Mam lęk wysokości. Strach paraliżuje mnie w samolocie, w górach,
ale i na siódmym piętrze bloku, w którym mieszkamy. Gruzja to
Kaukaz. Po co się tam pchać z lękiem wysokości? Z drugiej strony
wiem, że uprawiający wspinaczkę Matej „z całej tej przyrody“
najchętniej widziałby się w górach. Może nie będzie tak źle,
myślę, i ze wszystkich opcji wybieram to, co uznaję za najmniejsze
– Tuszetia. Dostać możemy się jeepem przez przesmyk Abano Pass
(2850 m.n.p.m.).
I choć już sama myśl o metrach nad poziomem morza
przeraża, ładujemy się do samochodu wyglądającego dość
odpowiedzialnie Gruzina i po 2 godzinach oczekiwania ruszamy. Po 30
minutach, zapewne na wysokości kilkuset zaledwie metrów, gdy
przejeżdzamy ponad pierwsze wierzchołki drzew, drżącym głosem
pytam, czy to już... Potem jest już tylko gorzej. Na przystanku
przed przesmykiem gdzie nasz kierowca zatrzymuje się na poszerzonej
drodze (gdzie ona jest poszerzona?) nie wytrzymuję i leją się łzy
sielskie anielskie i wychlipuję w ramię Mateja „nigdy w życiu
się tak nie bałam“. Automatycznie wsiadam z powrotem do samochodu
z nadzieją, że widok na miejscu wynagrodzi mi cierpienia.
Tuszetia - kraj baców i małych wiosek, w którym żyje maksymalnie
kilkaset ludzi. Obecnie większość z nich na zimę schodzi z gór
do okolicznych wiosek, zostaje może dziesięć, może piętnaście
rodzin, głównie ludzie starsi. A zima trwa od połowy października
do maja. Ale jak tam jest! Wspomnienie jeepa rozpływa się w mgle
zapomnienia, a ja nie mam ochoty podnosić się z ziemi. Mogę
patrzeć na rozpościerające się wokół góry do końca życia.
Trzy-cztero-tysięczniki, których piękno zapiera dech w piersiach.
Z drugiej strony Dagestan, Czeczenia... Ale droga tutaj wiedzie tylko
przez Abano Pass, myślimy zasypiając w namiocie nad jeziorem Oreti
na wysokości, jak podpowiada GPS – 2659 m.npm... W takich
momentach zaczynam rozumieć zasadę Mateja „nie musi być
pozytywnie, ważne, żeby było intensywnie!“





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz