30.08.2013

Przypadek: Gruzja

Po pierwsze: jak?

Jeśli chodzi o transport – wątpliwości nie było. Postanowiliśmy poruszać się w miarę możliwości autostopem, wystrzegając się utartych szlaków turystycznych oraz nie planując trasy zanadto do przodu. Ci, którzy choć raz byli w Gruzji z pewnością zrozumieją, dlaczego dość szybko zaczęliśmy dziękować Stwórcy, że to nie Gruzini wymyślili prawa ruchu drogowego. Tylko tutaj może powstać korek przy wyprzedzaniu, auta mogą być prowadzone przez czternastoletnich chłopców („Spokojnie, on jak miał 9, to już tędy jeździł!“), pasy bezpieczeństwa stanowią miły, acz niepotrzebny dodatek (zepsute można na wypadek widoku policji przerzucić przez ramię i zahaczyć o ręczny), pierwszeństwo sygnalizuje się trąbieniem, zaś szczytem bohaterstwa jest przejście przez ulicę w Tbilisi. „Eto Gruzja!“ – jak słyszeliśmy nader często.



Wybór środka transportu okazuje się jednak dość trafny – zatrzymują się wszyscy i wszędzie. Pierwszy, drugi, ewentualnie trzeci samochód. Dość często mercedesy. I tak naczelnik Straży w Tbilisi opowiada o wspinaczkach w Himalajach, policjanci jadący w przeciwnym kierunku postanowiają podwieźć do Sighnagi, rozpadający się trabant z czteroosobową rodziną, mimo iż jest już noc, a miejsca w środku niewiele (mamy dwa ogromne plecaki!), podwozi na obrzeża miasteczka Tskaltubo... Historie z drogi można by mnożyć. Jedna dość mocno utkwiła w pamięci.

Nie daj się porwać (również emocjom)

Dwóch młodych mężczyzn, zapewne po kilku głębszych, z radością zgarnia nas na trasie. Gruzińscy przyjaciele należą niestety do tej części miejscowych, która rosyjski zna jedynie odrobinę, choć jak słusznie zauważa Matej – bardziej odrobinę niż rosyjski. Pośród dymu papierosowego, głośnej muzyki z gatunku pop-rusian-style wybrzmiewają mieszanki słów kierowcy „ja brata-var ty sestra-var, druzja-var, eto Gruzja, nekresi-var, soldat“ i – najbardziej uspokajające: „problema niet!“. Po drodze w jednej z wiosek dość długo kogoś szukamy. Nie kogoś. Czegoś – przyjaciele wesoło wrzucają do bagażnika pięciolitrowy baniak wina. Jedziemy dalej, skręcając przy znaku Nekresi. Po krótkim spojrzeniu na GPS orientujemy się, że nasi przydrożni znajomi wiozą nas w odwrotnym kierunku. Google podpowiada, że w tych okolicach jest jeden z najstarszych chrześcijańskich kościołów w Gruzji – widać potężny potomek królowej Tamary chce się pochwalić narodowym skarbem i opowiedzieć, skądinąd dobrze nam już znaną, historię o szczególnej roli Gruzji w świecie chrześcijańskim. Niedaleko przed wjazdem do klasztoru (jakieś 600 m od niego), zatrzymujemy się na parkingu. Do mnie dociera to szybciej – nie idziemy do klasztoru! Przed naszymi oczami wyłania się obraz suto zastawionych stołów, a do uszu docierają skoczne dźwięki akordeonów i wibrujące do ich melodii głębokie męskie głosy. Ogromna gruzińska supra zamiast zwiedzania zabytkowego klasztoru? Czemu nie? Pod nos zaczynają być nam podtykane kolejne gruzińskie specjały, a kubek z winem wciśnięty do ręki wydaje się nie mieć dna (upijanie obcokrajowców czaczą powinno zostać ogłoszone narodową rozrywką Gruzinów).
Bardzo byśmy chcieli się dowiedzieć z jakiej okazji jesteśmy tak fantastycznie goszczeni, niestety nikt nie potrafi nam tego wytłumaczyć – wszyscy goście okazują się językowymi nacjonalistami pokroju naszego kierowcy. Tego wieczoru nasza przygoda ma jeszcze kilka wątków (m.in. jesteśmy świadkami sprzeczki miejscowych, która przeradza się w bójkę mężczyzn i przeraźliwe zawodzenie i krzyki kobiet), nieoczekiwanych zwrotów akcji (ponownie jedziemy w nieznane, a kierowcy nie przeszkadza picie piwa, śpiewanie i prowadzenie jednocześnie), wszystko kończy się jednak szczęśliwie – lądujemy w ogromnym łożu małżeńskim u rodziców naszego nowego przyjaciela.
Gruzińska gościnność doprawdy nie ma sobie równych – przekonaliśmy się o tym niejednokrotnie w trakcie podróży. Jednak ma owa gościność swą druga, mroczną stronę – w pewnym momencie zaczyna już tak załazić za skórę, że ma się ochotę wykrzyczeć: „Nie, nie chcemy jeść, nie dziękujemy za wino, nie, nie chcemy, aby za nas ktoś decydował, pytał gdzie idziemy i prosił abysmy zostali. Nie, nie, nie!“ Marzeniem jest zaszyć się w namiocie i spędzić spokojny wieczór tylko ze sobą, najlepiej w ciszy. Nawet nie jestem w stanie powiedzieć jak bardzo jestem wdzięczna, że ktoś to marzenie w ciągu tych kilku tygodni na Kaukazie podzielał i wspierał mnie w moim zmęczeniu gruzińskością. A zmęczenie miewało czasem i fizyczne objawy... Wiecie, co przez kilka dni nosiliśmy w plecakach? CZTERY litry wina i DWA litry czaczy od przyjaciela. „Ojoj, jakie macie ciężkie plecaki, jak sobie dajecie radę?“ Nie uwierzysz Levan, ale przed odwiedzinami u twojej babci było całkiem znośnie.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz