1.07.2017

Country With The World's Friendliest People Ever

My (Teheran)
Iran... Ile osób tyle skojarzeń. U mnie to myśl - nareszcie! W poprzedniej podróży ze względów logistycznych nie udało nam się zawitać na ziemie władane ongiś przez Dariusza czy Kserksesa. Pierwsza podróż po powrocie z wojaży, po należytym wysiłku w korpo-świecie, musiała zatem odbyć się w wymarzonym od dawna kierunku. Czasowe ograniczenie trzech tygodni, sprawiało wrażenie przestrzeni zbyt małej na głębsze przeniknięcie w miejscowy świat, niemniej postanowiliśmy spróbować. Najpopularniejszą turystyczną trasę pomiędzy Teheranem a Szirazem postanowiliśmy absolwować na końcu podróży a naszą uwagę skupiliśmy przede wszystkim na Iranie północnym i zachodnim. Po czasie, mogę wam zdradzić - była to jedna z lepszych przez nas (a właściwie przez mnie, bo tym razem to ja wybierałam kierunek) podjętych decyzji.  Przełom wiosny i lata, fantastyczni ludzie spotkani na trasie, niesamowite miejsca nie tak oblegane (jeszcze) przez tłumy turystów, niezwykła historia co i rusz wyglądająca zza rogu - wszystko doprowadziło nas do wniosku: jeszcze tu wrócimy. Gdybyście chcieli się inspirować - historiami lub zdjęciami, zapraszam do czytania poniższych refleksji i spojrzenia na zdjęcia w galerii tutaj.

No English version this time :( Google translate this, see picture here or just go to Iran! ;) Totally worth it!


Taka architektura (Teheran)
Podróż zaczynamy w Teheranie. Gościmy tu dłużej niż za zwykłych okoliczności zostalibyśmy w jakiejkolwiek metropolii. Wszystko za sprawą naszych przyjaciół Sohejli i Mehdiego. Ci, wprawdzie nie mogą towarzyszyć nam od początku, ale już na samym początku podróży pokazują nam irańską gościnność w postaci swych przyjaciół Hody i Aliego. Dzięki ich cennym radom zwiedzamy co tam da się zwiedzać w Teheranie i planujemy dalsze kroki (tak, nie mieliśmy wcześniej żadnego planu konkretniejszego niż teren zakreślony na mapie Iranu i kropek ze wskaźnikiem "może tam?"). 
Na początek ciągnie nas ku morzu. Nie żebym była jakąś entuzjastką plażowania, ale w okolicy Rasztu odnajdujemy informację o dwóch zamkach - Alamut oraz Khaled Rudkhan, tuż obok w Lahijanie są zaś plantacje herbaty. Alamut jako forteca nie robi na nas aż takiego wrażenia, widoki jednak piękne. Tutaj też przedziwnym zrządzeniem losu zaproszeni zostajemy na noc przez głuchoniemą parę (taka ciekawostka - z głuchoniemym w Iranie porozumiecie się lepiej niż z Irańczykiem mówiącym tylko po irańsku).  Brak nam słów i łzy trochę cisną się do oczu, gdy następnego dnia rozstajemy się z naszymi gospodarzami. Szczęśliwie na pożegnanenie, udaje się mi wyperswadować im podarowanie nam wielkiego ręcznie plecionego abażuru. Bo tak - słowo "gościnność" nabiera w Iranie, od pierwszego dnia, innego wymiaru. Poziomu nie do opisania. Do którego możesz próbować dosięgnąć, ale wspiąć się na wyżyny naturalności i oczywistości w podejściu do gościa będzie ciężko, za wzór posiadając tych którzy dają wszystko, nie mając prawie nic.
Khaled Rudkhan
Albo tych, którzy mają wszystko a chcą drugiemu dać jeszcze więcej. To już przykład Hameda z Rashtu, w którego nadmorskiej willi gościmy przez dwa dni, z ekstra bonusem dla Mateja w postaci lotu motolotnią nad spowitym cieniem zapadającego słońca Morzem Kaspijskim... Prócz tego Hamed z przyjacielem Sohejlem, choć nie mogą zaoferować nam swego towarzystwa w ciągu dnia szybko wymyślają nam zastępstwo. Hamed w przedziwnej komunikacji czatowej znajduje nam niemówiącego po angielsku, ale bardzo przystojnego piłkarza Arasha (si, si - nie tylko Iranki są piękne; z mojego punktu widzenia mężczyźnie również niczego sobie;)) Z Arasha ledwo mówiącym po angielsku wujkiem i niemówiącą po angielsku żoną kolegi Hameda w bonusie wyruszamy odkrywać Khaled Rudkhan (wspaniała średniowieczna twierdza zagubiona pośród zieleni i wilgoci monumentalnych lasów). Sohejl (instruktor lotu) w międzyczasie komunikuje swojej koleżance z Tabrizu, że oto będzie mieć wkrótce gości u siebie. Zanim jednak trafimy do Tabrizu, w ramiona owej koleżanki, zachwycamy się irańską Kapadocją czyli wioską Kandovan z wykutymi w skale domami, zamieszkałymi od stuleci. Tutaj też z grupką młodych Kurdów odpoczywających na łonie natury, pijemy herbatkę i objadamy się rodzajem kurdyjskich sarmali.
Palangan
Nocny objazd po Tabrizie oraz jedzenie metrowego kebabu absolwujemy kolejne dni z Robab - pilotką, od dwudziestu lat samotnie wychowującą dwie córki. Robab na spotkanie przychodzi z dwustronicową kartką z zapisem angielskich wyrażeń "tu będziecie spać" "teraz jemy" "milo was poznać" "jesteście wspaniali”. Ona i jej córki pokazują nam jak bardzo jednak nadal Iran jest miejscem niespecjalnie przyjaznym kobietom. I choć noszenie chusty nie podoba się chyba 80% kobietom, które spotkaliśmy na naszej drodze, tak naprawdę nie to zajmuje myśli pięknych, mądrych i pełnych poczucia humoru Iranek. "Kobieta ma takie same prawa jak mężczyzna w Iranie. Nie może być tylko prezydentem ani sędzią" - to słowa młodego studenta historii. Hmmm... trochę rozgrzał mnie podobną informacją, bo trochę nie bardzo to prawda. Kobieta nie może się rozwieść jeśli mąż nie wyrazi na to zgody, kobieta nie wygra sprawy w sądzie jeśli naprzeciwko ma mężczyznę (męża, brata, ojca), kobieta nie może wyjechać za granicę jeśli nie ma pisemnej zgody męża... No trochę więcej nie może jednak ta kobieta niż tylko nie być prezydentem i sędzią.... Więc nie o chusty tu idzie. Ale młode Iranki sprawnie funkcjonują nawet w podobnym układzie - od nonszalancko zarzucanych chust zakrywających włosy minimalnie,  przez wchodzenie do części „męskich” w wagonach metra aż po podpisywanie umów przedmałżeńskich, w których gwarantują sobie prawo do rozwodu, zagranicznych wyjazdów czy opieki nad dziećmi. Zresztą mieliśmy wrażenie, że cały Iran lawiruje na granicy ustanowionych praw.  Niby picie alkoholu zabronione, ale w każdym miejscu zaproponują nam coś mocniejszego niż kawa. Niby nie można tańczyć w parach, ale gdy policjanta nie ma na weselu nic młodych nie powstrzymuje. Niby nie można chodzić na randki, ale parki pełne są młodych dyskretnie szczebiocących gołąbków. Niby niemal całe społeczeństwo jest wyznania muzułmańskiego, ale większość spotkanych przez nas osób albo jest w rzeczywistości ateistami albo  wierzącymi w słowa Koranu niekoniecznie zaś Ajatollaha. Tak to właśnie żyją sobie pośród tylu paradoksów uśmiechnięci i pomocni Irańczycy. 
Studenci na pikniku (Palangan)
Następna część naszej podróży - Kurdystan, ciągnący się wzdłuż zachodniej granicy Iranu. Do Sanadaju trafiamy nocnym autobusem z Tabrizu. Ma być o 7 rano, jest o  4. Ni ducha na dworcu więc rozkładamy karimaty i śpiwory w pobliskiej altance a rano budzą nas sprzątający panowie. Przyjemnie brykamy po miasteczku, muzeach i meczetach wzbudzając spore zainteresowanie miejscowych. Jest o wiele bardziej kolorowo - błyszczące chusty, szale i zwiewne suknie Kurdyjek.  I mniej zaczepkowo - Kurdowie obserwują lecz nie podbiegają robić sobie selfie ;) Taksóweczką podjeżdżamy do Palanganu - przeuroczej wioski położonej na zboczach góry, gdzie dach jednego domu jest podwórkiem nadbudowanego nad nim. Siszujemy i podziwami burzę z miejscowymi panami i Koreańczykiem, który pałęta się po okolicy przepytując okolicznych pasterzy w ramach studiów doktoranckich. Kamiaran to następna kurdyjska miejscowość gdzie spotykamy dwie ważne osoby. Obie są nauczycielami języka angielskiego. Soroor zabiera nas do klasy pełnej dzieci i tam prezentuje jako złowiony okaz native spekarów, Mohnez natomiast oprowadza nas po Kamiaranie. Oprowadzanie jest to jednak niezwyczajnie bo odwiedzamy po prostu jego znajomych pracujących w okolicznych sklepach. W zakładzie fryzjerskim wypijamy niezliczoną już tego dnia herbatkę a młody właściciel pakuje nas do auta, bo "mama zaprosiła was na obiad". I tak sobie obiadujemy z kurdyjską rodziną, ja obdarowana zostaję kamizelką a Matej pierścionkiem. Otrzymujemy nawet zaproszenie na przyjęcie zaręczynowe, niestety jest w bliżej nieokreślonym czasie tygodnia może dwóch więc niestety nie możemy zostać. Choć wyjeżdżać nam się bardzo nie chce. Oglądając filmiki z kurdyjskiego świętowania Nowego roku myślimy że chyba właśnie tam byśmy chcieli przyjechać pocelebrować.
Pani zasnęła (pociąg Dorud-Andimeszk)
Dalej jedziemy pociągiem. Właściwie po to absolwowaliśmy jazdę przez Hamedan i Borujard aby dostać się do Dorudu, bo to właśnie stąd odprawia się pociąg do Andimeszku. Taki stary, troszkę brudny, zapełniony miejscowymi pociąg. I niby czemu tam się pchamy? Cóż, prócz niewątpliwego uroku przebywania blisko miejscowych (tutaj siedzimy z starszą parą przedstawicieli etnicznej mniejszości Lori) widoki za oknem zapierają dech w piersiach. Pociąg ma niesamowitą trasę wijącą się wśród skalistych kanionów, dolinach rzek, od jednej dziecięciodomowej wioski ku następnej. Aż ciężko uwierzyć w brak turystów, w miejscu które osobiście sytuujemy jako jedno z najpiękniejszych miejsc w Iranie. Wszyscy, którzy jakimś cudem tutaj trafiają znani są dobrze Mehdiemu. To właśnie ten młody manager pociągu, biegle władający angielskim zaprasza obcokrajowców do swojego przedziału i tam odpowiada na miliony pytań - Mateja. Ja dość nagabywana i porywana co i rusz jestem przez młodą dziewczyną która po angielsku co trzy słowa irańskie powtarza "Ilove you" i wysyla mi milion buziek na telefonie. No cóż, taki los. Następny dzień z Andimeshku w którym jest chyba milion stopni, jedziemy do Shush, gdzie tych stopni jest milion pięćset, ale jest tam też ładna forteca a w okolicy jeden z najlepiej zachowanych zigguratów Choga Zanbil. Ostatni robi ogromne wrażenie swą monumentalnością, ogromnymi jaszczurami wygrzewającymi się na jego blokach, zachowanymi przykładami pisma klinowego i... brakiem turystów dookoła. Serio? TO ma być sezon turystyczny? „Bo pani, wszyscy to na chwilkę przyjeżdżają popatrzeć, ale i tak większość tu nie zawita bo jest w Szirazie albo Esfafane”. No cóż, ich strata :D 
Persepolis
Ale będąc w Iranie szlaku stricte turystycznego ominąć nie wypada. Zwłaszcza, że to na tym szlaku zobaczyć można ślady dawnego imperium perskiego z sztandarowym Persepolis. Bilety wstępu nie są tanie co tu dużo gadać, zwłaszcza, że do podziwiania jest "kupa kamieni". Hmm... no może i kupa kamieni, ale jakie to kamienie. Ogromne wyciosane bloki, stawiane na nieboskie wysokości w kolumny, mury, polerowane i ozdabiane mnóstwem malunków - ludzi i zwierząt, tańców, pochodów, karawan. Myślę że dopiero zarobaczenie na własne oczy uzmysławia nam niezwykłość i zaawansowanie kultur starożytnych. I ten dreszczyk emocji, gdy stoicie przed skalną ścianą Necropolis a przed wami monumentalne, wykute w skale nagrobki Kserksesa i Dariusza o których tak musieliście kiedyś pamiętać ucząc się na klasówkę z historii. Szkoda, że częścią takich lekcji nie może być zawsze wycieczka w teren... Po latach jednak udaje się odkurzyć pamięć i wreszcie nabrać należytego szacunku. 
Sziraz - kolejny stały punkt programu wycieczek do Iranu. Choć polecają nam je wszyscy w Iranie, niespecjalnie przypada mi do gustu. Owszem ładne, z klimatycznym bazarem, grobem Hafeza i najpiękniejszym Kolorowym Meczetem, ale jednak trochę brakuje mu tej niewymuszonej naturalności uśmiechu miejscowych. Wiele jest tu pod turystów, których tłumy szturmują wszystkie zabytki niemniej i tutaj na bazarze zaczepia nas przemiła dziewczyna, która na wieść że jestem Polką prowadzi nas ku swojemu znajomemu który to ponoć interesuje się historią Polski. No cóż, spacer z tą dwójką po mieście jest przyjemny choć dość trudno znaleźć w chłopaku owo zainteresowanie Polską. Raczej wysłuchujemy tłumaczonych przez dziewczynę jego oczywistości typu "Iran jest krajem ze wspaniałą historią, nigdy nikogo nie zaatakował. Tylko się bronił". Ale podobne kwestie i te o równości kobiet (bo te również padają z jego ust) uchodzą chłopcu raczej płazem, gdy w czasie obiadu przychodzi nam zorientować się, że nasza zawadiacka samozwańcza przewodniczka zna się z chłopcem od 3 dni i właściwie to chyba jesteśmy wymówką dla ich swoiście pojętej randki! (Detektyw Kacwin wyśledza jej rękę pod stołem w restauracji lekko gładzącą rękę chłopca, ha!). 
Teheran
Ciekawym doświadczeniem jest też zboczenie z kursu i wejście do meczetu, w którym na dzień dobry Pani zakryta calusieńka na czarno, zamiast mnie przeszukać wyściskuje mnie, obcałowuje i cały czas wesoło szczebiocząc wyszukuje mi najładniejszą (jej zdaniem) kwiecistą burkę. Bo jeszcze muszę wam napisać o ile fajniej jest być kobietą idącą do meczetu niż takim mężczyzną idącym do meczetu. W sensie turystką idącą do przestrzeni w meczecie dla kobiet. Matej w części męskiej rozglądał się, ewentualnie jedno zdjęcie, podanie ręki z panami zainteresowanymi nim odrobinę i wychodził. Po dłuższym czasie wychodziłam ja z części żeńskiej z moimi historiami – bo a to sobie pogadałyśmy z paniami, posiedziałyśmy, pojadłyśmy, porobiłyśmy miliony zdjęć a na koniec jeszcze i coś od nich dostałam. Tak wesoło i gwarno jest zazwyczaj w tych częściach dla pań. I zdrzemnąć się można. To już absolwowaliśmy w Esfahanie oboje, gdy dotarliśmy tam dość wcześnie rano.
I tak jak turystyczny Sziraz nie zrobił na nas wrażenie, tak turystycznie oblegany Esfanan wrażenie takie robi. Mieniące się odcieniami turkusu, szafiru, błękitu i bieli mozaiki meczetów, zielone parki, wąskie uliczki, labirynty bazarowych uliczek, tłok gwar, słońce... Czegóż chcieć więcej. I choć spotka nas tu przygoda z naszym hostem Alim, który niespecjalnie swym stylem bycia – popalającym, popijającym i słuchającym głośno muzyki przypada nam do gustu. Niemniej Ali mamę ma cudowną a w uliczkach Esfahanu trafiamy na przesympatyczną rodzinę gdzie ani mama ani córki po zamknięciu bramy nie przejmują się chustami czy zakazem tańca i przy akompaniamencie skrzypcowym pokazują nam nieco lokalnych wygibasów. Aż nam się nie chce wierzyć kolejnego dnia, gdy słuchamy opowieści spotkanej dwójki podróżującej, że ten Iran to trochę przereklamowany jest ze swoją gościnnością i sporo ich tu już oszukali... No dobra, może i tak się da. Ale naciągaczy i nieuczciwych taksówkarzy to spotyka się chyba wszędzie i nie powinno się liczyć że w Iranie będzie inaczej?
Okolice Varzaneh
W Iranie chcemy zobaczyć jeszcze pustynię. Do Yazdu nie mamy czasu zawitać więc kieruję nasze kroki do Varzanehu, gdzie w fantastycznym hostelu spędzamy noc, jedziemy na wycieczkę po pustyni, podziwiamy zoroastriańskie wieże, w których niegdyś zostawiano zwłoki sępom na pożarcie, moczmy nóżki w słonym jeziorze a Matej na snowboardzie zjeżdża po wydmach... Idealnie. Jeśli do tego dodać spokój i senność miasteczka, turystów w ilości 10 (tyle ile w naszym hostelu), fantastyczny sok marchwiowo-lodowy-mango oraz lokalny koloryt pań noszących białe prześcieradła zamiast czarnych burek to naprawdę nie rozumiem dlaczego nie jest to miejsce Top 10 do zobaczenia w Iranie…
Na koniec jeszcze migawka Teheranu i spotkanie z naszymi przyjaciółmi Sohejlą i Mehdim – fantastycznym podróżniczym małżeństwem.

Niewiele jest na naszej mapie krajów, które odwiedziliśmy do tej pory a o których powiedzielibyśmy zgodnie że oboje byśmy bardzo chcieli tam wrócić. Zawsze jest to dla nas obojga Ukraina. W Kolumbii byliśmy zbyt krótko. Mongolia też nas jeszcze kusi. Ale od tego lata na listę ponownych odwiedzin doszedł Iran. Dziwicie się? Pojeźdźcie a sami się przekonacie.

Tabriz, my i nasi przewdnicy

Sziszownia? Sziszarnia? W każdym razie palą tu siszę panowie (Sziraz)

Kolorowy Meczet (Shiraz)

Kolorowy batman (Sziraz)

Sziraz

Matej i wieża dla gołębi (Varzaneh)

Varzaneh

Zoroastrianskie wzgórze (okolice Esfahanu)

Matej na sandboardzie (okolice Varzaneh)
Obiad u mamy (okolice Kamiaran)

Współpasażerowie (pociąg Dorud-Andimeszk)

Groby Dariusza i Kseksesa (Necropolis)
Persepolis 
Persepolis



Ogród w Esfafanie

Most w Esfahanie



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz