Po pierwsze: jak?
Jeśli chodzi o transport – wątpliwości nie było. Postanowiliśmy
poruszać się w miarę możliwości autostopem, wystrzegając się
utartych szlaków turystycznych oraz nie planując trasy zanadto do
przodu. Ci, którzy choć raz byli w Gruzji z pewnością zrozumieją,
dlaczego dość szybko zaczęliśmy dziękować Stwórcy, że to nie
Gruzini wymyślili prawa ruchu drogowego. Tylko tutaj może powstać
korek przy wyprzedzaniu, auta mogą być prowadzone przez
czternastoletnich chłopców („Spokojnie, on jak miał 9, to już
tędy jeździł!“), pasy bezpieczeństwa stanowią miły, acz
niepotrzebny dodatek (zepsute można na wypadek widoku policji
przerzucić przez ramię i zahaczyć o ręczny), pierwszeństwo
sygnalizuje się trąbieniem, zaś szczytem bohaterstwa jest
przejście przez ulicę w Tbilisi. „Eto Gruzja!“ – jak
słyszeliśmy nader często.
Wybór środka transportu okazuje się jednak dość trafny –
zatrzymują się wszyscy i wszędzie. Pierwszy, drugi, ewentualnie
trzeci samochód. Dość często mercedesy. I tak naczelnik Straży w
Tbilisi opowiada o wspinaczkach w Himalajach, policjanci jadący w
przeciwnym kierunku postanowiają podwieźć do Sighnagi, rozpadający
się trabant z czteroosobową rodziną, mimo iż jest już noc,
a miejsca w środku niewiele (mamy dwa ogromne plecaki!), podwozi na
obrzeża miasteczka Tskaltubo... Historie z drogi można by
mnożyć. Jedna dość mocno utkwiła w pamięci.
Nie daj się porwać (również emocjom)
Dwóch młodych mężczyzn, zapewne po kilku głębszych, z radością
zgarnia nas na trasie. Gruzińscy przyjaciele należą niestety do
tej części miejscowych, która rosyjski zna jedynie odrobinę, choć
jak słusznie zauważa Matej – bardziej odrobinę niż rosyjski.
Pośród dymu papierosowego, głośnej muzyki z gatunku
pop-rusian-style wybrzmiewają mieszanki słów kierowcy „ja
brata-var ty sestra-var, druzja-var, eto Gruzja, nekresi-var, soldat“
i – najbardziej uspokajające: „problema niet!“. Po drodze w
jednej z wiosek dość długo kogoś szukamy. Nie kogoś. Czegoś –
przyjaciele wesoło wrzucają do bagażnika pięciolitrowy baniak
wina. Jedziemy dalej, skręcając przy znaku Nekresi. Po krótkim
spojrzeniu na GPS orientujemy się, że nasi przydrożni znajomi
wiozą nas w odwrotnym kierunku. Google podpowiada, że w tych
okolicach jest jeden z najstarszych chrześcijańskich kościołów w
Gruzji – widać potężny potomek królowej Tamary chce się
pochwalić narodowym skarbem i opowiedzieć, skądinąd dobrze
nam już znaną, historię o szczególnej roli Gruzji w świecie
chrześcijańskim. Niedaleko przed wjazdem do klasztoru (jakieś 600
m od niego), zatrzymujemy się na parkingu. Do mnie dociera to
szybciej – nie idziemy do klasztoru! Przed naszymi oczami wyłania
się obraz suto zastawionych stołów, a do uszu docierają
skoczne dźwięki akordeonów i wibrujące do ich melodii
głębokie męskie głosy. Ogromna gruzińska supra zamiast
zwiedzania zabytkowego klasztoru? Czemu nie? Pod nos zaczynają być
nam podtykane kolejne gruzińskie specjały, a kubek z winem
wciśnięty do ręki wydaje się nie mieć dna (upijanie
obcokrajowców czaczą powinno zostać ogłoszone narodową rozrywką
Gruzinów).
Bardzo byśmy chcieli się dowiedzieć z jakiej okazji
jesteśmy tak fantastycznie goszczeni, niestety nikt nie potrafi nam
tego wytłumaczyć – wszyscy goście okazują się językowymi
nacjonalistami pokroju naszego kierowcy. Tego wieczoru nasza przygoda
ma jeszcze kilka wątków (m.in. jesteśmy świadkami sprzeczki
miejscowych, która przeradza się w bójkę mężczyzn i przeraźliwe
zawodzenie i krzyki kobiet), nieoczekiwanych zwrotów akcji (ponownie
jedziemy w nieznane, a kierowcy nie przeszkadza picie piwa, śpiewanie
i prowadzenie jednocześnie), wszystko kończy się jednak
szczęśliwie – lądujemy w ogromnym łożu małżeńskim u
rodziców naszego nowego przyjaciela.
Gruzińska gościnność doprawdy nie ma sobie równych –
przekonaliśmy się o tym niejednokrotnie w trakcie podróży. Jednak
ma owa gościność swą druga, mroczną stronę – w pewnym
momencie zaczyna już tak załazić za skórę, że ma się ochotę
wykrzyczeć: „Nie, nie chcemy jeść, nie dziękujemy za wino, nie,
nie chcemy, aby za nas ktoś decydował, pytał gdzie idziemy i
prosił abysmy zostali. Nie, nie, nie!“ Marzeniem jest zaszyć się
w namiocie i spędzić spokojny wieczór tylko ze sobą, najlepiej w
ciszy. Nawet nie jestem w stanie powiedzieć jak bardzo jestem
wdzięczna, że ktoś to marzenie w ciągu tych kilku tygodni na
Kaukazie podzielał i wspierał mnie w moim zmęczeniu gruzińskością.
A zmęczenie miewało czasem i fizyczne objawy... Wiecie, co
przez kilka dni nosiliśmy w plecakach? CZTERY litry wina i DWA litry
czaczy od przyjaciela. „Ojoj, jakie macie ciężkie plecaki, jak
sobie dajecie radę?“ Nie uwierzysz Levan, ale przed odwiedzinami
u twojej babci było całkiem znośnie.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz