Magic midnight pig - albo - o szkoleniach wolontariuszy
Po raz kolejny Kijów... Niektórzy pytają mnie czy nie czuję się tam już jak w domu. Hmm... Prawie. Jeszcze ze 3-4 razy i nawet komunikacja miejska nie będzie mi straszna :)
Ale do rzeczy!
Nasze chatki :)
Bo właściwie Kijów pojawił się tak jakby przy okazji. Właściwe miejsce, w którym razem z Iwoną spędziłyśmy 4 dni nazywało się Українське село (Wioska ukraińska) niedaleko stolycy (jakaś godzina jazdy marszrutką jeśli trafi się na korek). Świetne miejsce do przeprowadzania wszelakiego rodzaju seminariów, treningów, spotkań, integracyjnych zjazdów - ogrodzone drewnianym płotem, ogromne terytorium z drewnianymi chatami, domowymi zwierzątkami, cerkwią, restauracją stylu "karczmianego", świetnym jedzeniem. Wszystko głęboko w lesie - do najbliższego sklepu (po piwo) jakieś 2 kilometry ( w naszym wypadku - brodząc w śniegu:))... Круто!
Czekamy!
Trening mój i Iwony rozpoczął się od tego, że poproszono nas (jako jedyne z grupy wolontariuszy znające polski i ukraiński) o zebranie wszystkich przyjeżdżających z rana w jednym miejscu pod palmą na Dworcu Południowym w Kijowie. Po uzupełnieniu zapasów nikotyny dla siebie oraz osób, które od kilku już dni z dala od cywilizacji oraz dotarciu zbłąkanej grupy wolontariuszy z Mołdawii szybki telefon do super-uprzejmego kierowcy marszrutki, która miałą nas w wioskę zawieźć. Dość szybko udało nam się zapakować w nasz środek lokomocji i dotrzeć jak raz na obiad.
A później już tylko - jedzenie, treningi, integracja z ludźmi, których jeszcze nie znamy (bo część z nich znajoma nam była z on-arrival). Tym razem grupa wolontariuszy z Polski składała się ze mnie, z Iwony oraz Dominiki (ale o tym, że wolontariuszka z Niemiec jest właściwie Polką dowiedziałam się dopiero drugiego dnia). Językiem komunikacji był oczywiście angielski jednak w kuluarach częściej usłyszeć można było niemiecki z racji dużej ilości osób z Autrii oraz Niemiec. Kolorytu dodawali wolontariusze z Litwy, Francji, Szwecji oraz Szkocji.
Marine uczy francuskiego
Make a Love story!
Treningi jak to treningi – bywają momenty ciekawe, bywają i nudne. Na naszym "mid-termie" tych pierwszych było na szczęście więcej. Być może dlatego, że trochę się już znamy i sporo czasu poświęcono temu, co nas interesowało najbardziej – dzieleniu się doświadczeniami, opowieściami o swoich EVS-ach. Panel „sharing experiences” wzbudził takie zainteresowanie, że otrzymał nawet swe przedłużenie w wolnym czasie po kolacji ;)
salsa time!
Można było odkryć w sobie na nowo coś z dziecka. Jedna z zabaw – zaprezentowana przez Maxa – wolontariusza z Austrii, który pracuje w Mińsku, polegała na ułożeniu „miłosnej historii” na podstawie wybranych z plakatu rzeczy i zaprezentowaniu rezultatu reszcie grup ( poniżej możecie zobaczyć fragment jednego z przedstawień, który wyjąśnia tytuł "Magic midnight pig"). Marine z Francji, ucząca francuskiego w Kiszyniowie zrobiła nam pokazową lekcję „How to survive in France?” i uświadomiła jak wiele rzeczy Francuzi wyrażają gestami (u niektórych stereotyp „romantycznego” Francuza został mocno nadwyrężony). Alina – Niemka pracująca w Kiszyniowie, zaprezentowała jak prowadzi swoje lekcje śpiewu a Milad zrobił after party z nauką salsy!
"Magic midnight pig"
lepimy z gliny nasze projekty
Jednak nie było tylko wesoło. Zdobywane przez nas doświadczenia to nie tylko zabawa i tańce, hulanki, swawole – w końcu nie jest to istota wolontariatu. Mnie najbardziej uderzyła historia Stefani – Niemki pracującej w Sankt Petersburgu z osobami niepełnosprawnym (zarówno fizycznie jak i umysłowo). Na kilku metrach kwadratowych od poniedziałku do piątku pomaga kilkorgu niepełnosprawnym w codziennych czynnościach typu mycie zębów, jak również organizuje im czas w ośrodku. Szokująca była informacja, że siedzi ona z tymi osobami w zamknięciu i że właściwie niewiele osób spoza interesuje co się dzieje w środku. Stoicki spokój z jakim Stefani opowiadała o warunkach w jakich żyją niepełnosprawni, które jak dla nas istnieją na granicy łamania praw człowieka – uderzył niemal każdego. Stefani zwróciła uwagę, że owszem – stopień świadomości co do praw człowieka jest mały jednak ważne jest że cokolwiek tam dla tych ludzi się robi. Takie osoby jak Stefani są jaskrawym przykładem jak potrzebna jest idea międzynarodowego wolontariatu.
Trzeciego dnia wywieziono nas (w końcu!) do cywilizacji – Kijów! Czasu na zwiedzanie było niewiele ponieważ czekało nas spotkanie w Przedstawicielstwie Unii Europejskiej na Ukrainie, ale ostatecznie każdemu coś dla siebie udało się odkryć jeśli nie wówczas to dnia następnego.
Dziękuję wszystkim za super spędzony czas - było super i na pewno jeszcze się zobaczymy!:) Thank you guys for all - it was fun, i'm sure we will met some day in future! :)
Zadanie: Namalować co będzie po EVS. Ja z Dominiką
Na zakończenie jeszcze kilka słów co "po Kijowie". Nie dane nam było wrócić do Winnicy - nocnym pociągiem przejechałyśmy do Lwowa na kolejny trening. Tym razem był to trening organizowany przez organizację "Центр освітніх ініціатив": gdzie razem z wybranymi członkami ukraińskich organizacji non-profit mieliśmy zaplanować i nagrać krótki film promujący udział w młodzieżowych projektach. Nie było łatwe – tym bardziej, że każdy na trening przyjechał z innymi oczekiwaniami jednak mam nadzieję, że wkrótce zobaczymy efekt naszej pracy. Choć dla mnie osobiście – jakikolwiek by on nie był – i tak będzie przykro – ponieważ w międzyczasie kiedym we Lwowie była ominął mnie koncert DaxaBraxa w Winnicy…
Cóż… Буває... – jak mawiają Ukraińcy i przeżywać zbyt mocno nie będę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz