1.09.2013

Za bolszewikiem z granitu

Do Gori co roku, zwłaszcza w miesiącach letnich, ciągną tłumy. Również Polaków. Być w Gruzji i nie zobaczyć miejsca, w którym urodził się „bolszewik z granitu“, odpowiedzialny za śmierć kilkudziesięciu milionów ludzi? Cóż, prawdę powiedziawszy byłabym w stanie to sobie wyobrazić. Ale jesteśmy razem. Podróżując z człowiekiem, którego fascynacje czasami dość mocno różnią się od twoich, musisz wybierać: rozdzielacie się albo ćwiczycie sztukę kompromisu nawet w trakcie podróży. Ja wybieram opcję nr 2 i idę do marmurowego skansenu, w którym, jak się okazuje, czas zatrzymał się w roku 1953 – przewodnik recytuje gotowe frazy, pokazuje stalinowskie pamiątki, recytuje fragmenty z listów do matki Josifa...

Tutaj zdjęcie nad morzem wodza, tutaj waza od przyjaciół z wyzwolonej Polski, a tu gratka – możesz się sfotografować w wagonie, w którym podróżował! Zaraz, zaraz? A wojna, głód, represje, wywózki? „Koniec wycieczki, dziękuję Państwu bardzo za uwagę.“ Na odchodne spojrzenie do sklepiku z pamiątkami. Wiersze autorstwa Stalina? Dziękuję, wychodzę. Dość szybko.


Gori nie pozostawia na mnie najprzyjemniejszego wrażenia. Z jednej strony rozumiem chęć utrzymania monumentalnego stalinowskiego artefaktu przyciągającego do miasta co roku turystów, z drugiej oburza mnie wybiórcze traktowanie historii i muzealna niepamięć honorująca wielkość rosyjskiego dyktatora. Gdzie tu miejsce na osławioną gruzińską niechęć do Rosjan? W dość refleksyjnym nastroju wyjeżdżamy z Gori. Po kilku dniach Stalin znów pojawić się ma na naszej trasie. Tym razem jednak zupełnie przypadkiem. W środku nocy lądujemy w małej miejscowości Tskaltubo. W przepastnej bazie wiedzy internetu udaje nam się w końcu odnaleźć kilka słów o mieście. Okazuje się, że trafiliśmy do uzdrowiska (hmmm... widok za oknem zupełnie na to nie wskazuje), w którym wprawdzie niewielu dziś turystów z Zachodu, ale sporo kuracjuszy z całej Gruzji oraz Azerbejdżanu czy Armenii. I miał tu bywać sam wódz Stalin. Wzrok Mateja mówi sam za siebie, a o poranku ruszamy na poszukiwania „Istocznika nomier 6“. Rozpadający się budynek z monumentalnym wejściem pośród kolumn odnajdujemy dość łatwo. Jakież jest nasze zdziwienie po wejściu do środka. Po raz kolejny świat zatrzymał się w miejscu. A my stoimy w poczekalni pachnącej zgniłymi jajami, wokół panie w kwiecie wieku czekają na kąpiele i inhalacje, zaś ich dzieci wesoło biegają dookoła wielkich waz ustawionych pomiędzy kolumnami... Warto czasem pójść razem z Matejem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz