 |
| My (Teheran) |
Iran... Ile osób tyle skojarzeń. U mnie to myśl - nareszcie! W poprzedniej
podróży ze względów logistycznych nie udało nam się zawitać na ziemie władane
ongiś przez Dariusza czy Kserksesa. Pierwsza podróż po powrocie z wojaży, po
należytym wysiłku w korpo-świecie, musiała zatem odbyć się w wymarzonym od
dawna kierunku. Czasowe ograniczenie trzech tygodni, sprawiało wrażenie
przestrzeni zbyt małej na głębsze przeniknięcie w miejscowy świat, niemniej
postanowiliśmy spróbować. Najpopularniejszą turystyczną trasę pomiędzy
Teheranem a Szirazem postanowiliśmy absolwować na końcu podróży a naszą uwagę
skupiliśmy przede wszystkim na Iranie północnym i zachodnim. Po czasie, mogę
wam zdradzić - była to jedna z lepszych przez nas (a właściwie przez mnie, bo
tym razem to ja wybierałam kierunek) podjętych decyzji. Przełom wiosny i
lata, fantastyczni ludzie spotkani na trasie, niesamowite miejsca nie tak
oblegane (jeszcze) przez tłumy turystów, niezwykła historia co i rusz
wyglądająca zza rogu - wszystko doprowadziło nas do wniosku: jeszcze tu
wrócimy. Gdybyście chcieli się inspirować - historiami lub zdjęciami, zapraszam
do czytania poniższych refleksji i spojrzenia na zdjęcia w galerii tutaj.
No English version this time :( Google translate this, see picture here or just go to Iran! ;) Totally worth it!
 |
| Taka architektura (Teheran) |
Podróż zaczynamy w Teheranie. Gościmy tu dłużej niż za zwykłych
okoliczności zostalibyśmy w jakiejkolwiek metropolii. Wszystko za sprawą
naszych przyjaciół Sohejli i Mehdiego. Ci, wprawdzie nie mogą towarzyszyć nam
od początku, ale już na samym początku podróży pokazują nam irańską gościnność
w postaci swych przyjaciół Hody i Aliego. Dzięki ich cennym radom zwiedzamy co
tam da się zwiedzać w Teheranie i planujemy dalsze kroki (tak, nie mieliśmy wcześniej
żadnego planu konkretniejszego niż teren zakreślony na mapie Iranu i kropek ze
wskaźnikiem "może tam?").
Na początek ciągnie nas ku morzu. Nie żebym była jakąś entuzjastką
plażowania, ale w okolicy Rasztu odnajdujemy informację o dwóch zamkach -
Alamut oraz Khaled Rudkhan, tuż obok w Lahijanie są zaś plantacje herbaty.
Alamut jako forteca nie robi na nas aż takiego wrażenia, widoki jednak piękne. Tutaj
też przedziwnym zrządzeniem losu zaproszeni zostajemy na noc przez głuchoniemą
parę (taka ciekawostka - z głuchoniemym w Iranie porozumiecie się lepiej niż z
Irańczykiem mówiącym tylko po irańsku). Brak nam słów i łzy trochę cisną
się do oczu, gdy następnego dnia rozstajemy się z naszymi gospodarzami. Szczęśliwie
na pożegnanenie, udaje się mi wyperswadować im podarowanie nam wielkiego ręcznie
plecionego abażuru. Bo tak - słowo "gościnność" nabiera w Iranie, od
pierwszego dnia, innego wymiaru. Poziomu nie do opisania. Do którego możesz
próbować dosięgnąć, ale wspiąć się na wyżyny naturalności i oczywistości w
podejściu do gościa będzie ciężko, za wzór posiadając tych którzy dają
wszystko, nie mając prawie nic.
 |
| Khaled Rudkhan |
Albo tych, którzy mają wszystko a chcą drugiemu dać jeszcze więcej. To już
przykład Hameda z Rashtu, w którego nadmorskiej willi gościmy przez dwa dni, z
ekstra bonusem dla Mateja w postaci lotu motolotnią nad spowitym cieniem
zapadającego słońca Morzem Kaspijskim... Prócz tego Hamed z przyjacielem
Sohejlem, choć nie mogą zaoferować nam swego towarzystwa w ciągu dnia szybko
wymyślają nam zastępstwo. Hamed w przedziwnej komunikacji czatowej znajduje nam
niemówiącego po angielsku, ale bardzo przystojnego piłkarza Arasha (si, si -
nie tylko Iranki są piękne; z mojego punktu widzenia mężczyźnie również niczego
sobie;)) Z Arasha ledwo mówiącym po angielsku wujkiem i niemówiącą po angielsku
żoną kolegi Hameda w bonusie wyruszamy odkrywać Khaled Rudkhan (wspaniała
średniowieczna twierdza zagubiona pośród zieleni i wilgoci monumentalnych
lasów). Sohejl (instruktor lotu) w międzyczasie komunikuje swojej koleżance z
Tabrizu, że oto będzie mieć wkrótce gości u siebie. Zanim jednak trafimy do Tabrizu, w ramiona owej koleżanki, zachwycamy się
irańską Kapadocją czyli wioską Kandovan z wykutymi w skale domami,
zamieszkałymi od stuleci. Tutaj też z grupką młodych Kurdów odpoczywających na
łonie natury, pijemy herbatkę i objadamy się rodzajem kurdyjskich sarmali.
 |
| Palangan |
Nocny objazd po Tabrizie oraz jedzenie metrowego kebabu absolwujemy kolejne
dni z Robab - pilotką, od dwudziestu lat samotnie wychowującą dwie córki. Robab
na spotkanie przychodzi z dwustronicową kartką z zapisem angielskich wyrażeń
"tu będziecie spać" "teraz jemy" "milo was
poznać" "jesteście wspaniali”. Ona i jej córki pokazują nam jak
bardzo jednak nadal Iran jest miejscem niespecjalnie przyjaznym kobietom. I
choć noszenie chusty nie podoba się chyba 80% kobietom, które spotkaliśmy na
naszej drodze, tak naprawdę nie to zajmuje myśli pięknych, mądrych i pełnych
poczucia humoru Iranek. "Kobieta ma takie same prawa jak mężczyzna w
Iranie. Nie może być tylko prezydentem ani sędzią" - to słowa młodego
studenta historii. Hmmm... trochę rozgrzał mnie podobną informacją, bo trochę
nie bardzo to prawda. Kobieta nie może się rozwieść jeśli mąż nie wyrazi na to
zgody, kobieta nie wygra sprawy w sądzie jeśli naprzeciwko ma mężczyznę (męża, brata,
ojca), kobieta nie może wyjechać za granicę jeśli nie ma pisemnej zgody męża...
No trochę więcej nie może jednak ta kobieta niż tylko nie być prezydentem i
sędzią.... Więc nie o chusty tu idzie. Ale młode Iranki sprawnie funkcjonują
nawet w podobnym układzie - od nonszalancko zarzucanych chust zakrywających
włosy minimalnie, przez wchodzenie do części „męskich” w wagonach metra
aż po podpisywanie umów przedmałżeńskich, w których gwarantują sobie prawo do
rozwodu, zagranicznych wyjazdów czy opieki nad dziećmi. Zresztą mieliśmy
wrażenie, że cały Iran lawiruje na granicy ustanowionych praw. Niby picie
alkoholu zabronione, ale w każdym miejscu zaproponują nam coś mocniejszego niż
kawa. Niby nie można tańczyć w parach, ale gdy policjanta nie ma na weselu nic
młodych nie powstrzymuje. Niby nie można chodzić na randki, ale parki pełne są
młodych dyskretnie szczebiocących gołąbków. Niby niemal całe społeczeństwo jest
wyznania muzułmańskiego, ale większość spotkanych przez nas osób albo jest w
rzeczywistości ateistami albo wierzącymi w słowa Koranu niekoniecznie zaś
Ajatollaha. Tak to właśnie żyją sobie pośród tylu paradoksów uśmiechnięci i
pomocni Irańczycy.
 |
| Studenci na pikniku (Palangan) |
Następna część naszej podróży - Kurdystan, ciągnący się wzdłuż zachodniej
granicy Iranu. Do Sanadaju trafiamy nocnym autobusem z Tabrizu. Ma być o 7
rano, jest o 4. Ni ducha na dworcu więc rozkładamy karimaty i śpiwory w
pobliskiej altance a rano budzą nas sprzątający panowie. Przyjemnie brykamy po
miasteczku, muzeach i meczetach wzbudzając spore zainteresowanie miejscowych.
Jest o wiele bardziej kolorowo - błyszczące chusty, szale i zwiewne suknie
Kurdyjek. I mniej zaczepkowo - Kurdowie
obserwują lecz nie podbiegają robić sobie selfie ;) Taksóweczką podjeżdżamy do
Palanganu - przeuroczej wioski położonej na zboczach góry, gdzie dach jednego
domu jest podwórkiem nadbudowanego nad nim. Siszujemy i podziwami burzę z
miejscowymi panami i Koreańczykiem, który pałęta się po okolicy przepytując okolicznych
pasterzy w ramach studiów doktoranckich. Kamiaran to następna kurdyjska
miejscowość gdzie spotykamy dwie ważne osoby. Obie są nauczycielami języka angielskiego.
Soroor zabiera nas do klasy pełnej dzieci i tam prezentuje jako złowiony okaz
native spekarów, Mohnez natomiast oprowadza nas po Kamiaranie. Oprowadzanie
jest to jednak niezwyczajnie bo odwiedzamy po prostu jego znajomych pracujących
w okolicznych sklepach. W zakładzie fryzjerskim wypijamy niezliczoną już tego
dnia herbatkę a młody właściciel pakuje nas do auta, bo "mama zaprosiła
was na obiad". I tak sobie obiadujemy z kurdyjską rodziną, ja obdarowana
zostaję kamizelką a Matej pierścionkiem. Otrzymujemy nawet zaproszenie na
przyjęcie zaręczynowe, niestety jest w bliżej nieokreślonym czasie tygodnia
może dwóch więc niestety nie możemy zostać. Choć wyjeżdżać nam się bardzo nie
chce. Oglądając filmiki z kurdyjskiego świętowania Nowego roku myślimy że chyba
właśnie tam byśmy chcieli przyjechać pocelebrować.
 |
| Pani zasnęła (pociąg Dorud-Andimeszk) |
Dalej jedziemy pociągiem. Właściwie po to absolwowaliśmy jazdę przez
Hamedan i Borujard aby dostać się do Dorudu, bo to właśnie stąd odprawia się
pociąg do Andimeszku. Taki stary, troszkę brudny, zapełniony miejscowymi
pociąg. I niby czemu tam się pchamy? Cóż, prócz niewątpliwego uroku przebywania
blisko miejscowych (tutaj siedzimy z starszą parą przedstawicieli etnicznej
mniejszości Lori) widoki za oknem zapierają dech w piersiach. Pociąg ma
niesamowitą trasę wijącą się wśród skalistych kanionów, dolinach rzek, od
jednej dziecięciodomowej wioski ku następnej. Aż ciężko uwierzyć w brak
turystów, w miejscu które osobiście sytuujemy jako jedno z najpiękniejszych
miejsc w Iranie. Wszyscy, którzy jakimś cudem tutaj trafiają znani są dobrze
Mehdiemu. To właśnie ten młody manager pociągu, biegle władający angielskim
zaprasza obcokrajowców do swojego przedziału i tam odpowiada na miliony pytań -
Mateja. Ja dość nagabywana i porywana co i rusz jestem przez młodą dziewczyną
która po angielsku co trzy słowa irańskie powtarza "Ilove you" i
wysyla mi milion buziek na telefonie. No cóż, taki los. Następny dzień z
Andimeshku w którym jest chyba milion stopni, jedziemy do Shush, gdzie tych
stopni jest milion pięćset, ale jest tam też ładna forteca a w okolicy jeden z
najlepiej zachowanych zigguratów Choga Zanbil. Ostatni robi ogromne wrażenie
swą monumentalnością, ogromnymi jaszczurami wygrzewającymi się na jego blokach,
zachowanymi przykładami pisma klinowego i... brakiem turystów dookoła. Serio?
TO ma być sezon turystyczny? „Bo pani, wszyscy to na chwilkę przyjeżdżają
popatrzeć, ale i tak większość tu nie zawita bo jest w Szirazie albo Esfafane”.
No cóż, ich strata :D
 |
| Persepolis |
Ale będąc w Iranie szlaku stricte turystycznego ominąć nie wypada.
Zwłaszcza, że to na tym szlaku zobaczyć można ślady dawnego imperium perskiego
z sztandarowym Persepolis. Bilety wstępu nie są tanie co tu dużo gadać,
zwłaszcza, że do podziwiania jest "kupa kamieni". Hmm... no może i
kupa kamieni, ale jakie to kamienie. Ogromne wyciosane bloki, stawiane na
nieboskie wysokości w kolumny, mury, polerowane i ozdabiane mnóstwem malunków -
ludzi i zwierząt, tańców, pochodów, karawan. Myślę że dopiero zarobaczenie na
własne oczy uzmysławia nam niezwykłość i zaawansowanie kultur starożytnych. I
ten dreszczyk emocji, gdy stoicie przed skalną ścianą Necropolis a przed wami
monumentalne, wykute w skale nagrobki Kserksesa i Dariusza o których tak
musieliście kiedyś pamiętać ucząc się na klasówkę z historii. Szkoda, że
częścią takich lekcji nie może być zawsze wycieczka w teren... Po latach jednak
udaje się odkurzyć pamięć i wreszcie nabrać należytego szacunku.
Sziraz - kolejny stały punkt programu wycieczek do Iranu. Choć polecają nam
je wszyscy w Iranie, niespecjalnie przypada mi do gustu. Owszem ładne, z
klimatycznym bazarem, grobem Hafeza i najpiękniejszym Kolorowym Meczetem, ale
jednak trochę brakuje mu tej niewymuszonej naturalności uśmiechu miejscowych.
Wiele jest tu pod turystów, których tłumy szturmują wszystkie zabytki niemniej
i tutaj na bazarze zaczepia nas przemiła dziewczyna, która na wieść że jestem
Polką prowadzi nas ku swojemu znajomemu który to ponoć interesuje się historią
Polski. No cóż, spacer z tą dwójką po mieście jest przyjemny choć dość trudno
znaleźć w chłopaku owo zainteresowanie Polską. Raczej wysłuchujemy tłumaczonych
przez dziewczynę jego oczywistości typu "Iran jest krajem ze wspaniałą
historią, nigdy nikogo nie zaatakował. Tylko się bronił". Ale podobne
kwestie i te o równości kobiet (bo te również padają z jego ust) uchodzą chłopcu
raczej płazem, gdy w czasie obiadu przychodzi nam zorientować się, że nasza zawadiacka
samozwańcza przewodniczka zna się z chłopcem od 3 dni i właściwie to chyba
jesteśmy wymówką dla ich swoiście pojętej randki! (Detektyw Kacwin wyśledza jej
rękę pod stołem w restauracji lekko gładzącą rękę chłopca, ha!).
 |
| Teheran |
Ciekawym
doświadczeniem jest też zboczenie z kursu i wejście do meczetu, w którym na
dzień dobry Pani zakryta calusieńka na czarno, zamiast mnie przeszukać
wyściskuje mnie, obcałowuje i cały czas wesoło szczebiocząc wyszukuje mi
najładniejszą (jej zdaniem) kwiecistą burkę. Bo jeszcze muszę wam napisać o ile
fajniej jest być kobietą idącą do meczetu niż takim mężczyzną idącym do meczetu.
W sensie turystką idącą do przestrzeni w meczecie dla kobiet. Matej w części
męskiej rozglądał się, ewentualnie jedno zdjęcie, podanie ręki z panami zainteresowanymi
nim odrobinę i wychodził. Po dłuższym czasie wychodziłam ja z części żeńskiej z
moimi historiami – bo a to sobie pogadałyśmy z paniami, posiedziałyśmy,
pojadłyśmy, porobiłyśmy miliony zdjęć a na koniec jeszcze i coś od nich
dostałam. Tak wesoło i gwarno jest zazwyczaj w tych częściach dla pań. I
zdrzemnąć się można. To już absolwowaliśmy w Esfahanie oboje, gdy dotarliśmy
tam dość wcześnie rano.
I tak jak turystyczny Sziraz nie zrobił na nas wrażenie, tak turystycznie
oblegany Esfanan wrażenie takie robi. Mieniące się odcieniami turkusu, szafiru,
błękitu i bieli mozaiki meczetów, zielone parki, wąskie uliczki, labirynty
bazarowych uliczek, tłok gwar, słońce... Czegóż chcieć więcej. I choć spotka
nas tu przygoda z naszym hostem Alim, który niespecjalnie swym stylem bycia –
popalającym, popijającym i słuchającym głośno muzyki przypada nam do gustu.
Niemniej Ali mamę ma cudowną a w uliczkach Esfahanu trafiamy na przesympatyczną
rodzinę gdzie ani mama ani córki po zamknięciu bramy nie przejmują się chustami
czy zakazem tańca i przy akompaniamencie skrzypcowym pokazują nam nieco
lokalnych wygibasów. Aż nam się nie chce wierzyć kolejnego dnia, gdy słuchamy
opowieści spotkanej dwójki podróżującej, że ten Iran to trochę przereklamowany
jest ze swoją gościnnością i sporo ich tu już oszukali... No dobra, może i tak
się da. Ale naciągaczy i nieuczciwych taksówkarzy to spotyka się chyba wszędzie
i nie powinno się liczyć że w Iranie będzie inaczej?
 |
| Okolice Varzaneh |
W Iranie chcemy zobaczyć jeszcze pustynię. Do Yazdu nie mamy czasu zawitać
więc kieruję nasze kroki do Varzanehu, gdzie w fantastycznym hostelu spędzamy
noc, jedziemy na wycieczkę po pustyni, podziwiamy zoroastriańskie wieże, w których
niegdyś zostawiano zwłoki sępom na pożarcie, moczmy nóżki w słonym jeziorze a
Matej na snowboardzie zjeżdża po wydmach... Idealnie. Jeśli do tego dodać
spokój i senność miasteczka, turystów w ilości 10 (tyle ile w naszym hostelu), fantastyczny
sok marchwiowo-lodowy-mango oraz lokalny koloryt pań noszących białe prześcieradła
zamiast czarnych burek to naprawdę nie rozumiem dlaczego nie jest to miejsce
Top 10 do zobaczenia w Iranie…
Na koniec jeszcze migawka Teheranu i spotkanie z naszymi przyjaciółmi
Sohejlą i Mehdim – fantastycznym podróżniczym małżeństwem.
Niewiele jest na naszej mapie krajów, które odwiedziliśmy do tej pory a o
których powiedzielibyśmy zgodnie że oboje byśmy bardzo chcieli tam wrócić.
Zawsze jest to dla nas obojga Ukraina. W Kolumbii byliśmy zbyt krótko. Mongolia
też nas jeszcze kusi. Ale od tego lata na listę ponownych odwiedzin doszedł
Iran. Dziwicie się? Pojeźdźcie a sami się przekonacie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz