stresującą myślą o czekającym mnie locie... Pani w informacji turystycznej szybko wymyśla nam program bo nasz trochę się sypie, o ile jest poniedziałek i wszystkie muzea, które ewentualnie byśmy chcieli odwiedzić są zamknięte... Ostatecznie dzień okazuje się być pełen atrakcji: od wizyty na targu (gdzie kupujemy sobie fajne prezenty), wypicia kawy w jednej najlepszej kawiarni w Kolumbii (po kilku już próbach dochodzimy do wniosku że jednak ta "prawdziwa" kolumbijska, kwaśna kawa nam nie smakuje) przez maraton free tour z panią-wulkanem energii wurzucającą z siebie milion słów na minute na wieczorze zakończonym grą w tejo (czyt.techo). O tym ostatnim napisze Wam więcej o ile w tak absurdalnie zabawną grę jeszcze się nie bawiłam a wiedzieliśmy o niej dzięki jednemu z video materiałów, które kiedyś przygotowywał Matej. A gra się to tak: ustawiasz się człowieku kilkanaście metrów naprzeciwko dużej tarczy wypełnionej gliną w której środku znajdują się małe trójkatne punkty-papierki; w ręce trzymasz okrągły, spłaszczony kamień i rzucasz tak, aby trafić trójkącik. Nie byłoby to nic innego niż zmodyfikowana gra w rzutki, gdyby nie fakt, że pod papierowymi trójkącikami i małą warstwą gliny znajduje się kamień a one same wypełnione są prochem więc jak trafisz jest wielkie BUM! Ogłuszający dźwięk strzału z pistoletu i pełne uznania okrzyki grających przy innych tarczach. No i za grę się nie płaci. Teoretycznie. Bo praktycznie grać możesz tylko jeśli kupisz sobie przynajmniej pół skrzynki piwa - nieodłącznego elementu gry... Plus miejsce gdzie grasz zdecydowanie nie wygląda na miejsce tłumnie odwiedzane przez turystów. Zresztą zobaczcie na zdjęciach.
Bogotę żegnamy dnia drugiego, jeszcze rano szybko obiegając największe muzeum złota i hop-siup Kacwin łyka tabletki uspokajające by przeżyć lot Bogota-Meksyk-Tijuana-Szanghaj... Przeżywa ;)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz