Do Gori co roku, zwłaszcza w miesiącach letnich, ciągną tłumy.
Również Polaków. Być w Gruzji i nie zobaczyć miejsca, w którym
urodził się „bolszewik z granitu“, odpowiedzialny za
śmierć kilkudziesięciu milionów ludzi? Cóż, prawdę
powiedziawszy byłabym w stanie to sobie wyobrazić. Ale jesteśmy
razem. Podróżując z człowiekiem, którego fascynacje czasami dość
mocno różnią się od twoich, musisz wybierać: rozdzielacie się
albo ćwiczycie sztukę kompromisu nawet w trakcie podróży. Ja
wybieram opcję nr 2 i idę do marmurowego skansenu, w którym, jak
się okazuje, czas zatrzymał się w roku 1953 – przewodnik
recytuje gotowe frazy, pokazuje stalinowskie pamiątki, recytuje
fragmenty z listów do matki Josifa...Tutaj zdjęcie nad morzem wodza, tutaj waza od przyjaciół z wyzwolonej Polski, a tu gratka – możesz się sfotografować w wagonie, w którym podróżował! Zaraz, zaraz? A wojna, głód, represje, wywózki? „Koniec wycieczki, dziękuję Państwu bardzo za uwagę.“ Na odchodne spojrzenie do sklepiku z pamiątkami. Wiersze autorstwa Stalina? Dziękuję, wychodzę. Dość szybko.
Gori nie pozostawia na mnie najprzyjemniejszego wrażenia. Z jednej
strony rozumiem chęć utrzymania monumentalnego stalinowskiego
artefaktu przyciągającego do miasta co roku turystów, z drugiej
oburza mnie wybiórcze traktowanie historii i muzealna niepamięć
honorująca wielkość rosyjskiego dyktatora. Gdzie tu miejsce na
osławioną gruzińską niechęć do Rosjan? W dość refleksyjnym
nastroju wyjeżdżamy z Gori. Po kilku dniach Stalin znów pojawić
się ma na naszej trasie. Tym razem jednak zupełnie przypadkiem. W
środku nocy lądujemy w małej miejscowości Tskaltubo. W
przepastnej bazie wiedzy internetu udaje nam się w końcu odnaleźć
kilka słów o mieście. Okazuje się, że trafiliśmy do uzdrowiska
(hmmm... widok za oknem zupełnie na to nie wskazuje), w którym
wprawdzie niewielu dziś turystów z Zachodu, ale sporo kuracjuszy z
całej Gruzji oraz Azerbejdżanu czy Armenii. I miał tu bywać sam
wódz Stalin. Wzrok Mateja mówi sam za siebie, a o poranku ruszamy
na poszukiwania „Istocznika nomier 6“. Rozpadający się budynek
z monumentalnym wejściem pośród kolumn odnajdujemy dość łatwo.
Jakież jest nasze zdziwienie po wejściu do środka. Po raz kolejny
świat zatrzymał się w miejscu. A my stoimy w poczekalni pachnącej
zgniłymi jajami, wokół panie w kwiecie wieku czekają na kąpiele
i inhalacje, zaś ich dzieci wesoło biegają dookoła wielkich
waz ustawionych pomiędzy kolumnami... Warto czasem pójść razem z
Matejem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz